Szczepan Twardoch, Morfina

Przystępując do lektury Morfiny Szczepana Twardocha teren wokół był już rozpoznany. Ktoś coś powiedział, ktoś zdenerwował się na autora, który został ambasadorem firmy Mercedes-Benz, ktoś uznał, że nie będzie czytać książek tak wymuskanego mężczyzny, pojawiającego się w TVN.

No i ta cała Morfina!

Treść

Tytuł powieści sugeruje tematykę. Czy oby na pewno? Myśląc morfina mamy przed oczami staczanie się jednostki. Willemann krąży wokół fiolek narkotyku, na straży zawsze czuwa

aluminiowe pudełko, … we wnętrzu wyścielonym czerwonym aksamitem spoczywa szklana strzykawka z jelcem z nierdzewnej stali i igły pozłacane.

Przez jakiś czas morfina jest jak najbardziej rekwizytem – współbohaterem opowieści, jednakże nie wypełnia całej przestrzeni. Bo równie ważnym bohaterem jest kobieta, jednak nie w sensie jednostkowym, tylko w wymiarze ogólnym, jako prakobieta i pramatka, centrum naszego świata od zarania dziejów po czasy współczesne Willemannowi, i dalej również po czasy nam, czytelnikom i autorowi, współczesne. Znaczenie słowa kobieta jest rozpatrywane przez różne typy żeńskich postaci. Mamy cały przekrój osobowości i temperamentu kobiecego: żona, matka, kochanka, konspiratorka i narratorka. Ostatnia z nich tworzy zawoalowaną wizję prakobiety, ukryty w umyśle Konstantego głos, którego on nie jest w stanie usłyszeć. Głos, który w niemożności porozumienia się z losami Willemanna za sprawą Dzidzi – famme fatale tej powieści, ma przenieść się w podświadomość syna głównego bohatera. Śmierć jednego mężczyzny powoduje, że w jego potomku będzie drzemała ta kobieca prasiła, będzie również drzemała w Jacku, przyjacielu i mordercy, i w innych, ciemna, czarna, pulsująca substancja ukryta pod cienką skórą tego świata.

Ten psychologiczny aspekt powieści, z narkotykiem i kobietami w rolach głównych, są bodźcem do realizacji większości zachowań Konstantego, zachowań przypominających słynne odruchy Pawłowa, prowadzące w konsekwencji do groteskowej śmierci. Można również pokusić się o analizę, która zakłada, że wszystkie poczynania Kostka są kanalizacją schopenhauerowskiego niespełnienia. Willemann rekompensuje swój marazm życiowy nie poprzez sztukę, lecz przez fatalne heroiny, przez wspomnianą wyżej morfinę i Dzidzię. Tym napędza swoje niezaspokojone ego, ego dziecięce i zagubione w brutalnym świecie czasów wojny.

Na innej płaszczyźnie, osadzonej bardziej w kontekście historycznym i literackim, powieść Twardocha może odsyłać nas do doświadczeń wielu ludzi z okresu dwudziestolecia międzywojennego i samej wojny. Można zinterpretować tę powieść jako recepcję problemów z odnalezieniem właściwej ścieżki poczynań w konflikcie wojennym z połowy dwudziestego wieku.

Istotną kwestią jest również infantylne zachowanie Kostka. Podczas czytania ma się wrażenie, że mamy do czynienia z dalszymi losami głównego bohatera Ferdydurke Witolda Gombrowicza. Problemy okresu dwudziestolecia są już za Kostkiem-Józiem, teraz przyszedł czas na rozwiązanie problemu wojennej traumy. Kostek-Józio w pewnym wymiarze dorósł, jest w stanie walczyć jawnie i w konspiracji, nadal jednak jest otoczony normami i z góry określonymi zachowaniami, którym ciągle się przeciwstawia, teraz na szalach zdrady i martyrologii narodowej.

Forma

Tematyka tematyką, jednak największe emocje u mnie i wśród moich znajomych wzbudzała forma przedstawiania wydarzeń, narracja i przede wszystkim monologi. Pojawiły się dwa obozy. Jeden z nich stanął w obronie zabaw z monologiem pierwszo- i trzecioosobowym, językiem, który miał odwzorowywać stan psychiczny człowieka po morfinicznym odrętwieniu. Obóz ten uznał, że wypada przyrównać Twardocha do Gombrowicza z jego słynnymi i wytartymi już po części upupieniami, chłopami i łydkami. Dodawano przy tym, że autor doskonale połączył monologi Konstantego Willemanna z narracją, głosem prakobiety.

Z kolei drugi obóz sugerował, że wszelkie wysiłki „udziwnienia” powieści w zakresie formy przekładają się na niechęć wobec samej treści. Nieprzyswajalna forma została zakwalifikowana jako filologiczny trik, który miał zdobyć czytelników wśród osób otwartych na eksperymenty literackie, na przykład osób z wyższym wykształceniem, najlepiej po jakiegoś rodzaju filologii.

Nie trudno się zgodzić zarówno z piewcami jak i z opozycjonistami warsztatu pisarskiego Szczepana Twardocha. Wydaje się jednak, że autor podczas tworzenia Morfiny najpierw dołożył starań w przedstawieniu sfery fabularnej, później natomiast dokonał modyfikacji w obrębie językowym. Stworzyło to sytuację, w której doszła w dużum stopniu do głosu tzw. maniera, która podzieliła wspomniane wyżej obozy.

* * *

Treść, forma, ego, infantylizm, prakobieta, narkotyki, konspiracja, kochanki, żona, teść… W mętliku wydarzeń, w kilku chwilach okupacyjnego życia Twardoch zawarł zagubienie typowego bon vivanta wobec kataklizmu okolic roku 1939. Męczące czytelników manieryzmy rekompensowane są wielopłaszczyznową konstrukcją Morfiny, dającą możliwość poszukiwania znaczeń, których z pewnością nie wyczerpuje ta recenzja.

Hermann Hesse

Nie ma żadnych stu najlepszych książek czy autorów! Nie istnieje żadna ogólnie słuszna, niepodważalna krytyka – Hermann Hesse, Obcowanie z książkami

Są autorzy, którzy pukają do naszych drzwi, wpuszczamy ich, coś nam przynoszą, i wychodzą nie powracając. Są też tacy, którzy, odwiedzając nas nie wychodzą już nigdy. Do tego drugiego typu autorów zaliczam Hermanna Hessego. Tego lata Świat Książki wydał jego biografię i nie mogłem przejść obojętnie. Pamiętam, usłyszałem gdzieś kiedyś, że Hesse był jednym z nielicznych, który posiadł obcą człowiekowi Zachodu możliwość wejrzenia we Wschodni sposób postrzegania otaczającego nas świata, było to dobrym zwiastunem mojej fascynacji jego twórczości. Jednak po przeczytaniu ponad siedmiuset stronicowej historii życia uznałem, że poznałem Hessego na nowo. Na nowo nie znaczy wcale, że gorzej. Znaczy to tylko tyle, że ujrzałem w nim zwykłego człowieka, który pomimo swego kunsztu pisarskiego był człowiekiem z całym bagażem zachowań i przywar, które charakteryzują słowo „człowiek”.

Co zapadło mi w pamięć?

Przede wszystkim wychowywanie się w rodzinie owładniętej sekciarskimi zapędami, charakterystycznymi dla pietystów – skrajnego odłamu protestantyzmu. I to pomimo nasiąknięcia rodziny Hessego wpływami dalekowschodnimi podczas misji. Ciągła indoktrynacja ze strony matki, ojca oraz rodzeństwa doprowadza Hessego do oddzielenia się grubym murem od sposobu ujmowania świata przez jego rodzinę.

Drugim ważnym wydarzeniem dla rozwoju wewnętrznego i zarazem społecznego niemieckiego noblisty była działalność związana z pomocą dla jeńców wojennych podczas pierwszej wojny światowej. Wysyłanie do obozów książek, wydawanie czasopisma „ku pokrzepieniu serc” i ogromne niezrozumienie ze strony Niemców w trakcie wojny, jak też w czasach powojennych – podarowane książki i teksty dotyczące wojny pisane przez Hessego przerastały swoje czasy, wyprzedzały czas o następną wojnę. Hesse nie bał się pokazać Niemcom jako pacyfista patriota, odpowiedzialny za swoich współtowarzyszy niedoli, nie popadając przy tym w szczekliwy ton późniejszych wystąpień Hitlera i jemu podobnych. Zachowanie Hessego na tyle wyprzedzało myślenie niemieckiego społeczeństwa (i nie tylko niemieckiego), że był on jednym z najbardziej znienawidzonych pisarzy wśród swoich rodaków.

