Indianie i Ameryka

– ochrona przyrody w Stanach…

– legalizacja marihuany w Meksyku, Argentynie, Urugwaju

– Bolsanoro i wypowiedź Pedra

– film „Masakra na stadionie“

– papież Franciszek (film)

Urugwaj

Netflix ma w swojej ofercie film Emira Kustoricy pt. El Pepe. To opowieść snuta przez Kustoricę i José Mujicę, słynnego El Pepe, gdzie współczesny Urugwaj przeplata się z tym, co

Żart i bezpośredniość wypowiedzi Mujicy najlepiej obrazuje spotkanie z Barrackiem Obamą. Oficjalne ujęcie kamery dla mediów nie wychwyca tego, co tak naprawdę dzieje się podczas tej wizyty. Prezydent malutkiego kraju Ameryki Południowej wypowiada się bardzo kwieciście o stosunkach urugwajsko-amerykańskich. W pewnym momencie pada kwestia:

– W dzisiejszych czasach trzeba znać angielski. Nie da się inaczej. Będziecie musieli stać się dwujęzyczni. Nie ma innego wyjścia. Bo siła Latynosek jest godna podziwu. Zapełnią ten kontynent ludźmi mówiącymi po hiszpańsku i portugalsku.

W ujęciu oficjalnym Obama potakuje głową ze zrozumieniem. Można by rzec, że pochyla się nad problemem. Siedzi bokiem i nie widać dokładnie mimiki twarzy. Przez chwilę pokazane jest ujęcie jego twarzy z innej kamery, która nie kręciła oficjalnego materiału. Na twarzy prezydenta USA widać spłoszenie spowodowane wypowiedzią El Pepe.

Żadnej etykiety dyplomatyczne, tylko kawa na ławę! Zdominujemy was za sprawą naszych pięknych Latynosek i będziecie musieli nauczyć się hiszpańskiego i portugalskiego. Po prostu nie macie wyjścia!

Poprzez tę wypowiedź nikogo nie obraził, no może pojedyncze osoby o skrajnych poglądach feministycznych. W sumie etykieta dyplomatyczna nie doznała uszczerbku. Tylko żarty można odczytywać jak torę, na różnych poziomach. A ujęcie z drugiej kamery twarzy Obamy świadczy, że nie do końca to był żart.

Stany Zjednoczone

Od wielu lat Stany Zjednoczone przyglądają się eksperymentowi pod roboczą nazwą „Ameryka Łacińska“. Czasem zainteresowanie USA widać luźniej za pomocą zastrzyków finansowych. Czasami jednak rozprawiają się bezpardonowo za sprawą przewrotów, junt wojskowych i rządów dyktatorskich.

Bycie nadzorcą „niewolników“ zaczęło wymykać się USA spod kontroli w momencie, którego inicjacja i początkowy proces nic z nie znamionował. Stany Zjednoczone trzymały w XX wieku przysłowiową „łapę“ na wenezuelskiej i meksykańskiej ropie. Kuba, jak to Kuba, po kryzysie nuklearnym pozostało tylko zakręcać Stanom kurki do wszystkiego. No i były dziwne kraje jak Kolumbia czy Meksyk, w których na podobnych zasadach do junt i dyktatorów część władzy była w rękach karteli narkotykowych.

Eksperyment z dostawcami narkotyków dla Amerykanów z północy dawał „pozytywne“ efekty – po prostu kasa lała się strumieniem, amerykański rząd był po Nixonie „twardym dilerem“ z własnym systemem nagród i kar pod swoją kuratelą. Narkotykowi bossowie z dalekiego Południa byli na każde wezwanie. Wcale nie musieli oficjalnie współpracować z USA. Wystarczyło, żeby odrobinę zmienić jakiekolwiek prawo, aby wymóc „krwawe akty terroru“ na kolumbijskiej mafii. Wszystko jak w teatrze lalek. Do tego w Stanach prohibicja narkotykowa i surowe prawo spowodowały wzrost zatrzymań za posiadanie i używanie, co doprowadziło do rozrostu systemu więziennictwa. I żaden polityk z Waszyngtonu nie zaprzeczy, że więziennictwo to intratny interes warty ogromne pieniądze, bo często amerykańskie wiezienia są zarazem przechowalnią darmowej siły roboczej. W czym tak naprawdę niczym to się nie różni od chińskiego systemu penitencjarnego.

Wszystko kręciło się do czasu, kiedy zauważono, że opioidowej fali nie udało i nie da się zatrzymać w żaden sposób. Do tego kotła dorzucono dodatkowo bogatszą część społeczeństwa, uzależnioną od kokainy, a palenie i posiadanie marihuany wiązało się ściśle z przysłowiem „na dwoje babka wróżyła“. Ci, którzy nie interesują się polityką, może nie pamiętają, że tekst Kazika Staszewskiego „Bill Clinton palił trawę, ale się nie zaciągał“ nie wziął się znikąd. Przyszła więc pora na luzowanie prawa – tak postanowili amerykańscy politycy wraz z ONZ i WHO. Ledwo Kalifornia spróbowała legalnej trawy, stało się coś, co „nowoczesne“ amerykańskie społeczeństwo zaskoczyło, możliwe że polityków też.

Kanada

Kanada zalegalizowała marihuanę w całym kraju. Duże tąpnięcie w sytuacji, kiedy dwa państwa Ameryki Północnej, które łączy wszystko, co związane z zachodnim podejściem do wszystkiego. Co prawda Kanada w wielu przypadkach pokazywana jest w USA jako oaza odosobnienia dla skazańców, dłużników czy osób nie przystających do zbiorowego marzenia o złotym śnie Amerykanów. A że jest trochę podobnie jak w Stanach, to już duży komfort w porównaniu z Meksykiem, który dziki jest jak z filmów Tarantino.

Kanada legalizacją zaprzeczyła wszystkiemu, co w Stanach ukonstytuowało się oficjalnie jako złe. W najłagodniejszej wersji karkołomne tłumaczenia Billa Clintona, który „palił trawę, ale się nie zaciągał”. W najgorszym scenariuszu czekało więzienie albo kulka na ulicy. Kanada postanowiła nie trwać w tym status quo z czasów politycznej reakcji na rewolucję kulturalną lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych XX wieku. Rezonujące na cały region oszustwo Nixona zostało ujawnione.

Liberalizm kanadyjski nabrał świeżości po decyzji w sprawie marihuany. W międzyczasie wybiło na powierzchnię szambo ukrywanej przez lata kroczącej latami i systemowo zaplanowanej eksterminacji Indian. Niemcy dopiero wobec stanięcia pod murem przyznały się do holokaustu, choć do dziś trwa przełykanie problemu przez wszystkich uczestników II wojny światowej. To Wielka Brytania stworzyła pierwsze obozy koncentracyjne dla mieszkańców Południowej Afryki – nikt się nie pchał z przeprosinami. Szwedzi skrywali gdzieś na dnie swojego zbiorowego sumienia wymyślone przez ich dziadów i pradziadów opaski jako system znakowania Żydów – dopiero w ostatnim dwudziestoleciu coś drgnęło z sumieniem. Stany Zjednoczone rozpoczęły zabawy z komorami gazowymi – mało że nie przeprosili, to pewnie uznali ten wynalazek za dobry towar eksportowy.

A Kanadyjczycy zauważyli, że się wylało, więc należy pochylić głowy i rozpocząć wyjaśniać niewyjaśnione. Przez lata wszystko było traktowane na zasadzie „wiejskiej plotki”. Dziwnym trafem (a może wcale nie dziwnym) mordy na Indianach dostały się do publicznej debaty m.in. za sprawą książki 27 śmierci Toby’ego Obeda Joanny Gierak-Onoszko. Na moment cała dyskusja przeniosła się nawet do Polski w związku z licznymi próbami przeprowadzenia wywiadów dla mediów kanadyjskich. Może właśnie dlatego nie był to dziwny traf, że rodaczka Karola Wojtyły stała się po częsci katalizatorem procesu rozgrzeszenia.

Cała maszyna ruszyła, Jan Paweł II w zakrwawionych rączkach małych dzieci, pod pomnikiem tysiące pluszaków jako indiański gest rozpaczy i smutku nad zamordowanymi w internatach. Troudeau może nie rozpacza, ale przyjmuje wszystko na siebie w imieniu narodu. Gorzej już nie będzie, przynajmniej po tej stronie granicy. Prędzej czy później podobne katharsis spotka Stany Zjednoczone i oby nie miało być tak samo, jak w przypadku BLM, czy innych konfliktów rasowych w Stanach – zawsze lała się krew. Za tak skrajną biegunowość rozwiązania problemu u dwóch sąsiadów wcale nie odpowiada sentyment do któregoś z tych krajów. Po prostu Amerykanie (biali w szczególności) są jak gracze w footballa w uniwersyteckiej lidze. Każdy walczy do utraty tchu, nie mogąc się zatrzymać, nie są w stanie choć chwilę pomyśleć, dokąd biegną. Reszta w rękach mediów, wpychających informacje, które zawisną gdzieś na tablicy korkowej w mózgu – tak postępuj, tych możesz lubić, tamtych nie, tego zabij, tego nie.

Oczywiście to uogólnienie i może nawet odrobinę niesprawiedliwe, ale kalkulacja jest prosta: Amerykanie są tak podzieleni między sobą, że małym problemem będą Indianie przy próbie pogodzenia McDonalda z Burger Kingiem, Coca Coli z Pepsi Colą, demokratów z republikanami itp., itd. Wszystko żeby bez niedomówień określić swoje stanowisko: przepraszamy czy nie, strzelamy czy nie, przyznajemy się do tego, że nie jesteśmy najważniejsi na świecie czy znowu robimy szopkę z CIA, FBI, DEA czy innymi świństwami? Tylko czy oby na pewno jedynym wyjściem z sytuacji będzie zakopanie tematu następnymi trupami, hakami lub innymi formami perswazji i przymusu.

Temat Indian był tematem tabu, temat narkotyków również. Temat wiary również. Patriarchat także. Teraz wszystko zaczyna się sypać. Misterne symulacje rodem z filmu Truman Show nie spełniają swojego zadania. Społeczeństwo przestało kupować ten tani film na kredyt. Zhardziało 1968, lata ’80 to już punk rock, Raegan i Tatcher, a po latach na dokładkę Donald Trump. Z pewnością oglądał wszystkie relacje z pogranicza amerykańsko-meksykańskiego za pośrednictwem filmów poważnych, ale mimo wszystko hoolywoodzkich. Tak samo jak o narkotykach i ich produkcji wie zapewne więcej z Breaking Bad niż z raportów DEA.

Meksyk i Brazylia

Tak, tak! Tarantino i Rodriguez ostrzegają, nie wkraczaj do Meksyku bez maczety albo dobrego karabinu. Doniesienia w mediach zdają się potwierdzać wizje reżyserów. Trump buduje mur graniczny oddzielający południowego sąsiada. W tym samym czasie mafia buduje profesjonalne tunele z kolejką górniczą do przemytu narkotyków. Najdłuższy sięgał przedmieść San Diego. Tarantino nie zdążył wymyślić takiego scenariusza, życie przerosło fikcję.

Meksyk był i w pewnej mierze nadal jest hurtownią, gdzie zgromadzone jest „całe zło” i w zależności od koniunktury czasami płynie do Stanów strumyk, czasami jednak rwący potok marihuany, kokainy i innych używek. Ale w momencie kryzysu związanego z pandemią w Meksyku jedną z pierwszych osób, które zainteresowały się problemem i próbowały go rozwiązać, nie były oficjalne władze tylko córka El Chapo wraz z kartelami zajęła się pomocą. Podobny przypadek miał miejsce w Brazylii, gdzie władające slumsami osławione fawele pierwsze wprowadziły pomoc i namiastkę kwarantanny na swoich terenach. Jak w tych dwóch przypadkach można bronić oficjalnych władz, szczególnie prezydenta Bolsonaro, który ciągnie na dno wszystko, co w Brazylii ma jeszcze pozytywny wydźwięk. W przypadku Meksyku nie jest aż tak źle, a dodatkowym światełkiem nadziei może być pozornie drobny szczegół w postaci zmiany warty na cokole pomnika Kolumba. Jak zapowiedź czegoś, co bardzo możliwe nastąpi, Kolumb schodzi z piedestału na rzecz kobiety z plemienia Olmeków. Wiadomo, że każde tąpnięcie w stabilizacji, każda rewolucja, każda wielka przemiana, zazwyczaj zaczyna się lub współtowarzyszy obalaniu pomników lub zastępowaniu głównego bohatera na cokole.

Wracając jeszcze na chwilę do Brazylii i polityki Bolsonaro przypomina mi się rozmowa ze znajomym Portugalczykiem, którego zapytałem o Bolsanaro i ogólniej, o spojrzenie Portugalczyków na swoją byłą kolonię, której pozostałości tkwią w języku i wielu innych aspektach życia? Odpowiedział

Kolumbia

Jeszcze o Urugwaju słów kilka

Wspominany Urugwaj dawno miał już to za sobą, uznając legalizację marihuany za najlepszy pomysł w walce z mafią a pośrednio też i z Waszyngtonem. Później taką decyzję podjęto w Argentynie, następnie w Meksyku. Można tylko domniemywać, że jest to próba odparcia przez te państwa machinacji przy narkotykach/używkach, których dopuszczali się i cały czas dopuszczają amerykańscy politycy z kolejnymi prezydentami na czele. Jeśli to prawda, to państwom regionu, które się zdecydowały się na taki krok, wypada pogratulować długofalowego spojrzenia na politykę zagraniczną obu Ameryk.

Kuba

I aż się ciśnie na usta myśl o Kubie, która mogłaby, tak samo jak Stany Zjednoczone w Afganistanie, mieć zamiast jednego elementu eksportu kontrowersyjnego, czyli cygar, dwa albo nawet i trzy. Przy sprzyjających wiatrach popytu na różnorakie wersje marihuany Kuba mogłaby być jednym z najważniejszych dostawców każdego rodzaju cannabis. A jeśli Kuba chciałaby pokusić się o zagranie typowe dla USA, to chyba najlepszym modelem byłyby plantacje koki.

W tym przypadku mała wyspa obok Florydy mogłaby wpływać „podskórnie” na sytuację w regionie: sytuacja idealna – marihuana na sprzedaż, biznes się kręci. Gorzej, jeśli USA postanowią coś majstrować. Wtedy Kuba blokuje dostawy kokainy na Wall Street. Białe kołnierzyki proszą o łagodne rozwiązanie sytuacji, bo bez koki nie da się pchać giełdy i całego rynku jako takiego.

Oczywiście są to tylko sytuacje wyimaginowane, choć kusząca może się wydawać wizja, że to nie WTC czy bomba atomowa stanowić może zagrożenie dla państwowości USA. Wystarczyłoby przejąć rynek narkotyków, by móc go później destabilizować i wpływać na wydarzenia.

Argentyna i Watykan

Wracając ponownie do filmów, warto obejrzeć film pt. Masakra na stadionie. Dla osób, które słabo orientują się w amerykańskiej polityce regionalnej, może to być doskonała lekcja geopolityki.

Tak, jak w wielu przypowieściach o „Dawidach i Goliatach“, tak i w tym przypadku doszło do odwrócenia ról. Faworyt, mając w dłoni wszystkie atutowe karty, nie spodziewał się, że tworząc narkotykowe plantacje i kanały przerzutu, doprowadzi do powolnego upadku na Południu i do uzależnienia znacznej części własnego społeczeństwa, od Bronxu po Wall Street. Spoglądając na całość w tym ujęciu może rzeczywiście mina Obamy podczas rozmowy z Mujicą wcale nie jest zaskakująca. Jako władcy wszechświata Stany działają pod wpływem pychy i nie rozumieją nawet swoich hoolywoodzkich produkcji, gdzie czarno na białym bite jest ludziom do głów, żeby zachowywali jakikolwiek kręgosłup moralny. I jako pyszni zwycięzcy wszelkich wojen idą powoli na dno własnych słabości. Tak samo było z Rzymem, Napoleonem czy Hitlerem.