Trzecim, dla mnie chyba ostatnim, uderzającym wycinkiem biografii Hermanna Hessego, był jego stosunek do swoich żon i dzieci. Zrywa więzy z pietystami, angażuje się w duchową naprawę zniszczonych wojną Niemiec, wydawawać by się mogło, że stanie on na wysokości zadania w stosunku do tych, z którymi idzie przez życie. Nic bardziej mylnego. Poprzez swoja zatwardziałość i zarazem nieumiejętność współżycia z najbliższymi pierwsze małżeństwo doprowadzone zostaje do ruiny, drugie jest bardziej kaprysem niż rzeczywistym pragnieniem miłości, trzecie zaś to obraz dwóch twierdz w jednym domu. Ciekawych tych spraw odsyłam do źródeł.

Przypomniał mi się jeszcze jeden epizod z życia Hessego. W czasach, gdy nie udawało mu się wiązać końca z końcem tworzył on własnym sumptem wydania własnych dzieł, umieszczając w nich akwarele własnego autorstwa. Praca chałupnicza, wymagająca zaangażowania nie tylko w treść, ale również w formę, za każdym razem inną – zastanawiam się, co Hesse mógłby uczynić w dzisiejszych czasach, przy tym ogromie możliwości związanych z technologią.

Postanowiłem z tej ogromnej pracy zrobić swego rodzaju kolaż, który ukazywałby Hermanna Hessego z różnych ujęć. Utkwiła mi reprodukcja obrazu Arnolda Bocklina, z którą pisarz nie rozstawał się w pewnym okresie swojego życia. Można powiedzieć, że obraz ten był dla niego tym, czym dla nas jest aktualnie jakaś praca Banksy’ego lub plakat dobrego zespołu muzycznego:

Poniżej zaś przedstawiam znalezione przeze mnie utwory oraz autorów, do których Hermann Hesse był przywiązany:

Bhagawadgita (Pieśni Pana)

Edward Bellamy, W roku 2000

Jacob Burckardt, Rozważania o historii powszechnej, Kultura Odrodzenia we Włoszech

Joseph von Eichendorff, Z życia nicponia

Johann Wolfgang von Goethe, Zmyślenie i prawda, Wilhelm Meister, Lis przechera

E.T.A. Hoffmann, Złoty garnek

Ernst Jünger, Przy murze czasu

Gottfried Keller, Zielony Henryk

Novalis, Henryk von Ofterdingen

Paul Sabatier, Życie św. Franciszka z Asyżu

Fiodor Dostojewski

Heinrich Heine

Tomasz i Henryk Mannowie

Fryderyk Nietzsche

Wilhelm Raabe

Adalbert Stifter

Theodor Storm

Robert Walser

Na zakończenie tej wyprawy do świata Hermanna Hessego dwa cytaty z Wilka stepowego i trailer filmu Wilk stepowy z 1972 roku.

Tak to jest: czytelnik najwyższego stopnia nie jest już w ogóle czytelnikiem. Gwiżdże na Goethego. Nie potrzebuje Szekspira. Czytelnik ostatniego stopnia w ogóle już nie czyta. Po co mu książki? Czyż nie ma całego świata w sobie samym?

Pociągnął mnie napis:

 Hejże na wesołe łowy  Wielkie polowanie na samochody

Otworzyłem wąskie drzwi i wszedłem do środka. Coś gwałtownie wciągnęło mnie w głośny i pełen podniecenia świat. Ulicami pędziły samochody, po części opancerzone, i urządzały polowanie na pieszych, miażdżyły i unicestwiały, rozgniatając o mury domów. Zrozumiałem od razu: była to walka między ludźmi a maszynami, od dawna przygotowywana, długo oczekiwana, długo ze strachem przewidywana i wreszcie doprowadzona do wybuchu. Wszędzie leżały ciała zabitych i poszarpanych, wszędzie potrzaskane, pogięte, na wpół spalone samochody, nad opustoszałym pobojowiskiem krążyły samoloty; z wielu dachów i okien także i do nich strzelano ze strzelb i karabinów maszynowych. Dzikie, wspaniale podniecające afisze o wielkich, płonących jak pochodnie literach, rozlepione na wszystkich murach, nawoływały naród, by wreszcie ujął się za ludźmi przeciw maszynom, by wreszcie pozabijał tłustych, pięknie ubranych, pachnących bogaczy, którzy za pomocą maszyn wyciskają tłuszcz z bliźnich, by pozabijał ich wreszcie wraz z wielkimi, kaszlącymi, wściekle warczącymi, diabelnie turkoczącymi samochodami, by wreszcie podpalił fabryki i sponiewieraną ziemię nieco uprzątnął i wyludnił, aby znów mogła rosnąć trawa, by zakurzony świat cementu mógł znowu stać się czymś takim jak las, łąka, pastwisko, strumyk i moczar. Natomiast inne plakaty, cudownie namalowane, wspaniale wystylizowane, utrzymane w delikatniejszych, mniej jarmarcznych barwach, niesłychanie mądrze i inteligentnie zredagowane, w przeciwieństwie do tamtych plakatów wzruszająco ostrzegały ludzi posiadających i zamożnych przed grożącym chaosem i anarchią, przedstawiały w sposób naprawdę rozczulający błogosławieństwo porządku, pracy, własności, kultury i prawa, wychwalały maszyny jako największy i najnowszy wynalazek człowieka, dzięki któremu ludzie staną się bogami. Z zadumą i podziwem czytałem te plakaty, zarówno czerwone, jak i zielone, bajecznie działała na mnie ich płomienna wymowa, ich zniewalająca logika, miały rację; głęboko przekonany stawałem to przed jednym, to przed drugim, aczkolwiek przeszkadzała mi w tym dość ostra strzelanina dookoła. No cóż, sprawa zasadnicza była jasna: toczyła się wojna, gwałtowna, rasowa i niezwykle sympatyczna, w której nie chodziło o cesarza, republikę, granice, chorągwie i barwy, i tym podobne raczej dekoracyjne i teatralne rekwizyty, a w gruncie rzeczy o łajdactwa, lecz taka wojna, w której każdy, któremu było zbyt duszno na świecie i któremu życie niezbyt już smakowało, dawał dobitny wyraz swemu niezadowoleniu i dążył do zapoczątkowania powszechnego zniszczenia tego cywilizowanego świata blichtru. Widziałem, jak żądza niszczenia i mordowania jasno i śmiało wyzierała z roześmianych oczu, a i we mnie rozkwitały wysoko i bujnie te czerwone, dzikie kwiaty, a oczy też się śmiały. Z radością włączyłem się do walki.

„Morfina” Szczepana Twardocha

Przystępując do lektury Morfiny Szczepana Twardocha teren wokół był już rozpoznany. Ktoś coś powiedział, ktoś zdenerwował się na autora, który został ambasadorem firmy Mercedes-Benz, ktoś uznał, że nie będzie czytać książek tak wymuskanego mężczyzny, pojawiającego się w TVN. 
No i ta cała Morfina!

Treść

Tytuł powieści sugeruje tematykę. Czy oby na pewno? Myśląc morfina mamy przed oczami staczanie się jednostki. Willemann krąży wokół fiolek narkotyku, na straży zawsze czuwa 
aluminiowe pudełko, … we wnętrzu wyścielonym czerwonym aksamitem spoczywa szklana strzykawka z jelcem z nierdzewnej stali i igły pozłacane. 
Przez jakiś czas morfina jest jak najbardziej rekwizytem – współbohaterem opowieści, jednakże nie wypełnia całej przestrzeni. Bo równie ważnym bohaterem jest kobieta, jednak nie w sensie jednostkowym, tylko w wymiarze ogólnym, jako prakobieta i pramatka, centrum naszego świata od zarania dziejów po czasy współczesne Willemannowi, i dalej również po czasy nam, czytelnikom i autorowi, współczesne. Znaczenie słowa kobieta jest rozpatrywane przez różne typy żeńskich postaci. Mamy cały przekrój osobowości i temperamentu kobiecego: żona, matka, kochanka, konspiratorka i narratorka. Ostatnia z nich tworzy zawoalowaną wizję prakobiety, ukryty w umyśle Konstantego głos, którego on nie jest w stanie usłyszeć. Głos, który w niemożności porozumienia się z losami Willemanna za sprawą Dzidzi – famme fatale tej powieści, ma przenieść się w podświadomość syna głównego bohatera. Śmierć jednego mężczyzny powoduje, że w jego potomku będzie drzemała ta kobieca prasiła, będzie również drzemała w Jacku, przyjacielu i jednocześnie mordercy, i w innych, ciemna, czarna, pulsująca substancja ukryta pod cienką skórą tego świata