Jak to będzie z tym końcem świata?

Jak to będzie z tym końcem świata?

Ostatnimi czasy wszyscy dookoła „trąbią“ o końcu świata. Przy czy samo określenie „trąbią“ jest dość bliskie pewnej wypowiedzi objętej domeną publiczną:

A gdy otworzył pieczęć siódmą, zapanowała w niebie cisza jakby na pół godziny. I ujrzałem siedmiu aniołów, którzy stoją przed Bogiem, a dano im siedem trąb. I przyszedł inny anioł, i stanął przy ołtarzu, mając złote naczynie na żar, i dano mu wiele kadzideł, aby dał je w ofierze jako modlitwy wszystkich świętych, na złoty ołtarz, który jest przed tronem. I wzniósł się dym kadzideł, jako modlitwy świętych, z ręki anioła przed Bogiem. Anioł zaś wziął naczynie na żar, napełnił je ogniem z ołtarza i zrzucił na ziemię, a nastąpiły gromy, głosy, błyskawice, trzęsienie ziemi. A siedmiu aniołów, mających siedem trąb, przygotowało się, aby zatrąbić. I pierwszy zatrąbił. A powstał grad i ogień – pomieszane z krwią, i spadły na ziemię. A spłonęła trzecia część ziemi i spłonęła trzecia część drzew, i spłonęła wszystka trawa zielona.

Pierwszy anioł – destrukcja fizyczna świata

O czym tu „trąbić“ w naszych czasach. Albo „trąbić“ na nasze czasy. Może jedno i drugie po trosze?

Moja niezapomniana babcia była jak była, ale będąc człowiekiem głębokiej wiary i wychowana na wsi, dość ciekawie odnosiła się do wszelkich katastrof klimatycznych. Zawsze wspominała, że to idzie koniec świata powoli. To było i jest u innych starszych osób takie najprostrze wyjaśnienie patologii w każdym aspekcie życia na Ziemi. Babcia w przeciwieństwie do dewotów kościelnych, nie ukrywała się za murami kościołów, żeby robić dobre wrażenie na kolędach. Sama była murem dla siebie. Sama stworzyła Kościół we wnętrzu swego umysłu.

Ja odrobinę przymykałem oko na katastrofy i wiarę babci. Przez całą komunę każda katastrofa była przekładana informacjami o próbach jądrowych wszelkiej maści. Wysyp doniesień z kraju i świata po 1989 roku był jak porażenie. Ludzie mieszkający w Polsce nie mogli tej masy przyswoić, przeanalizować i ugruntować jakąkolwiek opinię. Babcia chłonęła wieści i śmiała się albo mówła ojojoj. Zwracała jednak szczególną uwagę na informacje o kataklizmach, jakby jej szyszynka była wyczulona na sprawy ostateczne i co te sprawy znamionuje. Trzęsienie ziemi – babcia chłonie bardziej, prezydent – ojojoj albo śmiech, wylał wulkan – chłonie i analizuje, parlament – śmiech, głodne dzieci w Afryce – chłonie i analizuje, wylała Wisła – chłonie i analizuje. Nie słuchała Rydzyka w radio czy księdza w kościele. Miała jednak tę mądrość głupią, która po czterech klasach szkoły powszechnej i ciągłej obserwacji rzeczywistości dawała jej ogromną przewagę nad innymi. Dostrzegała niuanse, drobne zmiany przed blokiem, które wystarczały jej bardziej niż wszelkie wiadomości z kraju i ze świata. Była w stanie znaleźć rozwiązanie w problemie padających roślin wokół bloku, zdawała sobie sprawę z betonozy miejskich przestrzeni. Teraz każdy jest mądry, każdy wie, jak postępować z plastikiem czy innymi śmieciami. Po 1989 roku nie było jednak żadnych wytycznych, cywilizacyjna samowolka. A Stanisława z godną podziwu wytrwałością wszystkie plastiki myła i używała powtórnie, narzekając że jej, starej babie ciągle wciskają ten plastik, a ona wcale go nie chce i musi przechodzić piekło na Ziemi, bo nigdy nie wyrzuci plastiku do śmieci. Wszyscy słyszeli, że Niemcy mają przeraźliwie zaawansowany system segregacji śmieci. U nas zaś minęło kilkanaście lat, żeby ktokolwiek zaczął się tym przejmować. A babcia była nieugięta, nie wyrzucała plastików, kupowała na hali jedzenie i nie przynosiła czerwonej plastikowej imitacji wosku jako opakowanie żółtego sera.

śmiałem się z tej plasticzanej paranoi, każdy śmiał się z takich dziwnych staruszków. Teraz w wielu takich dziwactwach widzę dużą troskę o wszystko i już nie śmieję się z babci, że nie pozwalała mi wyrzucać kipów w plastikowym woreczku tylko kazała zawijać w papierowe reklamówki marketów.

Odrobinę sie rozpisałem o mojej babci, a gdzie jej do tych trąb, które są głównym tematem. Niech łącznikiem będzie to, że starzy

I drugi anioł zatrąbił: i jakby wielka góra płonąca ogniem została w morze rzucona, a trzecia część morza stała się krwią i wyginęła w morzu trzecia część stworzeń – te, które mają dusze – i trzecia część okrętów uległa zniszczeniu.

Drugi anioł – globalne ocieplenie

Czytałem ostatnio wywiad z Dalajlamą na temat sytuacji związanej z covidem oraz wszystkimi sprawami katastrofy klimatycznej. Na pytanie o kondycję ludzkiej cywilizacji, czy kiedykolwiek ludzie jako gatunek zwierzęcia się opamiętają, Dajlajlama bodaj zaczął się śmiać i powiadomił współrozmówcę o jednej tylko wersji wydarzeń. Tylko jedna sytuacja zmobilizowałaby ludzi do obrony Ziemi przed zniszczeniem – jeśli okazałoby się, że jednak na Marsie znajduje się cywilizacja. To jednak nie koniec – ta marsjańska cywilizacja byłaby bardziej zaawansowana technologicznie i zarazem agresywnie nastawiona do ludzi. Tylko wtedy wszyscy ludzie na Ziemi zjednoczyliby się przeciwko wspónemu wrogowi. W żadnym innym wypadku.

Możliwe, że Dalajlama widział film Tima Burtona Marsjanie atakują (1996), człowiek uśmiecha się z niedowierzaniem na samą myśl, że to co Burton przedstawił jako żartobliwą ironię na Amerykę, Dalajlama przekłada na współczesność roku 2020-2021. Uzmysławia, że to wcale nie był żart.

Tylko jak ugryźć ten temat, temat zmian na naszym globusie, kiedy zatrąbiła zwiasująca globalny kataklizm trąba? Nie mamy jako ludzkość zewnętrznego wroga z Marsa. Nic i Nikt z zewnątrz nie zatruwa naszych rzek, jezior, mórz i oceanów, Nic i Nikt nie wycina lasów do gołej ziemi, Nic i Nikt z zewnątrz nie tworzy powodzi, spalin, smogu, promieniowania radioaktywnego, raka płuc, depresji. To my jako ludzkość stworzyliśmy na Ziemi pierwsze piekło. Sami, przez wiele lat nieświadomi a później z premedytacją wyrządziliśmy niepoliczalne krzywdy lub straty dla życia na Ziemi.

I teraz co z tym zrobić? Przecież taka sytuacja oznacza, że trzeba wybrać wroga wśród ludzi lub w czynach części ludzi upatrywać znamion zbrodni z premedytacją. Tak wielu nie jest w stanie spojrzeć na florę z szacunkiem. Lepiej nam idzie z fauną, bo im wyższe w rozwoju zwierzęta, tym bardziej zbiera się nam na płacz widząc, że dwoje oczu w czaszce i cierpią. Ale wszystko jest względne – martwimy się pieskami zabijanymi w dalekiej Azji, a z rozkoszą myślimy o zjedzeniu zalaminowanego prosiątka „W CAŁOśCI“ w markecie, z kodem kreskowym na gładkim tyłeczku vel szynce, ba, szyneczce. Nawet osławieni Marsjanie i E.T. wypadałoby, by mieli parę oczu, uszu, ogólnie jakąś głowę, bo tylko taki głupiec jak Lem mógł wykoncypować, że da się ogarnąć oceanu jako jednego organizmu! Przecież to oczywista porażka! Gdzie oczy, uszy, głowa, korpus jakiś, żebyśmy jako ludzkość pochylili się nad tematem, jak nad jakimś pieskiem z Syczuanu.

I można powiedzieć, że tu leży pies pogrzebany! Nawet nie możemy jako jedynie właściwie panujący gatunek podjąć decyzji w sprawie psów, palstikowych wysp na oceanie, prosiąt w laminacie. Ogarnia nas w tych sprawach paraliż decyzyjny. I dobrze! Niech nam drży sumienie! Ale wracając do trąb, jak jako ludzie ludziom mamy dokonywać trwałych korekt. Jak mamy powiadomić wszystkich, którzy w rytm postępu geometrycznego będą wydobywać ropę, że od jutra nie będą mogli tak czynić? Ekoterroryzm! Każdy w tym momencie przypomina sobie nazizm i faszyzm i pułapkę interpretacji Nietzschego, Wagnera, Kierkegaarda czy Goethego. Szczerze wierzę, że każdego da się zaprzęgnąć do chorych planów, ale gdy widzi się takie nazwiska, to nie należy popadać w rozpacz, że się zaprzedali idei. Nie nie, nikt z nich nie żył w momencie błędnej interpetacji ich słów. A nawet, gdyby żyli, to przeszliby przez piekło wojny równie czysto moralnie jak Hermann Hesse. To moja jedyna wiara – człowiek osiąga pewien etap rozwoju, po osiągnięciu którego nie da się już powrócić do

I trzeci anioł zatrąbił: i spadła z nieba wielka gwiazda, płonąca jak pochodnia, a spadła na trzecią część rzek i na źródła wód. A imię gwiazdy zowie się Piołun. I trzecia część wód stała się piołunem, i wielu ludzi pomarło od wód, bo stały się gorzkie.

Trzeci anioł – używki i narkotyki


I czwarty anioł zatrąbił: i została rażona trzecia część słońca i trzecia część księżyca, i trzecia część gwiazd, tak iż zaćmiła się trzecia ich część i dzień nie jaśniał w trzeciej swej części, i noc – podobnie. I ujrzałem, a usłyszałem jednego orła lecącego przez środek nieba, mówiącego donośnym głosem: Biada, biada, biada mieszkańcom ziemi wskutek pozostałych głosów trąb trzech aniołów, którzy mają [jeszcze] trąbić!

Czwarty anioł – pomieszanie myśli, idei, destrukcja psychiczna

I piąty anioł zatrąbił: i ujrzałem gwiazdę, która z nieba spadła na ziemię, i dano jej klucz od studni Czeluści. I otworzyła studnię Czeluści, a dym się uniósł ze studni jak dym z wielkiego pieca, i od dymu studni zaćmiło się słońce i powietrze. A z dymu wyszła szarańcza na ziemię, i dano jej moc, jaką mają ziemskie skorpiony. I powiedziano jej, by nie czyniła szkody trawie na ziemi ani żadnej zieleni, ani żadnemu drzewu, lecz tylko ludziom, którzy nie mają pieczęci Boga na czołach. I dano jej nakaz, by ich nie zabijała, lecz aby pięć miesięcy cierpieli katusze. A katusze przez nią zadane są jak zadane przez skorpiona, kiedy ugodzi człowieka. I w owe dni ludzie szukać będą śmierci, ale jej nie znajdą, i będą chcieli umrzeć, ale śmierć od nich ucieknie. A wygląd szarańczy: podobne do koni uszykowanych do boju, na głowach ich jakby wieńce podobne do złota, oblicza ich jakby oblicza ludzi, i miały włosy jakby włosy kobiet, a zęby ich były jakby zęby lwów, i przody tułowi miały jakby pancerze żelazne, a łoskot ich skrzydeł jak łoskot wielokonnych wozów, pędzących do boju. I mają ogony podobne do skorpionowych oraz żądła; a w ich ogonach jest ich moc szkodzenia ludziom przez pięć miesięcy. Mają nad sobą króla – anioła Czeluści; imię jego po hebrajsku: Abaddon, a w greckim języku ma imię Apollyon. Minęło pierwsze „biada”: oto jeszcze dwa „biada” potem nadchodzą.

Piąty anioł – szarańcza z Abaddonem/Apollyonem – ci, którzy mówią czynem swoją prawdę trzymając wagę i miecz – schizofrenicy, anarchiści, metalowcy, wyrzutki społeczeństwa, bezdomni. Wszyscy, którzy przeszli drogę i są w stanie rozeznać się w prawdzie i fałszu. Jak z Chrystusa miasta Tuwima.

I szósty anioł zatrąbił: i usłyszałem jeden głos od czterech rogów złotego ołtarza, który jest przed Bogiem, mówiący do szóstego anioła, który miał trąbę: Uwolnij czterech aniołów, związanych nad wielką rzeką, Eufratem! I zostali uwolnieni czterej aniołowie, gotowi na godzinę, dzień, miesiąc i rok, by pozabijać trzecią część ludzi. A liczba wojsk – konnicy: dwie miriady miriad – posłyszałem ich liczbę. I tak ujrzałem w widzeniu konie i tych, co na nich siedzieli, mających pancerze barwy ognia, hiacyntu i siarki. A głowy koni jak głowy lwów, a z pysków ich wychodzi ogień, dym i siarka. Od tych trzech plag została zabita trzecia część ludzi, od ognia, dymu i siarki, wychodzących z ich pysków. Moc bowiem koni jest w ich pyskach i w ich ogonach, bo ich ogony – podobne do węży: mają głowy i nimi czynią szkodę. A pozostali ludzie, nie zabici przez te plagi, nie odwrócili się od dzieł swoich rąk, tak by nie wielbić demonów ani bożków złotych, srebrnych, spiżowych, kamiennych, drewnianych, które nie mogą ni widzieć, ni słyszeć, ni chodzić, ani się nie odwrócili od swoich zabójstw, swych czarów, swego nierządu i swych kradzieży.

Anioł szósty – zwiastowanie rozwiązania czterech aniołów – Gabriela (zwiastowania, zmartwychwstania, miłosierdzia, kary, śmierci i objawienia), Israfila/Rafael (ratuje ostatnich, którzy zrozumieją – Bóg uzdrawia), Michała (ratuje ważąc – miecz i waga) i Azraila (nic już nie pomoże – anioł śmierci).

I siódmy anioł zatrąbił. A w niebie powstały donośne głosy mówiące: Nastało nad światem królowanie Pana naszego i Jego Pomazańca i będzie królować na wieki wieków! A dwudziestu czterech Starców, zasiadających na tronach swych przed tronem Boga, padło na oblicza i pokłon Bogu oddało, mówiąc: Dzięki czynimy Tobie, Panie, Boże wszechmogący, Który jesteś i Który byłeś, żeś objął wielką Twą władzę i zaczął królować. I rozgniewały się narody, a nadszedł Twój gniew i pora na umarłych, aby zostali osądzeni, i aby dać zapłatę sługom Twym prorokom i świętym, i tym, co się boją Twojego imienia, małym i wielkim, i aby zniszczyć tych, którzy niszczą ziemię.

Anioł siódmy – I rozgniewały się narody, a nadszedł Twój gniew i pora na umarłych, aby zostali osądzeni, i aby dać zapłatę sługom Twym prorokom i świętym, i tym, co się boją Twojego imienia, małym i wielkim, i aby zniszczyć tych, którzy niszczą Ziemię – tak będzie!