Ten psychologiczny aspekt powieści, z narkotykiem i kobietami w rolach głównych, są bodźcem  do realizacji większości zachowań Konstantego, zachowań przypominających słynne odruchy Pawłowa, prowadzące w konsekwencji do groteskowej śmierci. Można również pokusić się o analizę, która zakłada, że wszystkie poczynania Kostka są kanalizacją schopenhauerowskiego niespełnienia. Willemann rekompensuje swój marazm życiowy nie poprzez sztukę, lecz przez fatalne heroiny, przez wspomnianą wyżej morfinę i Dzidzię. Tym napędza swoje niezaspokojone ego, ego dziecięce i zagubione w brutalnym świecie czasów wojny.
Na innej płaszczyźnie, osadzonej bardziej w kontekście historycznym i literackim, powieść Twardocha może odsyłać nas do doświadczeń wielu ludzi z okresu dwudziestolecia międzywojennego i samej wojny. Można zinterpretować tę powieść jako recepcję problemów z odnalezieniem właściwej ścieżki poczynań w konflikcie wojennym z połowy dwudziestego wieku. 
Istotną kwestią jest również infantylne zachowanie Kostka. Podczas czytania ma się wrażenie, że mamy do czynienia z dalszymi losami głównego bohatera Ferdydurke Witolda Gombrowicza. Problemy okresu dwudziestolecia są już za Kostkiem-Józiem, teraz przyszedł czas na rozwiązanie problemu wojennej traumy. Kostek-Józio w pewnym wymiarze dorósł, jest w stanie walczyć jawnie i w konspiracji, nadal jednak jest otoczony normami i z góry określonymi zachowaniami, którym ciągle się przeciwstawia, teraz na szalach zdrady i martyrologii narodowej.

Forma

Tematyka tematyką, jednak największe emocje u mnie i wśród moich znajomych wzbudzała forma przedstawiania wydarzeń, narracja i przede wszystkim monologi. Pojawiły się dwa obozy. Jeden z nich stanął w obronie zabaw z monologiem pierwszo- i trzecioosobowym, językiem, który miał odwzorowywać stan psychiczny człowieka po morfinicznym odrętwieniu. Obóz ten uznał, że wypada przyrównać Twardocha do Gombrowicza z jego słynnymi i wytartymi już po części upupieniami, chłopami i łydkami. Dodawano przy tym, że autor doskonale połączył monologi Konstantego Willemanna z narracją, głosem prakobiety.
Z kolei drugi obóz sugerował, że wszelkie wysiłki „udziwnienia” powieści w zakresie formy przekładają się na niechęć wobec samej treści. Nieprzyswajalna forma została zakwalifikowana jako filologiczny trik, który miał zdobyć czytelników wśród osób otwartych na eksperymenty literackie, na przykład osób z wyższym wykształceniem, najlepiej po jakiegoś rodzaju filologii.
Nie trudno się zgodzić zarówno z piewcami jak i z opozycjonistami warsztatu pisarskiego Szczepana Twardocha. Wydaje się jednak, że autor podczas tworzenia Morfiny najpierw dołożył starań w przedstawieniu sfery fabularnej, później natomiast dokonał modyfikacji w obrębie językowym. Stworzyło to sytuację, w której doszła w dużym stopniu do głosu tzw. maniera, która podzieliła wspomniane wyżej obozy.

* * *

Treść, forma, ego, infantylizm, prakobieta, narkotyki, konspiracja, kochanki, żona, teść, matka, ojciec… W mętliku wydarzeń, w kilku chwilach okupacyjnego życia Twardoch zawarł zagubienie typowego bon vivanta wobec kataklizmu okolic roku 1939. Męczące czytelników manieryzmy rekompensowane są wielopłaszczyznową konstrukcją Morfiny, dającą możliwość poszukiwania znaczeń, których z pewnością nie wyczerpuje ta recenzja.

Detroit rzeczywiście jest trupem

Jedyna różnica pomiędzy syfem panującym w Detroit a tym charakterystycznym dla krajów Trzeciego Świata polega na tym, że w Detroit po ulicach nie chodzą kozy.
Zastanawiałem się nad współczesną literaturą faktu, nad reportażem post Kapuściński, jak to teraz wygląda. Wybór padł na Detroit – sekcja zwłok Ameryki. Jeśli można tak powiedzieć, to „przeraźliwie mnie zaskoczyła” ta książka, w pozytywnym znaczeniu tychże słów! Strona po stronie wkraczałem wraz z Charliem LeDuffem w głąb czegoś fascynującego i zarazem tak przeraźliwego, że nie jestem w stanie sobie wyobrazić takiej sytuacji wyniszczenia w Polsce. Słusznie zauważył mój znajomy, że gdyby dajmy na to Wałbrzych lub Suwałki stoczyły się tak bardzo i istniało tam takie prawo, jak w Detroit, to ludzie tam mieszkający doprowadziliby do zamieszek na wielką skalę. Detroit zaś krok po kroku jest drążone i doprowadzane do ruiny przez włodarzy i przedsiębiorców (tych drugich już coraz mniej). I większość tych machinacji i przekrętów na wielką skalę odbywa się w świetle dziennikarskich dochodzeń. Nie ma już w Detroit tej odrobiny przyzwoitości, która stara się delikatnie ukryć upadek, wszystko podane jest na tacy, wystarczy odrobina zainteresowania.

LeDuff wkracza z reporterskim zacięciem w świat strażaków, policjantów, polityków, zwykłych ludzi. Za każdym razem otrzymuje policzek, swoją pracą próbuje coś zmienić, naprawić, zamiast tego są policzki. Zastraszający jest fakt, że nic nie można zmienić, w samym środku najwspanialszego kapitalistycznego państwa świata dokonuje się upadek wspomnianego systemu. I nie pomogą tu już dobrzy ludzie.
Tak, to była prawda. W Detroit jest cała masa dobrych i fajnych ludzi. Dziesiątki tysięcy. Setki tysięcy. Są tu prawnicy, lekarze, kierownicy przedsiębiorstw samochodowych, którzy mają ładne domy i dobrą pracę; jest społeczność emerytów, którzy próbują robić coś dobrego; są nauczyciele, którzy w klasy szkolne ładują własne pieniądze; są ludzie, którzy koszą trawniki zmarłych sąsiadów, i rodzice, którzy wychowują ich osierocone dzieci, oraz pastorzy, którzy pomagają w zbieraniu pieniędzy na pogrzeby.Ale takie sprawy nie powinny być pokazywane jako gorące wiadomości. Takie sprawy powinny być czymś normalnym. Bo gdy to, co normalne, staje się wyjątkową wiadomością, wtedy nienormalne staje się normą. A gdy tak się dzieje, to właściwie jest już koniec.Nie rozumiałem, co wspólnego miałyby mieć ze sobą galerie i martwy mężczyzna. Pisanie o takim gównie w tym gównianym mieście jak nasze byłoby podobne do pisania o prognozach pogody dla surferów w reportażu ze Strefy Gazy.
Opuszczony dom w Detroit, dzielnica Delray; źródło: Wikipedia
Tak więc nie ma normalności, jest wypaczenie, które staje się normalnością. Moją uwagę przykuły informacje dotyczące populacji i terenów Detroit. W latach pięćdziesiątych zeszłego wieku miasto to zamieszkiwane było przez prawie dwa miliony mieszkańców, na początku naszego wieku populacja spadła do siedmiuset tysięcy. Gdyby dodać do tego obszar miasta, który w czterdziestu procentach jest już niezamieszkany, opuszczone domy są podpalane, wszędzie dookoła rosną chaszcze, to mamy widoki, które przypominają scenerię gry postnuklearnej pt. Fallout. I nie dzieje się to w 2077 roku, tylko w naszym 2015 roku!
Opuszczone zakłady pracy, wszędzie pozostałości dawnej świetności. Ci, których stać, wyjeżdżają, inni zmuszeni są do trwania w tej przestrzeni. Są zmuszeni do oszczędzania kosztem swoich zmarłych krewnych.
Zaprowadzono mnie do prosektorium. Lodówka była po sam sufit zapchana zwłokami w plastikowych workach, a ciała, które nie mieściły się tutaj, tymczasowo przetrzymywane były w stojącej na parkingu ciężarowej chłodziarce. Śmierdziało zgniłymi czereśniami. Podłogi się kleiły.– O co w tym wszystkim chodzi? – zapytałem doktora Schmidta – faceta, który lubił poetyzować na temat śmierci – gdy ten wszedł do pomieszczenia swoim szybkim krokiem, szurając nogami i wyciągając do mnie ręce.– To znak tego, jak źle się dzieje – odpowiedział jakby nie bardzo na temat. – To kwestia ekonomii. Niektórzy ludzie muszą zupełnie dosłownie dokonać wyboru między tym, czy pochowają swoich zmarłych, czy też będą mieli co jeść. To bardzo smutne, doprawdy. Przez wszystkie te lata, jakie tu spędziłem, nigdy nie widziałem, by sytuacja była aż tak tak zła.Ludzie z hrabstwa Wayne nie mogli już sobie pozwolić na chowanie swoich bliskich zmarłych. W kostnicy znajdowało się ponad dwieście pięćdziesiąt nieodebranych ciał. Doktor opisał mi najsmutniejszą sprawę, na jaką trafił. Chidzło o zwłoki starszego mężczyzny, które znajdowały się tu od dwóch lat, stopniowo przenoszone na sam spód stosu ciał. A rodzina wciąż czekała na lepsze czasy, by móc je odebrać.– Można powiedzieć, że to bardzo dokładnie oddaje sytuację, w jakiej znajdujemy się teraz my wszyscy, jako społeczeństwo – powiedział dobry doktor, wzruszając przy tym ramionami.
Czy nie jest to wstrząsające? Trupy i niemożność wydostania się. Katastroficzna wizja, która zatrważa. Tak właśnie wygląda sekcja zwłok Ameryki. Przykre, ale prawdziwe, prawdziwe tak bardzo, że aż boli. Jak się wydostać?