Jak to jest z tym jedzeniem?

Jak to z tym jedzeniem?

Ludzie słuchają się wg rożnych kombinacji, najczęściej preferując matematykę lub logikę, a tak naprawdę jedno i drugie. Najpowszechniejszą kombinacją jest „trójkątna“, a tak naprawdę „piramidalna“.

Z bliżej nieznanych przyczyn starożytne cywilizacje budowały piramidy. Jeszcze bardziej są nieznane przyczyny tego, że piramidy pojawiły się na różnych kontynentach i do dziś tak naprawdę nie wiemy, co z tym fantem zrobić.

I oni w to właśnie uwierzyli i to dodawało im otuchy na drodze życia. Bóstwo wparte na kwadracie cztery trójkąty.

Później Pitagoras, Euklides, czyli szalona moda Greków na bycie biegłym w geometrii. W piramidach i trójkątach, wiadomo, też. Próbowali zmieścić opis wszechrzeczy w matematycznych konstruktach, ktore odbijają się czkawką jeszcze po dziś dzień w postaci liczby pi i wszelakich schiz psychicznych z tym związanych.

I w to właśnie uwierzyli i to dodawało im otuchy na drodze życia. Cały wszechświat w matematycznych ramach opartych na kawadracie i czterech trójkątach.

Później przyszła rewolucja. W sumie nic tego nie zapowiadało, a o efekcie motyla nikt wtedy nie miał pojęcia, chyba że dało się to udowodnić w matematyczny sposób, a nie było to zbyt proste. Piewcy matematyki popełnili błąd kategoryczny i ukrzyżowali jednego Hebrajczyka. Wszystko się zemściło przez te dwie prostopadłe. Mało że prostopadłe to jeszcze można było posądzić Rzymian i Żydów o niecne wykorzystanie znaku dodawania lub mnożenia! Dwa przewinienia arytmetyczne z czterech podstawowych! I do tego jeszcze geometria! To po prostu musiało się zemścić!

Pojawiający się nowi wyznawcy krzyża szybko dziwnym trafem zaczęli gmerać w matematyce. Starożytni zamknęli swoje bóstwo w przeogromnej budowli, która nie zaistniałaby bez matematyki. Grecy i Rzymianie skupili się na konstruktach myślowych: po prostu budowali piramidy w swoich głowach i wydawało się, że wszystko już będzie płynąć spokojnym torem. Ale nie! Pojawili się następni, którzy uznali, że było już bóstwo w piramidzie, było bóstwo w głowach. Teraz przyszedł czas na fikołek ontologiczny! Skoro pewien Hebrajczyk prawił, że jest synem bożym, że inni prawili o innych osobach boskich, że przekłuto Hebrajczyka w trzech miejscach, no to jasne przecież, że liczba „trzy“ jest czymś wyjątkowym. I tym samym mozolnie zaczęto przekuwać liczby na znaczenia, na alegorie i sybole. Skoro „3“ to liczba boska to „6“ z pewnością musi być liczbą szatanistyczną. No a „666“ to już nie żarty! Dylemat: skoro 6+6+6 daje 18, to w sumie daje „9“. A co oznacza to „9“?! I tak dalej, i tak dalej… Aż do momentu, w którym uzmysłowiono sobie dwa straszne spostrzeżenia: wybiegając do przodu, wszyscy wierzący w „+“ i w „x“ cofnęli się do żydowskiej kabały i dylematu „pi“ oraz „kwadratury koła“. To był straszliwy cios! Cios, który spowodował totalny odlot w stronę dewocji i dewiacji wszelakich. Z drugiej zaś strony stali nieugięci wyznawcy „trójkątów“ vel „piramid“. Ociekający złem szatańskim „wolni mularze“ z cyrklami i kielniami. Gdy w kościołach odprawiano dewocje i dewiacje, same budynki stały się misternymi budowlami dziwwnych ludzi, którzy potrafili dodawać i, co najsraszniejsze, mnożyć! Nawet nie wspominamy o tym, że dzielenie i odejmowanie też mieli we krwi! I cały Pitagoras, i Euklides! Tamci się modlili i samookaleczali, a ci drudzy budowali i budowali, jak deweloperzy! Chuć i poróbstwo!

Dlatego do dziś przetrwały określenia „1. przen. poważ. zrobię ci z dupy jesień średniowiecza“ albo “2. przen. iron. zacofanie, zapóźnienie, niedorozwój, wstecznictwo, ciemniactwo, ciemnota, ignorancja, ciemnogród, obskurantyzm, nienowoczesność, opóźnienie w rozwoju“, jak to było w pewnym słowniku synonimów.

Ale wróćmy do głównego wątku.

Wolni mularze, a wcześniej Hebrajczyk i jego uczniowie (tu warto wspomnieć, że to tak naprawdę była pierwsza schizma w Kościele, ta między Wolnymi Mularzami a Wyznawcami Hebrajczyka i jego ojca). Wcześniej Grecy i Rzymianie (choć ci drudzy to bardziej jako takie „Hollywood“ dla poważnych Greków), a na samym początku te nieszczęsne piramidy! Do dziś nie wiadomo dlaczego! Jedno wiadomo z całą pewnością – wszystkich łączyła matematyka!

Od starożytności do końca średniowiecza dużo działo się też w tzw. zamierzchłych wątkach pobocznych „prawdziwej historii matematyki“, które jednak z czasem przybrały na sile, czy wręcz opanowały wszystkie wektory życia ludzi.

Arabowie. A jeszcze bardziej oddalając się od wątku głównego, to w hindusi.

Filozofia

– dobro – państwo, prawo, demokracja, społeczeństwo, kościół, policja, lekarze, uniwersytety itp

– zło – muzyka, literatura, używki, bezrobocie, bieda, choroby psychiczne, brak wykształcenia, łamanie prawa itp.

– dobre – po prostu dobre;)

– złe –

Dobro jest złem.

Zło jest dobrem.

Snimy. Słyszałem opowieści, które próbowały wymusić na słuchaczu moment zastanowienia: czy Życie to sen, a Sen to życie? Dobry trening dla mózgu, ale jeśli spróbować jakkolwiek ten problem rozwiązać, to nie jest to tak naprawdę zabawa. Każde pytanie sugeruje odbowiedź, czysta logika, krystalicznie czyste algorytmy. A czy mamusia i tatuś, babcia i dziadek nie mówili: ciekawość to pierwszy stopień do Piekła? Każde zadane pytanie i każda odpowiedź jest ciekawością. Idziemy więc wszyscy do Piekła!

Ciekawe też to pytanie: czy Życie to sen, a Sen to życie? Odpowiedź zaś nie z tego świata jest. Zaczynamy się uczyć, rodzice wysyłają nas do przedszkola, poidstawówki, później rozpoczynamy po części własne wybory idąc do liceum lub technikum, następnie studia. Na samą naukę w nieprzebranych instytucjach edukacyjnych oddajemy tak dużo naszego życia, że wydaje się wręcz nieprawdopodobnym, że możemy iść drogą ślepca, roić sobie i śnić marzenia, nie zdając sobie sprawy, że obok nas odbywa się Życie, a my możemy zupełnie realnie śnić na jawie. Sen lunatyka.

Sen lunatyka jest jednostkowy i jest czymś przerażająco dziwnym. Dziwny, bo wykonujesz czynności fizyczne i fizjologiczne jak dobrze naoliwona „maszyna do życia“. Twój umysł został zwolniony z zadania pełnego towarzyszenia w wykonywaniu dodatkowej obróbki życia. Został uwolniony od odpowiedzialności za czyny ciała. Dziwne, prawda?

Dlaczego jednak przerażajace? śpisz, jest pełnia. śnisz sobie o tym, że bardzo musisz zrobić siku. W śnie pojawia się burza z piorunami, wyładowania atmosferyczne łączą się ogromną ulewą, strumienie wody zalewają wszystko dookoła. Tymczasem na jawie zamiast spać w zasikanej pościeli wychodzisz z pokoju, podchodzisz do drzwi wejściowych. Przekręcasz sprawnie zamek i wychodzisz na klatkę schodową. Stajesz pod licznikami energii elektrycznej i zaczynasz pod nimi sikać. Tymczasem w domu matka mówi do ojca, że chyba ktoś się włamuje, bo słychać dziwne dźwięki w okolicach wejścia do domu. Ojciec idzie do kuchni i wybiera metalowy tłuczek do mięsa jako najlepszą w tym momencie broń obronną. Idzie do drzwi i widzi, że są uchylone. Odchyla je i w tym momencie ktoś włącza światło na klatce. Oślepiony zamachuje się, ale napastnik sięga mu do pasa. Zaczyna powoli zauważać kałużę sików na lastryko i swojego syna w pidżamie. Pyta się go, co tutaj robi, a syn odpowiada, że siku, po czym mija ojca, wchodzi do domu i idzie do swojego pokoju położyć się do łóżka. Rano jest piękna pogoda, ale nie wiesz zupełnie dlaczego tak bardzo chciałbyś, aby czuć było powietrze przed burzą i pioruny w oddali. Dopiero po kilku latach dowaidujesz się o śnie.

Inny przypadek. Wychodzisz nocą w pidżamie na podwórko. Wszystko jest jasne od światła Księżyca. Masz łopatkę i wchodzisz do piaskownicy. Zaczynasz kopać, kopanie zajmuje ci dość dużo czasu, ale wiesz, że jak dokopiesz się do krat na dole piaskownicy, to potwierdzi to wszystkie opowieści, że całe miasto jest połączone bunkrami i kanałami ewakuacyjnymi. To by ozanczało, że zadbano również o dzieci, bo jeśli będą kraty, to podczas zabawy w piaskownicy, kiedy będzie nalot, będzie można wejść do systemu kanałów i będziemy uratowani. Pomyślałeś nawet o tym drugim systemie miasta, który ma ujścia wody obudowane kościołami, żeby je chronić. Będziesz musiał do zbadać. Dokopałeś się wreszcie do krat, wszystko ma sens. Wychodzisz z paskownicy i widzisz rodziców, którzy przyszli cię odprowadzić do domu, do łóżka. Ten sen pamiętasz i też dowiadujesz się o tym snie od innych kilka lat później. Relacje matki i ojca są zbieżne: obudzili się w nocy i zobaczyli, że cię nie ma. Wyszli na korytarz i zauważyli odkręcony zamek w drzwiach. W pidżamach wyszli na podwórko, zobaczyli cię kopiącego w amoku wielką dziurę w paskownicy. Byli przerażeni, nic nie rozumieli, odprowadzili cię do domu, do łóżka.

Może jeszcze inny? Dlaczego by nie? Dobra! Wiesz, że siedzisz w szafce pod telewiorem, widzisz siebie tam siedzącego, jakbyś siedział na łóżku rodziców. Zasnąłeś w tej szafce i obserwujesz swoje ciało, jakbyś oglądał telewizor. Więc oglądasz, pomimo dość monotonnej akcji. Nagle jakieś poruszenie w miejscu, w którym siedzisz. Budzą się twoi rodzice i zaczynają cię szukać. NIE MA, NIE MA GO. Oni biegają w poszukiwaniach a ty siedzisz i oglądasz ten film z sobą leżącym w szafce pod telewizorem. Matka chwyta za telefon, żeby wezwać służby. Drgnąłeś. Stuknięcie w szafce. Wszystko zastygło, matka z telefonem w dłoni, ojciec wpatrzony w ścianę. Budzisz się, rodzice mówią ci, że znalazłeś w nocy idealną kryjówkę. śmieją się.

Można cytować te opowieści z oddziałów dziecięcych psychiatryków non stop. To były przykłady jednostkowe, sny-nie-sny konkretnych osób.wróćmy jednak do głównego tematu. Czy życie to Sen, a sen to Życie? Czy Życie to sen, a Sen to życie?

Czy może nas korcić, żeby przenieść doświadczenia somnabuliczne dzieci z objawami choroby psychicznej na całą Ziemię? Na cały ród ludzki? Istnieją Indianie, którzy o tym mówili wielki temu. Nomadowie Ameryk. Tylko oni się przemieszczali gwałtownie jak na standardy sprzed Jezusa, bardziej w okolicach Buddy. Mówili, że Ziemię spowija sen. Stworzyli Majów, Azteków oraz Inków. Ziemię spowija sen? Sen Ziemi? Czy nadal nas korci, żeby przenieść doświadczenia somnabuliczne dzieci z objawami choroby psychicznej na całą Ziemię?

Chodzę wśród ludzi i widzę marionetki na sznurkach. W pracy, w sklepie, w kinach, w internecie…

Niestety trzeba odrobinę pogdybać.

Wtedy też trzeba byłoby przewartościować wszystko, co nas otacza, na zasadzie lustra. Jak u Alicji? Może. Najbogatszymi musieli by zostać biedni, najzdrowszymi najbardziej chorzy, ci źli, których się tak boimy, musieliby być tymi najbardziej zauwanymi obrońcami. Ci pokątni sprzedawcy narkotyków staliby się jedynymi wiarygodnymi konowałami, którzy udostępnialiby somę, księża pedofile wiadomo, tapeta rumpl z centrów handowych odpadałaby z łoskotem porównywalnym z walącymi się budynkami podczas PW44. Straszne? To nie jest zbyt miłe, bo sami się malujemy, kupujemy w aptekach, widzimy krzywdy wyrządzane przez złych i odruchowo utrzymujemy status quo. To brzmi gorzej niż rewolucja.

Ale gdyby spojrzeć na to jak na długo oczekiwaną i skrywaną małą, prywatną zemstę? Gdyby dać wam taką moc, że po dwudziestu latach psychicznej opresji excella, swego szefa, prezesa, zarządu, mógłbyś w mniej lub bardziej sutelny sposób pokazać im, że to ty tu rządzisz. I uśmiechasz się jak Joker, podkopujesz to wszystko, zwracasz się w mailach do przełożonych co najmniej powściągliwie, co najmniej! Zmieniając w excellu dane, które są twoim tworem a nie wynikiem badań czy wyników firmy, myślisz o udupieniu kierownika obszaru. i okazuje się, że to całkiem fajne, powoli zawala się sen Ziemi. Tak już lepiej? Już nie jest to takie brzydkie i niedobre, i że trzeba się z tego wyspowiadać? Cudowne prawda? Wystarczy w tej rozpaczy niemożności porzucenia tak pięknego snu o opiece i zaufaniu w emeryturę znaleźć takie małe osłody, które jak kropla skałę zaczną drążyć spruchniały sen.

Moje królestwo nie z tego świata jest!

– Czy Ty jesteś Królem Żydowskim?

– Czy to mówisz od siebie, czy też inni powiedzieli ci o Mnie?

– Czy ja jestem Żydem? Naród Twój i arcykapłani wydali mi Ciebie. Coś uczynił?

– Królestwo moje nie jest z tego świata. Gdyby królestwo moje było z tego świata, słudzy moi biliby się, abym nie został wydany Żydom. Teraz zaś królestwo moje nie jest stąd.

– A więc jesteś królem?

– Tak, jestem królem. Ja się na to narodziłem i na to przyszedłem na świat, aby dać świadectwo prawdzie. Każdy, kto jest z prawdy, słucha mojego głosu.

– Cóż to jest prawda?