– Chciałabym się stąd wydostać, ale nie jestem w stanie – powiedziała. – Nie mam pieniędzy. Utknęłam tu. Nie wszyscy doznajemy błogosławieństwa.

Spojrzała na swojego bosego wnuka, który wciąż bawił się w sąsiedniej ruinie. Zastanawiała się, czy uda mu się dożyć dorosłości.

– Wydzwaniałam w sprawie tych walących się domów, ale nikt z władz miasta nigdy się tu nie zjawił – stwierdziła.

McNeal zastanawiała się, jak zdoła zapłacić trzy tysiące dolarów za pogrzeb swojego syna.

– Rozpacz – zauważyła – to jest coś takiego, że czujesz, jakby ktoś złapał cię za gardło i wyrywał ci przez nie flaki.

Łatwo było obwiniać McNeal za to, w jakim sąsiedztwie i w jakich okolicznościach wychowywała swoich synów. Ale czy to ona odpowiada za funkcjonariuszy policji z zepsutym sprzętem w służbowych samochodach? Za strażaków w dziurawych butach? Za karetki, które zawsze przyjeżdżały zbyt późno? Za władze miasta, które nie potrafiły dopilnować, by działały latarnie uliczne, i które zostawiały opuszczone domy na pastwę zapałek podpalaczy? Za władze stanu, które pozwalały na to, by zostawione w kostnicach ciała układały się już w całe sterty? Za międzynarodowe korporacje, które wyprowadziły się z naszego miasta i zostawiły po sobie zatrute grunty? Za sędziów, którzy pozwalali kryminalistom chodzić wolno po ulicach? Za zarządców szkół, którzy kradli pieniądze przeznaczone na mleko dla dzieci? Za wybranych w wolnych wyborach urzędników, którzy okradali miasto? Za menedżerów przedsiębiorstw samochodowych, którzy nie potrafiliby kierować nawet spożywczakiem? Za naciągaczy z Wall Street, którzy zniszczyli ekonomię i zostawili ludziom w naszym kraju spadek w postaci niemożliwego do spłaty długu, a sami pojechali imprezować do South Hampton?

Czy można ją za to wszystko winić?

Początkiem opowieści LeDuffa jest zamarznięty trup, moim początkiem są kozy. Z Leduffem zgadzamy się w sumie co do zakończenia. W niezamieszkanych rejonach Detroit Charlie LeDuff spojrzał w oczy jelonkowi. Czy to jest ta koza, o której mówił Riddle u mnie na początku?

„Imperium księżyca w pełni” – S.C. Gwynne

Przymierzałem się do Imperium księżyca w pełni z kilka razy. Czytałem, przerywałem, czytałem, przerywałem. I wiedziałem, że coś jest tu nie tak. Jestem wychowany na klasykach westernowo-indiańskich, Karol May, Longin Jan Okoń, zawsze darzyłem Indian mieszanką fascynacji, tajemniczości i grozy. Tymczasem pod koniec lat osiemdziesiątych zeszłego wieku pojawiła się na ograniczonym, komunistycznym rynku księgarskim książka, która na zawsze ugruntowała moje podejście do Indian – była to napisana przez panie Ewę Rudnicką i Izabellę Rusinową opowieść o kontaktach Indian z osiedlającymi się w Ameryce Europejczykami. Tytuł tej pozycji: Wigwamy, rezerwaty, slamsy. Doznałem wstrząsu, kilkaset stron opisujących powolne wyniszczenie nie narodu, ale całej rasy. Od tamtej pory nie miałem co czytać, wszystko było czymś mniej lub bardziej wyimaginowanym przez pisarzy, w świadomości pozostawały zawsze krzywdy opisane w Wigwamach... Aż wreszcie usłyszałem o Imperium księżyca w pełni i przeczytałem, i mam kilka zastrzeżeń.
Po pierwsze, najważniejsze, rzuca się w oczy stosunek informacji o Indianach do informacji o białych z nimi walczących lub doznających od nich krzywd. Komancze wydają się papierowymi postaciami z nagłówków gazet i relacji białych świadków ich dokonań. Nie byłoby w tym nic nagannego, gdyby nie ciągła wiara S.C. Gwynne\’a w ubarwione opowieści mające na celu wstrząsnąć opinią publiczną. Mamy więc nieprzerwany potok potwierdzonych źródeł osadników, ofiar, włodarzy, żołnierzy, które stanowią przytłaczający procent treści. Wszystko zaś jest okraszone żywą narracją Gwynne\’a. Indianie wspaniale jeżdżą na koniach i znakomicie posługują się łukami i włóczniami, biali zaś wytrwale walczą o każdy skrawek ziemi ponosząc zatrważające cierpienia. 

Zalety komanckich wojowników są co jakiś czas przypominane, zapada prawie całkowita cisza w sprawach dotyczących ich życia prywatnego i publicznego, obyczajów, wierzeń, stosunków społecznych. Oczywiście są wzmianki, ale w wielu przypadkach torpedowane określeniami typu prymitywni, znajdujący się na etapie niższego barbarzyństwa, z epoki kamienia łupanego, a dookoła nich tryska krew niewinnych. Gwynne gra słowem, buduje obrazy działające na emocje czytelników, próbuje chyba zaskarbić sobie cywilizowanego, białego, mieszkającego w Teksasie odbiorcę:

Dzieci biegły do zabitego przed chwilą zwierzęcia [bizona] i prosiły o jego wątrobę i woreczek żółciowy. Następie wyciskały słoną żółć z woreczka żółciowego na wątrobę i ją zjadały, ciepłą i ociekającą krwią. Jeżeli zabito karmiącą samicę, Komancze rozcinali wymię i pili mleko wymieszane z ciepłą krwią. Do największych przysmaków należało ciepłe zsiadłe mleko z żołądka ssącego cielaka. Gdy wojownicy byli w drodze i brakowało im wody, potrafili pić ciepłą krew bizona bezpośrednio z jego żył.

albo w odcieniu komicznym:

Tymczasem Indianie odkryli fantastyczną zawartość magazynów: ubrania, tkaniny i materiały, parasolki, kapelusze (…). [Komancze] przybyli do miasta w bluzach ze skór zwierzęcych i przepaskach biodrowych. Wyjechali w cylindrach, wysokich butach z wyprawionej skóry i drogich frakach ze lśniącymi mosiężnymi guzikami, założonych tył na przód, a więc zapiętych z tyłu. Zabrali ze sobą perkal i kolorowe wstążki, którymi przyozdobili włócznie, wpletli je także koniom w ogony. Grupa, która opuszczała Linnville i kierowała się znowu w stronę Victorii, wyróżniała się malowniczością – niczym kropla jaskrawego koloru w morzu ciernistych krzewów południowego Teksasu.

Quanah Parker; źródło: Wikipedia
Jeżeli w nakreślonym powyżej problemie można zrzucić wszystko na karb rozbudowanej dokumentacji białych i nikłych informacji pisemnych od osób z kręgu Indian, to w przypadku Quanaha, najważniejszego wodza Komanczów, razi brak równie wnikliwej analizy dostępnych źródeł pisanych. Z pewnością można było bliżej przyjrzeć się okresowi rezerwatowemu tego plemienia, szerzej opisać kult pejotlu, wniknąć wreszcie w samo plemię. Niestety sam Quanah został zepchnięty na sam koniec książki, wcześniej pojawiał się bardziej jako grupa niż jako jednostka.
Elementem spajającym Imperium księżyca w pełni jest historia Cynthii Ann Parker, matki Quanaha, porwanej przez Komanczów w trakcie jednej z ich wypraw na pogranicze. Biała kobieta, która została Indianką. Zasymilowała się do tego stopnia ze swoim plemieniem, że po „wyswobodzeniu” przez białych wielokrotnie próbowała uciec z powrotem do Komanczerii. Zastanawia siła, z jaką ona i inne osoby w podobnym położeniu pragnęli powrotu do barbarzyństwa, odrzucając cywilizację. Wszystko to pomimo tragedii, które te osoby przeżyły widząc zabijanie członków ich pierwotnych rodzin:

Wydarzeniem, które złamało jej życie, nie był atak na fort Parkerów w 1836 roku – było nim cudowne i wysławiane „uratowanie” nad Mule Creek w 1860 roku. To drugie wydarzenie przyniosło śmierć jej męża, rozdzieliło ją na zawsze z ukochanymi synami i umieściło w kulturze, w której była więźniem w stopniu większym niż kiedykolwiek u Komanczów.

Dwa inne przypadki przedstawione w książce, może mniej spektakularne niż przypadek Cynthii Ann, świadczą o ogromnej więzi porwanych – oswobodzonych z Komanczami:

Przez resztę życia Banc i Minnie broniły Komanczów. Minnie Caudle „nie dałaby powiedzieć złego słowa o Indianach”, wspominała jej prawnuczka. Jej wnuk twierdził: „Zawsze ujmowała się za Indianami. Mówiła, że na swój sposób są dobrymi ludźmi. Kiedy ich zaatakowano, nie spuszczali głów i bronili się”. Uważała tak mimo okrutnych wydarzeń z jej życia, do których należało obserwowanie, jak porywacze gwałcą i mordują pięcioro członków jej rodziny. Banc Babb, wbrew wszelkiemu rozsądkowi i pamięci, postrzegała sprawy tak samo. W 1897 roku poprosiła o oficjalne przyjęcie do ludu Komanczów. (…) Dot Babb, brat Banc, tak opisał własne odczucia: „rodzaj uczuciowej więzi niemal tak świętej jak więzy rodzinne. Ich dobroć dla mnie była olbrzymia i niezmienna, a w zamian moja przyjaźń i przywiązanie głębokie i szczere”.

Ciągnący się latami stan wojny między Indianami różnych plemion i białymi oddziałami rangerów, ochotników, regularnego wojska musiał ukształtować głęboko osadzone uprzedzenia i stereotypy wśród uczestników tamtych wydarzeń. Zadaniem współczesnych, w tym S.C. Gwynne\’a, jest próba wczucia się w położenie jednych i drugich. Autorowi Imperium księżyca w pełni tylko częściowo udało się to zadanie. Książkę można z całą pewnością polecić wielbicielom mrocznych westernów lub fanom historii Stanów Zjednoczonych. Osoby szukające opisu indiańskich wierzeń, obyczajów i innych spraw związanych z życiem plemion z pewnością nie będą w pełni usatysfakcjonowane.

Eco podpowiada jaki temat dać na pierwszą stronę

Przeczytałem Temat na pierwszą stronę Umberto Eco. Nie wnikając w znaczenie wywodów związanych z Mussolinim mój osąd jest raczej na nie. A może tak właśnie chciał Eco? Poprowadzić czytelnika, żeby sam dopowiadał sobie scenariusz za scenariuszem a i tak autor zrobi to, co będzie chciał. Jeden z moich wykładowców sugerował, żeby nie unosić się emocjami i próbować znaleźć elementy powieści, które postawią ją w pozytywnym świetle. Więc może mój osąd będzie raczej na tak? Może.
Człowiek z bagażem doświadczeń, człowiek raczej z tych utrzymujących się na powierzchni wody, na plecach, bez wysiłku. Człowiek, mężczyzna plus gazeta, która ma być, ale w czasie przeszłym, dwanaście numerów zerowych, ma być formą zastraszenia lub wzbudzenia respektu wobec przyszłych – przeszłych czytelników. Do tego mężczyzna ma napisać książkę na temat. Jest miłość, jest szpieg, jest mitoman – nie mitoman ze wspomnianym wyżej Mussolinim w tle – nie tle.

Mitoman zostaje zasztyletowany i każda myśl człowieka, mężczyzny zostaje poddana temu wydarzeniu. Po programie telewizyjnym mitoman okazuje się nie mitomanem i główny bohater gubi się w tym gąszczu potwierdzonych – niepotwierdzonych informacji. Psychoza spowodowana wydarzeniami i informacjami staje się nie psychozą, staje się „zagubieniem” w rzeczywistości i równoległym świecie informacji dziennikarskich. I wszystko spięte klamrą jednej czcionki – i w opozycji pojawia się inna czcionka. Więc co w takim razie jest prawdą?
Zbezczeszczone ciała faszystów, powieszone na stacji benzynowej (drugi od lewej Mussolini, trzecia Clara Petacci), 29 kwietnia 1945; źródło: Wikipedia
Wiem, Umberto Eco to tzw. „ciężki przypadek”. Znamy Imię róży, Wahadło Foucaulta. Czasami Temat na pierwszą stronę przypominał mi gmatwanie się w znaczeniach znaku, semiotyczne zabawy, odwołania do, w ciągłej grze z czytelnikiem na podstawowym i wyższym poziomie. Nie odszukiwałem specjalnie głębszego sensu, podczas lektury nie spędzałem czasu na śledzeniu każdego pojawiającego się nazwiska z odległej przeszłości lub początku lat dziewięćdziesiątych. Może to błąd, może ta powieść jest przede wszystkim dla Włochów, nie wiem. Wiem natomiast, że pomimo włoskich epizodów historycznych i współczesnej specyfiki tego kraju są również zagadnienia o wymiarze ogólnym.
Powieść może być chwalona za demaskowanie działań redakcji prasowych i dziennikarzy, za ukazanie ich warsztatu nie zawsze zgodnego z etyką, opartego na manipulacji i indoktrynacji. Mi osobiście podoba się ukazanie w krzywym zwierciadle zaangażowania w treść i komplikacji z tego wynikających. Dodać do tego ciągłą grę opozycji i wychodzi na to, że powieść jest jednak na tak.

Z baśni Hessego

BaśnieHermanna Hessego tchną duchem osiągnięć braci Grimm w jednym przypadku: są to baśnie, które zamiast pięknych i miłych obrazów eksponują mimo wszystko podróż człowieka ku śmierci. W tekstach jest ciągle podkreślana podróż poprzez czas właśnie ku rozpadowi. Nauką dla czytających te utwory może być oswojenie się z przemijaniem i możliwość spojrzenia na siebie samego jako kogoś \”przemijającego\”. Mimo upływającego czasu jest jednak odrobina nadziei. W zależności od tego, jaką obierzemy drogę życia, spotkają nas prawdopodobne na tej drodze sytuacje, które będą nas kształtować. Dzięki Baśniom Hessego istnieje również szansa, że w czasie czytania tych tekstów zdobędziemy siłę, by spojrzeć na siebie z perspektywy końca i zaczniemy odmieniać swoje życie w chwili zamknięcia kart książki.
Poniżej przedstawiam interpretację jednej z umieszczonych w tomie baśni pt. Poeta. Dla ciekawych podam, że interpretacja została osadzona w ujęciu hermeneutycznym.