Czymże jest ta prawda? Każdy, kto prześledził dalej ewangelię Jana, zna odpowiedź. Będąc lub podając się za króla, czegoś, czego nie ma, jest się zmuszonym ponieść konsekwencję wywyższenia w „jedynym i właściwym“ śnie. Ciężko pojąć, że może istnieć coś, jakiś wymiar lub wymiary, w którym Jezus jest królem, w innych zaś trzech wymiarach jest kimś, kto dostaje koronę cierniową, zostaje przekłuty ćwiekami, niesie krzyż, który jest ciężki jak głaz. Padając zaś pod nim jest opluwany i znienawidzony przez wielu. Paradoksem życia na Ziemi jest zaś to, że po dwóch tysiącach lat ten sam Jezus jest tarczą, która chroni jego obrońców przed tym samym procederem, który nie był w smak Żydom i po części Rzymianom wiele wieków temu.

Jezus trwa, stoją za nimi ci, którzy skryli się, żeby cały splendor Jezusa zasłonił oczy niedowiarkom, póki się da, wykorzystywać koniunkturę na życie wieczne. Tylko Jezus nie był królem tego świata, tylko tamtego, nie wiadomo jakiego. Gdyby tylko mógł poznać informacje sprzed kilku wieków, które przekazywał światu pewien brzuchomówca, możliwe że nie popadłby ani w nadmierną megalomanię, ani nie zniszczyłby w istnie tarantinowski sposób swych ostatnich chwil na tym padole.

Córka…

Stan na pierwszą ćwierć XXI wieku jest dość obłędny. Ludzie w sutannach są pod ochroną konkordatów wkładają w swoje usta słowa Jezusa, myśląc że słowa króla ochronią ich przed sądem, obojętne czy ludzkim czy wiecznym. Politycy dokonują nieustannych „coming out‘ów“, które pokazują ich próżność, służalczość nie wiadomo komu i ambicje nieprzystające ludziom zdrowym na umyśle. Zamknięci w bańkach medialnych i siedzibach rządów, parlamentów i innych przybytkach władzy. Z kolei inni ludzie trafiają do szpitali psychiatrycznych z objawami schizofrenii, w wielu, jeśli nie pokusić się o stwierdzenie „prawie wszystkich“, przypadkach mają stwierdzoną megalomanię, sami wiecie: „jestem jezusem, jestem napoleonem, jestem kolbe, jestem…“. Jakby zamknąć w jednym miejscu wszelkich spóźnionych pretendentów do głównych ról w życiu. Dwa parlamenty, dwa rządy, dwa królestwa.

Ameryka. Prawdziwi Amerykanie siedzą w kręgu oczekiwania ponad pięćset lat. Na bębnach wybijają czas! Usta nucą smutną pieśń. Przybysze z innej planety, którzy mieli dać wszystkim wolność, okupują wszystko dookoła ich kręgu, zawłaszczają, karczują, marsz z pochodniami trwa. Amerykanie nie pojmują do dziś, jak Ktoś może zabrać Wolność, zniewolić, by później odrobinę poluzować i podarować namiastkę tego, co kiedyś mieli, ograbiając ją nawet z dużej litery. Tak, tak się nazywa odpodmiotowienie a tym samym urzeczowienie. Jakby pozbawić Wyjątkowości i Boskości w tej całej masie słów bez pokrycia. Później to już idzie łatwiej, bo przedmioty można kupić i sprzedać. Wolność również. Kupię sobię wolność. A czy Wolność możesz też kupić? Może są w pakiecie Dwa w Jedym. Dwa rządy, dwie historie.

W powietrzu czuć morowy smród zarazy poprzednich wieków. Jakie czasy, taka zaraza. Ta jest cicha i sterylna, jak śmierć i jarzeniówki w szpitalach. Nikt nie wie, co, gdzie i jak. Prawie nikt nie rozumie, co ma myśleć. Myśli ludzi oderwanych od zwykłych kolein życia zalepione są folią, pod którą kipi od prób wyjaśnienia niedogodności życia. Niewydolność oddechowa społeczeństw przeniosła się na niewydolność pobierania, analizowania i wydalania informacji. Niedotlenienie, plastik i nieprzetworzone informacje, zalegające w rdzeniu kręgowym. Kiedy nastąpi ten słynny flashback rdzeniowy? Tykająca bomba psychiatryczna. Żony oddają swych mężów do psychiatryków, same rozpoczynają terapię antydepresantami. To są ostatnie kroki, nie da się załatać braków w rzeczywistości, psychotropy to nie LSD, meskalina czy konopie kilka lat temu. Co się zobaczy to się już nie odzobaczy. Terapie, psychoterapie, kursy samodoskonalenia, nauka języków, yoga. Później jest już łatwiej. Żona odwiedza męża w szpitalu, mówi o dzieciach, że jego ojciec miał zawał. Machina podpowiada każdy krok: musimy go przywrócić społeczeństwu, musi się socjalizować, najmniejszą komórką społeczną rodzina. Później to już będzie z górki. Do odratowania, wszystko jest do odratowania, śladów nie będzie. Wystarczy tylko brać leki i odbijać kartę normalności u psychiatry. Jak ci się powinie noga to rentę damy. Huxley by się uśmiał? Raczej by się zasmucił. Całkiem możliwe, że Faucault delikatnie wygiąłby usta.

Uniwersytety, uniwersytety!1

Think tanki!

Wirtualna rzeczywistość!

Media! Czwarta władza!

Korowód śmierci!

Przyroda!

A Amerykanie dalej siedzą w kręgu, Aborygeni dmią w rogi…

Sytuacja nie jest komfortowa. Wielki Sen Ziemi może się skończyć, wszyscy mogą się ocknąć i ujrzeć siebie na nowo. Nie będzie to jednak dla większości dobre wybudzenie…

Opowieść o pisarzach

Cervantes! – polski odpowiednik

Wielu grzeszyło przeciwko kodeksowi Snu. To ta droga, w trakcie której zbyt wiele pokus powoduje powolny rozpad osobowości misternie skonstruowanej przez system nakazów i zakazów. Wszystko prowadzi na samo dno. Jak wiele słyszeliśmy opowieści o tych świętych pańskich, którzy grzeszyli, bluźnili i opluwali, by potem stać się wyniesionymi na ołtarze za swoje zasługi po nawróceniu na ścieżkę pana. Zawsze też myślimy, że ścieżki tych świętych są niewyobrażalnie ciężkie, osiągnięcie takiej pokory, odwagi i innych przymiotów jest czymś na miarę dwunastu prac Heraklesa. I to po plugawym i kłamliwym życiu. To po prostu jest niewyobrażalne, nie jesteśmy bogami. Przyjrzyjmy się sobie samym: dom, praca, dzieci, kredyty, hipoteki, mandaty, brak snu, depresja – to wszystko trzeba trzymać w kupie, nie odchylać gardy i brnąć, może nawet do więzienia, do psychiatryka czy zwyczajnie do piachu.

Tołstoj! – polski odpowiednik

Co może obudzić lunatyka?


1  Uniwersytet (łac. universitas magistrorum et scholarium „ogół nauczycieli i uczniów”) – najstarszy rodzaj uczelni o charakterze nietechnicznym, której celem jest przygotowanie kadr pracowników naukowych oraz kształcenie wykwalifikowanych pracowników.

W Polsce wyraz „uniwersytet” może być używany w nazwie uczelni, której jednostki organizacyjne posiadają uprawnienia do nadawania stopnia naukowego doktora co najmniej w dziesięciu dyscyplinach, w tym co najmniej po dwa uprawnienia w każdej z następujących grup dziedzin nauki:

· humanistycznych, prawnych, ekonomicznych lub teologicznych

· matematycznych, fizycznych, nauk o Ziemi lub technicznych

· biologicznych, medycznych, chemicznych, farmaceutycznych, rolniczych lub weterynaryjnych.

Cechą charakterystyczną uniwersytetów jest autonomia, która sprowadza się do stanowienia rozległych uprawnień statutowych o charakterze samorządowym[1]. Cechą uniwersytetów jest również wolność akademicka, czyli wolność nauki i nauczania[2].

Wyróżnić można cztery modele uniwersytetu:

· model Kanta – państwo interweniuje jedynie w niektórych aspektach działalności uczelni

· model Humboldta – państwo odgrywa rolę drugoplanową i nie ingeruje w wewnętrzne sprawy uniwersytetu[3]

· model Napoleona – państwo zachowuje pełną kontrolę nad działalnością uniwersytetów

· model brytyjski – państwo nie jest właścicielem uniwersytetów, wspiera je jedynie w ich działalności[4].