Hermeneutyka pokonuje duchowy dystans
i przyswaja obcość obcego ducha.
Hans-Georg Gadamer1
Czytając, przyswajając, analizując dorobek literacki Hermanna Hessego, winno mieć się na uwadze wkład tego pisarza w próbę wyjaśnienia dalekowschodnich systemów filozoficznych, takich jak buddyzm, hinduizm i taoizm. Nie inaczej przedstawia się sytuacja w przypadku opowiadania-baśni Poeta, pochodzącego z tomu Baśnie2. Główny bohater o imieniu Han Fook, pragnący zostać poetą, jest postawiony przed dylematem, co wybrać: drogę męża i ojca czy ucznia Mistrza Doskonałego Słowa? Wybór pada na doskonalenie tego, przed czym Han Fook nie jest w stanie stanąć plecami, wybiera drogę ucznia.
Nawet przy pobieżnym odbiorze Poety jesteśmy w stanie zauważyć relację osobową uczeń – mistrz oraz element spajający w postaci drogi, najpierw drogi w sensie dosłownym, z czasem drogi w sensie psychicznym, drogi ciągłego doskonalenia swej osoby. Koniec utworu ukazuje nam zamianę ucznia w mistrza, a także powrót do stanu początkowego. Droga, którą odbył Han Fook, nabiera kształtu koła, początek jest zarazem końcem. Dwa wspomniane wyżej elementy opowiadania stanowią o charakterze utworu, zgodnym z dalekowschodnią myślą religijno-filozoficzną.
Uczeń i mistrz jest pojęciem trwale osadzonym w myśli buddyjskiej. Han Fook musi podjąć decyzję, która skutkuje na całe jego życie. Początkowe pragnienie i ambicja zostania doskonałym poetą, przeradza się z czasem w nienawiść do własnej twórczości, przeradza się również w nienawiść do swojego mistrza. Taka sytuacja zachodzi w przypadku, gdy zaczynamy odrzucać kawałek po kawałku własne ego, by z czasem zrzucić całkowicie jarzmo zapatrzenia się na własną osobę i patrzenia poprzez pryzmat ja. Rolę mistrza w tym procesie doskonale wyjaśnił współczesny mistrz buddyjski Dzongsar Jamyang Khjentse Rinpocze:
Powodem, dla którego uczenie się od mistrza jest najskuteczniejsze, jest to, że jest on kimś, kogo powinniśmy postrzegać jako istotę wyższą niż zwykły człowiek. Jednocześnie jest on jednak kimś, do kogo możesz się zwrócić. Nauczyciel to ktoś, kto jada pizzę, kto lubi tę samą pizzę co ty. I to jest bardzo ważne, ponieważ będąc kimś, do kogo możesz się zwrócić, jest on jednocześnie tym, kogo świadomie lub nieświadomie zatrudniłeś, aby cię zniszczył! Rezygnujesz z wszystkiego, a potem zatrudniasz go, by zniszczył twoje ego. I płacisz mu za to swoim ciałem, mową i umysłem3.
Tak właśnie jest w przypadku Hana Fooka. Najpierw znienawidził swoje osiągnięcia literackie, z czasem tęsknota za rodziną doprowadza go do rozpaczy, która przeradza się w nienawiść do Mistrza Doskonałego Słowa:
Han Fook zapałał wtedy gorzką nienawiścią do tego człowieka, który, jak mu się zdawało, zniszczył jego życie, tumaniąc piękniejszą przyszłością. Chciał się na niego rzucić i zamordować, ale wtedy starzec otworzył oczy i jął uśmiechać się z delikatną, smutną łagodnością, która rozbroiła ucznia.
– Pamiętaj, Hanie Fooku – powiedział cicho mistrz – jesteś wolny i możesz robić, na co masz ochotę. Możesz wrócić do domu i sadzić drzewa, możesz mnie nienawidzić i zamordować, nie ma to znaczenia4.
Odrzucenie wszystkiego, oddanie się temu, co rzeczywiście istotne, porzucenie słabostek tkwiących we własnym ciele i umyśle, by móc osiągnąć doskonałość. Han Fook, po śnie o własnej rodzinie i chęci zamordowania mistrza, dokonuje w sobie przewartościowania i jest wreszcie w stanie opowiadać o rzeczywistości tak, by żłobić bruzdy w duszach słuchaczy, jak wiatr żłobi zmarszczki w lustrze wody5. Jest w stanie opowiadać nie za pomocą słów, ale poprzez grę na cytrze i lutni. Kończąc swoją drogę na brzegu rzeki, zawładnął swymi słuchaczami, jednocześnie zamknęło się „koło” jego podróży, doszedł do celu:
A kiedy przestał już odróżniać lustrzane odbicia od rzeczywistych obrazów, zatarła się też w jego duszy różnica między owym pierwszym świętem, gdy jako młodzieniec, stał tutaj, słuchając słów nieznanego mistrza6.
Podróż więc dobiegła do końca. Uczeń stał się mistrzem, podziwianym przez postronnych słuchaczy. Wspomniana kilka akapitów wyżej „droga” stanowi drugi z kluczowych elementów postrzegania rzeczywistości w myśli dalekowschodniej. Buddyzm odwołuje się do „podążania drogą” ku osiągnięciu stanu oświecenia duchowego. Widać to nawet w nazwach największych odłamów buddyzmu tybetańskiego:Theravāda (Mniejszy Wóz), Mahāyāna (Wielka Droga), i Vajrayāna (Diamentowa Droga). Podążając drogami wyznaczonymi przez Buddę, jest się w stanie osiągnąć cel duchowej podróży. Droga prowadzi ku doskonałości, ku oświeceniu, i taką drogą poszedł Han Fook, mogąc, poprzez swoją muzykę, opowiadać o istocie rzeczy. Warto zwrócić również uwagę na charakterystyczną cechę podróży, drogi w we wschodniej filozofii. Wszystko opiera się na tzw. kole Dharmy:
Koło Dharmy jest ważnym symbolem buddyzmu. Odnosi się ono zarówno do koła życia składającego się z sześciu sfer egzystencji, czyli samsary (kręgu narodzin i śmierci, świata cierpienia dukkha) jak i do nauczania (ośmiorakiej ścieżki) Buddy Siakjamuniego, o którym mówi się, że puścił w ruch Koło Dharmy7.
Tym samym w finale opowiadania główny bohater dochodzi do kresu wędrówki na dwóch płaszczyznach: osiąga cel swojej podróży, zostając mistrzem, zaś podróż ta jest zarazem początkiem i końcem, jest kręgiem narodzin i śmierci.
Nie jest ciężko zauważyć, że ważnym elementem Poetyjest woda, która jest środkiem scalającym myśl filozoficzną Wschodu i Zachodu. Woda jako przemijanie, jako zmienność w niezmiennym jest szczególnie akcentowana w buddyzmie i hinduizmie, jak również w filozofii starożytnej Grecji czy tradycji judaistycznej i chrześcijańskiej. Hesse w znakomity sposób ukazał swoistą wartość rzeki i ogólnie wody, zarówno w opowieści o Hanie Fooku, jak również w powieści o drodze ku jedności, ku oświeceniu, czyli w Siddhartcie8. Woda zaś w dalekowschodnim i starogreckim ujęciu sprowadza się do znanej wszystkim sentencji Heraklita z Efezu – panta rhei. Wszystko płynie, naczynie pozostaje takie samo, z każdą chwilą zaś stajemy się kimś innym, bogatszym o nowe wartości i doświadczenia. Także Han Fook przebywa drogę, której celem jest być tym samym i zarazem kimś nowym. Takie jest też przesłanie cytowanego wyżej ostatniego akapitu Poety.

Przyglądając się wyszczególnionym w niniejszej pracy elementom opowiadania: drodze, kołu, wodzie, samoistnie nasuwa się porównanie do koła hermeneutycznego, które jest ciągłym, nieprzerwanym odczytywaniem na nowo dzieła artystycznego, poprzez nieustanne zdobywanie wiedzy o życiu i o sobie samym. Panta rhei.

* * *

1H.G. Gadamer, Estetyka i hermeneutyka, [w:] H.G. Gadamer, Rozum, słowo, dzieje, tłum. M. Łukasiewicz, K. Michalski, Warszawa 1979, s. 124.
2H. Hesse, Baśnie, Warszawa 2002.
3http://www.buddyzm.edu.pl/cybersangha/page.php?id=1000, [dostęp: 20.01.2015].
4H. Hesse, Baśnie, tłum. Sława Lisiecka, Warszawa 2002, s. 117.
5Tamże, s. 117.
6Tamże, s. 118.
7http://pl.wikipedia.org/wiki/Ko%C5%82o_Dharmy, [dostęp: 20.01.2015].
8Zob. H. Hesse, Sidhartha, tłum. Sława Lisiecka, Warszawa 2007.

„Książka” Zbigniewa Herberta

Wiersz KsiążkaZbigniewa Herberta dedykowany jest Ryszardowi Przybylskiemu i tym samym zasygnalizowany zostaje znaczący związek między wierszem Herberta a życiem i twórczością Przybylskiego. Tenżepolski eseista i badacz literatury jest autorem wielu tekstów dotyczących szeroko pojmowanego klasycyzmu w kulturze, a w szczególności w literaturze. Jest on również jednym z obrońców idei klasycystycznych we współczesnym świecie, idei, które chronią przed nieuporządkowanymi, chaotycznymi wartościami XX i XXI wieku. Wydaje się, że Herbert poprzez tę dedykację wchodzi w specyficzny dialog z Przybylskim i jego tekstem Et in Arcadia ego, dotyczącym mitu arkadyjskiego w twórczości Mendelsztama, Eliota i Różewicza.1Tak więc możemy wyznaczyć wspólne pole, którego dotyczą oba teksty – Arkadia, Eden. Jest to z pewnością również pewien ukłon w stronę Przybylskiego jako obrońcy wartości klasycznych.

A więc Książka– książka, która poprzez zdrobnienie od księgi, staje się bliższa podmiotowi. Dlaczego właśnie zdrobnienie od księgi, skąd mamy pewność, że nie jest to zwykła książka, że jest to Biblia? Odpowiedź daje początek drugiej strofy:
Od pół wieku tkwię po uszy w Księdze pierwszej rozdział trzeci wers VII

Sięgając do źródła, do trzeciego rozdziału Księgi Rodzaju i wyławiając wers VII – A wtedy otworzyły się im obojgu oczy i poznali, że są nadzy; spletli więc gałązki figowe i zrobili sobie przepaski2 dochodzimy do punktu w historii pojedynczego człowieka i całej ludzkości, który znamionuje akt poznania dobra i zła oraz dalszych konsekwencji sprzeniewierzenia się Bogu. Podmiot liryczny „tkwi po uszy” w tym właśnie miejscu, powoli i starannie, litera po literze, stara się on wydobyć właściwy sens tego wersu. Dodać również należy, iż w tym dokładnie momencie mamy wyraźną styczność z mitem arkadyjskim Przybylskiego. Podmiot liryczny dochodząc do momentu sprzeniewierzenia się pierwszych ludzi słowom Boga nie może wyjść poza bramy raju, tkwi w tym momencie upadku człowieka. Jest to zarazem próba wyjścia, jak też obawa przed opuszczeniem Raju.
Wątpliwości, które ogarniają podmiot podczas kontemplacji nad Książką, próbuje częściowo rozwiać sama Książka, która:

łagodnie mnie napomina nie pozwala
bym zbyt szybko biegł w takt toczącej się frazy
każe wrócić do początku wciąż zaczynać od nowa

oraz
… poucza:
najgorszą rzeczą w sprawach ducha jest pośpiech
i jednocześnie pociesza: masz lata przed sobą

Słowa „wypowiadane” przez Książkę stają się o wiele bardziej znaczące, gdy uchwyci się źródło tychże wersów. Ukazane powyżej pouczenie pochodziz Księgi Koheleta:

Wszystko ma swój czas,
i jest wyznaczona godzina
na wszystkie sprawy pod niebem (Koh 3,1)3

Dzięki temu zabiegowi daje się zauważyć podmiot jako postać, która czyta Biblię i zarazem Biblia staje się rozmówcą podmiotu poprzez swoją zawartość. Spersonifikowana Książka poucza swą własną treścią o pośpiechu w sprawach ducha, pociesza również, aby podmiot nie martwił się o czas, gdyż czas jest dany przez Boga, a Książka-Księgazaś to Słowo Boże. Można w tym momencie wiersza uznać za prawomocne, iż podmiot liryczny, poprzez kontemplacyjne podejście do tytułowej Książki, wchodzi w bezpośrednią relację z Bogiem.

Następna strofa ukazuje napomnienie podmiotu lirycznego przez Książkę – Boga:

zapomnij że czeka ciebie jeszcze dużo stronic
Tomów łez bibliotek czytaj dokładnie rozdział trzeci
W nim bowiem jest klucz i przepaść początek i koniec

Ponownie pojawiasię odniesieniado Biblii, ponownie Książka mówi sama sobą, sama o sobie poprzez Apokalipsę św. Jana:

Potem ujrzałem anioła, zstępującego z nieba,
który miał klucz od Czeluści
(przepaści) (Ap 20,1)4

oraz

Stało się.
Jam Alfa i Omega,
Początek i Koniec.
(Ap 21,6)5
Widzimy więc na przestrzeni tej jednej strofy typowy przykład biblijnej prefiguracji Księgi Rodzaju w Apokalipsie św. Jana.
Ostatnie słowa, wypowiedziane przez Książkę-Księgę w kierunku podmiotu lirycznego, ukazują czytelnikowi sytuację, w której może on domyślić się, kim jest podmiot liryczny – świece, inkaust wskazują pośrednio na zamierzchłe czasy rękopiśmiennictwa. W dwóch wersach kończących wypowiedź Księgi-Boga pojawia się nakazanie:

kopiuj ściśle jakbyś odbijał w lustrze
słowa niezrozumiale wyblakle o trojakim znaczeniu

Lustro jest w tym przypadku symbolem nieskazitelności kopii, słowa boże nie mogą się zmienić, muszą pozostać identyczne w stosunku do oryginału. Czymże zaś są owe słowa niezrozumiałe wyblakłe o trojakim znaczeniu? Również w tym przypadku Książka mówi samasobą, gdyż trojakie znaczenie posiada słowo amen:

– jako imię Boga:

To mówi Amen,
Świadek wierny i prawdomówny,
Początek stworzenia Bożego (Ap 3,14)6

jako stwierdzenie prawdy, przysięga (polskie „zaprawdę”):

W owym zaś dniu o nic Mnie nie będziecie pytać. Zaprawdę, zaprawdę, powiadam wam: O cokolwiek byście prosili Ojca, da wam w imię moje (J 16,23)7
– jako czynność wyrażającą moc woli, potęgę ducha – „niech tak się stanie”; pojawia się w tym sensie na końcu modlitw wznoszonych przez ludzi do Boga.
Zakończenie utworu przenosi ciężar wypowiedzi z powrotem na podmiot liryczny. Przyznaje się on do ułomności. Pojawiają się również braciaz drwinami i szyderczymi spojrzeniami, bieglejsi w sztuce – znowu mamy do czynienia ze wspomnianymi wcześniej braćmi duchownymi, którzy są lepszymi skrybami, drwiącymi z powolnego, niespiesznego odczytywania – przepisywania Księgi pierwszej, rozdziału III, wersu VII o późnym zimowym świcie.
Jeśli odwołać się do biografii autora Książki, do Zbigniewa Herberta, to po głębszym zastanowieniu się nad słowami „bracia” i „sztuka”, możemy wysnuć wniosek, iż wspominani bracia mogą być pisarzami, poetami naszych czasów, nowoczesnymi, postmodernistycznymi piewcami „nowego”, do których w opozycji staje podmiot liryczny – Zbigniew Herbert wraz ze swoimi klasycznymi korzeniami i Ryszardem Przybylskim jako współobrońcą trwałych, niezmiennych i ponadczasowych wartości.
1http://culture.pl/pl/tworca/ryszard-przybylski [dostęp: 10. 12. 2014 r.]
2Pismo Święte Starego i Nowego Testamentu w przekładzie z języków oryginalnych, opracowanie zbiorowe, Poznań-Warszawa 1971, s. 25.
3Tamże, s. 739.
4Tamże, s. 1414.
5Tamże, s. 1415.
6Tamże, s. 1400.

7Tamże, s. 1235.

Na Wschodzie bez zmian

Wydarzenieopowiedzianeprzez znajomą. Krakowskie Targi Książki, wszyscy pod krawatem, sweterki w stonowanych barwach, nikt się nie wychyla. Pojawia się Andrzej Stasiuk, w dresach, delikatna konsternacja wśród części odwiedzających targi. Poza? Zapewne. Prowokacja? Również. Przede wszystkim jednak jest to rodzaj komunikacji z otoczeniem. Stasiuk zdaje się mówić: patrzcie, jestem pisarzem, w miarę dobrym pisarzem, ale zarazem jestem w pewnym sensie także dresem, siedzącym na przystanku PKS i popijającym tanie trunki. Jestem reprezentantem Polski B. Tak więc sacrum przemieszane z profanum, zachodnie standardy przemieszane z obrazem podupadłego wschodu Polski. Nie inaczej jest w ostatniej książce Stasiuka pt. Wschód.