·

Skarpetki

Skarpetki

Dylemat Polaków od kilkudziesięciu lat! Skarpetki! Jakże obrazowo ten narodowy dylemat przedstawia nam scena z polskiego filmu wszechczasów, czyli wymiana poglądów na temat polityki globalnej w windzie:

  Adam: Specjalnie podkręcił. Pedały jebane.

  Sąsiad: Albo Wietnamczycy! Patrz pan, co te żółtki, patrz pan jaka perfidia. Zalewają nasz rynek skarpetkami z gumką, specjalnie to robią. A wiesz pan dlaczego?

  Adam: Tak?

  Sąsiad: Żebyśmy podostawali buergera. Żeby nam, panie, nogi, panie, żyły uciskało, tamowało krwiobieg i w trzy miesiące, panie, buerger. I kolejne amputacje, stopy ciach, kolana ciach, uda…

  Adam: Ale jak stopy ciach, to już pan skarpetki nie, na skarpetki nie…

  Sąsiad: Wszystko jedno. Skarpetkami chcą nas, panie, powyzabijać. Ale nie mnie! Te żółte kurduple za chude są w żółtych uszach. Patrz pan. O, widzisz pan? Kupuję… u tych gupków, tę ich taniochę uciskową. Iii ciach! Żyletką gumki. I skarpetka bezuciskowa, zdrowa. Bezuciskowe skarpetki, zdrowe, bezuciskowe.

Może w dobie globalizmu nie jest to już takie „na czasie”, ale jednak tkwi w tych najskrytszych zakamarkach mózgu klasycznego Polaczka z windy. Moja babcia też to miała, a była całkiem mądrą osobą. Co prawda bardziej skupiała się na wymiarze praktycznym i rozcinała gumki, bo uwierały. Cały spisek pomijała. W głębi jednak przeczuwała to, co tak cudownie wyłuszczył grający sąsiada Andrzej Grabowski.

A może coś rzeczywiście jest na rzeczy? Może Oni to wiedzą, zaplanowali to i próbują wykończyć szarych ludzi, z kolei my maluczcy nic nie wiemy? Oprócz januszowego sąsiada i mojej babci? Sprawdźmy to!

Gdyby podejść do tematu od trochę innej strony? Mamy skarpetki, tysiące, miliony skarpetek. Ba, nawet można się pokusić, że są ich miliardy! I wszyscy w polskiej zaściankowej mentalności śmieją się w duchu, że produkują je „takie małe Chińczyki” za dolara dziennie. Jeśli odpuścimy stereotypy, to i tak zostają miliardy skarpet!

Nie do pary, dziurawe na palcach, dziurawe na pięcie, poprzecinane żyletką przez sąsiada, klatkowego Janusza i każdą z naszych babć, leżące w stosach na dnie szaf – to co należałoby z nimi tak normalnie zrobić. Oczywiście wyrzucić! Podświadomość jednak nie pozwala nam tego zrobić tak po prostu. Musimy się zebrać w sobie, zmęczyć temat i zamęczyć siebie. Wtedy następuje komisyjne wyrzucenie skarpet!

I już myślimy, że stoimy na wygranej pozycji. Ale jednak nie!

Mamy kilka pojemników ze śmieciami! Do którego kosza wrzucać te cuchnące spiskiem i brakiem ostatniego prania elementy konsumpcji?

Ktoś szybko zakrzyczy: do ogólnych! No i jeb, są w ogólnych, bo tak podpowiada „rozsądek”. Ale oczywiście nie do końca tak jest. Wiedzą to osoby, które poszukują skarpet bez dodatku elastilu, nylonu i innego sztucznego badziewia, które powoduje u wrażych stóp smród po kilku lub kilkunastu godzinach. I wcale nie trzeba być chorym na cukrzycę, żeby waliło aż zatyka! No i wiedzą to okołospiskowi Janusze i babcie wszelakie z żylakami i opuchliznami w miejscach, gdzie znajdują się wszystkie szanujące się ściągacze i gumki.

Tam jest plastik!

I pojawia się dylemat. Jak ogarnąć z punktu widzenia ekologii i ostatniej drogi produktu taki fenomen jak skarpetki? Według uczciwych zasad segregacji śmieci powinniśmy wziąć nożyczki i poodcinać górną część każdej skarpety, by móc dolną wrzucić do ogólnych a ściagacze wraz z gumkami do plastików.

Naszym babciom dałoby się wytłumaczyć ten proces pozbawiania gumek ze skarpet, bo żyły i żyją z przeświadczeniem dbania o takie sprawy. Sam kiedyś śmiałem się z mojej, ze myła każdą siatkę foliową, żeby móc ją ponownie wykorzystać! I nie było wtedy segregacji śmieci.

A teraz spróbujmy wytlumaczyć to Grabowskiemu z windy! Dowiedzielibyśmy się, że jesteśmy ekoterrorystami, którzy z pewnością współpracują z „chińczykami”, żeby obalić demokratyczne instytucje i wprowadzić komunizm.

W windzie nie byłoby rozmowy o tym, jak przebiegły i czujny jest sąsiad Janusz! Wszystko skupiłoby się na Adasiu Miałczyńskim, który zmusza innych, żeby wydłubywali pensetą każdą gumkę, by móc z czystym sumieniem wyrzucić je do plastików!

Przecież to byłby gwałt na wolność jednostki, ktorą ofiarowano nam wraz ze zmianą systemu po 1989 roku!

A sumienie to można mieć czyste, jak się zacznie spowiadać i chodzić co niedzielę do kościoła zamiast wierzyć tym tęczowym skurwysynom!

Tak zapewne potoczyłaby się dalej ta rozmowa i raczej nie należy ufać, że Miałczyński by wygrał. Warto jednak się skupić na faktach, pomijając zawiłe ścieżki wszelakiego nurtu teorii spiskowych.

A fakt jest taki, że gumki są z gumy. Guma zaś to

Kiedyś ropa naftowa była zbawieniem dla ludzkości. Podobno pochodna ropy naftowej w postaci nylonu też był zbawieniem dla ludzkości. Plastik też był zbawieniem! Dokładnie: było to wszystko zbawieniem! Ale już nie jest, wszystko to stało się przekleństwem. Nawet nie zdajemy sobie sprawy, że wszelkie nieorganiczne pochodne ropy zapewne nie są tylko podstępnie umieszczane na kostkach nóg. Prawdopodobnie drobiny wszechobecnego plastiku są już wkomponowane w nasz organizm, bo owijamy nim wszystko, od słodyczy i napojów dla dzieci po sery, ryby, mięso i chleb. Jak patrzymy na umierające w workach foliowych ptaki lub obsmarowane ropą naftową ryby lub wielkie ssaki morskie, to przyjrzyjmy się samym sobie!

Na zakończenie wypada się pomodlić tak po polsku, jak Polak z Polakiem, tak po naszemu, jak w zakończeniu Dnia Świra:

Gdy wieczorne zgasną zorze,

zanim głowę do snu złożę,

modlitwę moją zanoszę,

Bogu Ojcu i Synowi.

Dopierdolcie sąsiadowi!

Dla siebie o nic nie wnoszę,

tylko mu dosrajcie, proszę!

Kto ja jestem?

Polak mały! Mały, zawistny i podły!

Jaki znak mój? Krwawe gały!

Oto wznoszę swoje modły do Boga, Maryi i Syna!

Zniszczcie tego skurwysyna!

Mego rodaka, sąsiada, tego wroga, tego gada!

Żeby mu okradli garaż,

żeby go zdradzała stara,

żeby mu spalili sklep,

żeby dostał cegłą w łeb,

żeby mu się córka z czarnym

i w ogóle, żeby miał marnie!

Żeby miał AIDS-a i raka,

oto modlitwa Polaka!