Rekomendacja na ostatniej stronie okładki zachęca do odbycia wraz ze Stasiukiem podróży na Podlasie, ku „wschodniej ścianie”, i dalej, do Rosji, do Chin, do Mongolii. Podróż odbywa się wdwóch płaszczyznach. Jedną z nich są nazwy geograficzne, topografie miast i dzikich terenów, roślinność lub jej brak, wiatry i susze. Z drugiej strony obcujemy z autorem, jego przemyśleniami, jego spojrzeniem na większe i mniejsze problemy przeszłości i współczesności, zarówno te intymne, jak i społeczne. Stasiuk „zanurza się” w określony rejon geograficzny w sposób jak najbardziej fizykalny, by „wypłynąć” na jego powierzchnię z całym bagażem przemyśleń i spostrzeżeń.

Jarmarki na Podlasiu w latach sześćdziesiątych, ukazane jak w piosence Maryli Rodowicz, zestawione ze współczesnym obrazem imitacji galerii handlowych na obrzeżach Polski. I tam, i tu błyskotki, niepotrzebne nikomu na dłużej rekwizyty banału i tandety. Tam produkowała je inicjatywa prywatna, szkalowana przez komunistyczne państwo, tu wszystko jest made in China albo może made in PRC. Z obserwacji tamtego i tego przechodzi Stasiuk myślami, i zarazem z plecakiem, do współczesnych Chin. Według niego już nawet nie współczesnych, ale futurystycznych Chin, zaspokajających swą narodową produkcją każdą banalną, komercyjną zachciankę. Spoglądając na przygraniczne chińskie miasto-widmo, zwiastujące przyszłość regionu, przenosi się na obrzeża zardzewiałej i zabetonowanej Rosji oraz na tereny nomadów Wschodu – do Mongolii. W tym trójkącie widzi przeszłość, teraźniejszość i przyszłość krańca Azji. 

Stasiuk w swoich spostrzeżeniach ukazuje dojrzałość charakterystyczną dla ludzi z dużym bagażem doświadczeń. Pozornie nic nie znaczące zestawienia, podobne do przykładowych podlaskich jarmarków i odległej Azji, pojawiają się raz za razem na kartach Wschodu. Widać obrzeża Warszawy z jej wschodnim płucem, Pragą, w oddali zaś nowoczesne wieżowce zachodniego brzegu Wisły. Widać resztki PGR-ów pośród wspomnień kolektywnej pracy i sowieckich żołnierzy, jedzących kury razem z pierzem. Widać matkę, oddającą się w ręce Radia Maryja, widać dawne i współczesne cerkwie. I wszystko to w większym lub mniejszym związku z tym, co tajemnicze, czasami mroczne, czasami groteskowe. Z Azją namaszczoną tymi samymi skazami komunizmu jak wiele miejsc w Polsce, jak wielu ludzi tam i tu.

Przytoczone tematy i sposób ich ujęcia pokazują Andrzeja Stasiuka jako człowieka, który jest w stanie znaleźć w tym „wschodnim chaosie” metodę, jakąś podskórną zasadę działania maszynerii mentalno-ideologicznej. Możliwe, że czytał Zapiski oficera Armii Czerwonej Sergiusza Piaseckiego, ale nie prowokuje swoich czytelników do uśmiechu. Wschód jest pomyślany jako podróż w drugą stronę, w opozycji do Zapisków…, w strony rodzinne czegoś nieokiełznanego. We wchłonięciu tej atmosfery pomaga Stasiukowi WykopAndrieja Płatonowa. Płatonow pozwalamu odczuć wschodnią mentalność, którakształtowałaprzestrzeńprzemierzaną i doświadczaną przez Stasiuka. Parafrazując popularną opinię o Rosji, można powiedzieć, że Wschód to nie obszar geograficznytylko stan umysłu.

„Dziennik zimowy” Paula Austera – czy to rzeczywiście zima życia?

Móc mówić o Paulu Austerze i jego Dzienniku zimowym to przede wszystkim otrzeć się wcześniej o jego twórczość, pisarską i filmową. Przypadek sprawia, że znajdujemy to, czego szukamy, nie inaczej jest u mnie. Szukałem jakiś czas temu książki, która dałaby mi wskazówki podczas przechodzenia przez trudny okres choroby mojego ojca. Znalazłem w antykwariacie Wynaleźć samotność Paula Austera z opowieścią pt. Portret człowieka niewidzialnego. Nie znalazłem odpowiedzi na nurtujące mnie pytania i wątpliwości, ale wziąłem za dobrą monetę ponowne zainteresowanie się samym Austerem, jedną z kluczowych postaci szołbiznesu w czasach młodości – oczywiście nie takiego szołbiznesu, z jakim mamy do czynienia aktualnie. Nie znalazłem żadnej rady dotyczącej ojca, natomiast pojawiła się Trylogia nowojorska dzięki pewnej znajomej, później obejrzałem Dym, Brooklyn Boogie oraz Lulu na moście, i wreszcie okazało się, że równolegle z moim ponownym zainteresowaniem Paulem Austerem pojawiła się jego autobiografia pt. Dziennik zimowy.

Jak można odebrać tę opowieść? Wkraczając w świat Austera ma się ogromną chęć zagłębienia we własne wspomnienia, czytając akapit po akapicie ukazuje się nam świat, który pomimo tego, że jest odległy czasowo (Auster urodził się w 1947 roku), i różni się od naszego również przestrzenią i kulturą (Stany Zjednoczone od lat pięćdziesiątych ubiegłego wieku do 2011 roku), to jednak zauważamy wiele wspólnego z naszym życiem. Życie Austera ukazane jest w pozornie chaotyczny sposób, ogromne przeskoki czasowe, pozornie nieistotne elementy życia często są wyolbrzymiane, inne, z naszego punktu widzenia istotne, poruszane są z ledwo dostrzegalnym zainteresowaniem uwiecznienia. O wspomnianym przeze mnie ojcu dowiadujemy się niewiele i zostajemy odesłani do Portretu człowieka niewidzialnego. Pojawia się zaś matka, która opisana została z ogromną wnikliwością i dziwnym zrządzeniem losu tu właśnie znalazłem odpowiedzi i wskazówki, o których myślałem wcześniej. Warto przytoczyć fragmenty jednego z najlepszych opisów traumy po śmierci bliskiej osoby, rodzica, jakie kiedykolwiek czytałem:

Jesteś otępiały i pusty w środku, niezdolny do myślenia i choć jest to ostatnia rzecz, jakiej byś się akurat spodziewał („Od lat słyszałem jej tak szczęśliwej”), nie dziwisz się słowom Debbie, nie wpadasz w rozpacz i szok, nie jesteś nawet przybity. Co się z tobą dzieje niedobrego?, pytasz sam siebie. Właśnie umarła ci matka, a ty zamieniłeś się w kawał drewna. […] Żadnych łez, żadnego wycia z bólu, żadnego smutku – tylko chwiejne poczucie grozy, które narasta w tobie. […] Rozproszone myśli, myśli nieistotne, wciąż brak impulsu, by wybuchnąć łzami, by załamać się i opłakiwać matkę z należycie okazanym smutkiem i żalem. […] Leżąc na wznak, czujesz, że krew przestaje krążyć w żyłach, a kończyny stopniowo zmieniają się w beton… […] Nie potrafiłeś płakać. Nie potrafiłeś rozpaczać jak inni ludzie, więc twoje ciało się załamało i odprawiło rozpacz za ciebie.

Oczywiście są to wycinki, te dotyczące niemożności wykrzesania żalu i smutku. Cały fragment bezpośredniego zmagania się ze śmiercią matki rozciągnięty jest aż na dziesięć stron i nie da się umieścić całości. Zainteresowanych odsyłam do publikacji krakowskiego Znaku, strony 116-126.
Jednakże w Dzienniku zimowym przeważa życie. Życie, które jak każde, jest sumą wzlotów i upadków, życie jako nieprzerwana nauka i spoglądanie na przeszłość bez kaca moralnego i bez ogromnej tęsknoty do tego co minęło. Przede wszystkim zaś życie, w którym istnieje wiele miłości do żony, do najbliższych.
Ci, którzy nie znają twórczości Austera mogą bez problemu przeczytać historię człowieka spełnionego i odnaleźć nowe spojrzenie na świat nas otaczający. Osoby znające dokonania pisarza z pewnością z rozbawieniem przypomną sobie filmy Dym i Brooklyn Boogie po przeczytaniu takiego fragmentu:

Twój przyjaciel Spiegelman (najbardziej namiętny palacz, jakiego znasz) kiedykolwiek zagadnięty o to, dlaczego pali, niezmiennie odpowiada: „Bo lubię kaszleć”.

Zapewniam, że takich smaczków jest znacznie więcej, choć nie tak zabawnych. Bo przecież Paul Auster właśnie wkroczył w zimę życia.
[youtube https://www.youtube.com/watch?v=HYl6C9h-OTE?rel=0]