Kupa

Tym razem Cyganka:

– Jest tu tojlet?

– Niestety nie ma.

Wychodzi. Wchodzi młodsza, z dziesięć lat młodsza od poprzedniej, tak z kilkanaście lat, i pyta:

– Jest tu tojlet?

– Niestety nie – odpowiada koleżanka.

Młoda Cyganka wychodzi. Wchodzą dzieci i jeden ze starszych mężczyzn.

Zakupy, namolne kręcenie się, Tigery, Marlboro i heyah, heyah za 5, wszystko płacone osobno, paragony wylatują w rytm wyrzucanych drobniaków, wszystko szybko, i jeszcze za baniak benzyny, i jeszcze dwa Tigery, bo promocja. Kobiet nie ma, nie widać ich, po chwili wychodzą zza rogu i wsiadają do samochodu. Dzieci może coś ukradły, kupiły jednak najtańsze batoniki, mężczyzna wychodzi, za nim dzieci. Wsiadają do samochodu, odjeżdżają. Cisza, spokój, nie ma ich. Po części jednak zostali, w szczątkowej formie, ale z polotem, z ułańską wręcz fantazją.

Nic byśmy nie zauważyli, gdyby nie jawność tego, co zrobiły Cyganki. Nie wiem, może na złość, może z beznadziejnej sytuacji niemożności załatwienia swoich potrzeb. Podobno jedna zasłaniała drugą i ta druga wypróżniła klasycznych kształtów KUPĘ przy naszym magazynie.

Kupa leży, nikt jej nie rusza, muchy znalazły pożywienie. Wieczorem pojawia się jeden z ważniejszych Cyganów, całkiem sympatyczny człowiek. Obok mnie stoi Karolina, czuję w powietrzu awanturę o kupę, dosłownie i w przenośni.

– Wiesz, muszę ci coś pokazać – mówi Karolina do Cygana. – Chodź, chodź – z lekka podnosi głos i wskazuje palcem fekalia.

– Jak myślisz, kogo to kupsko?! – rozbrzmiewa podniesiony głos Karoliny. Zaczyna się, myślę.

– A skąd?! – odpowiada Cygan i robi jednocześnie minę zaszokowania i obrzydzenia.

– To gówno zostawiła jedna z waszych kobiet dziś po południu! Czy mógłbyś łaskawie przekazać reszcie, że jak będziecie srać w poniekąd wasze gniazdo, to na nowo wprowadzimy ulubione przez was embargo na zakupy na naszej stacji! – powiedziała i uśmiechnęła się szelmowsko.

– A jak ja mam to oficjalnie powiedzieć? Trzymamy się pewnych zasad, jak powiem to jak wrócę, to połowa mężczyzn będzie chciała mi uciąć kciuk, bo będzie myślała, że mówię o jego kobiecie! – rozłożył ręce i uśmiechnął się cierpko. – Nie da rady.

– W razie czego służymy monitoringiem, żebyś chociaż ty wiedział – odpowiedziała z pełną satysfakcją Karolina.

Zastanawiamy się czasami, jakimi kryteriami oni się posługują w swoim postępowaniu, że z jednej strony dają się lubić, a z drugiej doprowadzają nas wszystkich do pasji. Same sprzeczności.

Przypomina się pewna sytuacja, która miała miejsce w zimie rok czy dwa lata temu.

Tak więc zima, niedziela, wcześnie rano. Ktoś by powiedział: śnieg, pot i łzy. Niedziela to u Cyganów okres łowów przykościelnych, wspomniani starsi i młodsi z wielkim sercem oddają drobne.

I mamy samochód, kombi i dwóch Cyganów w środku. Podjechali i nie mają zamiaru wyłączyć silnika podczas tankowania. Tak więc włącza się nam, pracownikom stacji, dyscyplina, ordung.

– Proszę zgasić silnik, bez tego nie ma tankowania – powiedział Grzegorz otwierając lekko drzwi sklepu.

– Ale nie zapalimy – odpowiada grubszy z wąsem.

– No to trudno.

Zgasili silnik, zatankowali, zapłacili i nie pojechali. Dwóch mężczyzn nie dało rady popchnąć i nagle okazało się, że w samochodzie jest z dziesięć czy dwanaście kobiet i dzieci. Wszyscy jak na zawołanie wyskoczyli ze wszystkich drzwi i popchnęli. Samochód odpalił. I jak nagle się pojawili, tak znienacka zniknęli, znów było tylko dwóch mężczyzn. Fatamorgana w środku zimy? Uśmiech na naszych twarzach pozostał na bardzo długo.

To tak na śmiesznie, może tylko dla nas. Ze smutniejszych, tych bardziej gównianych sytuacji jest przykład. Cyganom potrzebne są baniaki na benzynę, tu i teraz, nie potrafią zadbać i zachować na dłużej jakichś sprawniejszych pojemników. Z rana znaleźli butlę, butla ta jednak nie pasowała więc schowali ją z powrotem do śmietnika. Po południu mała dziewczynka wzięła tę butlę, ale przy okazji, nie wiedzieć dlaczego, postanowiła wyrzucić na ziemię inne śmieci, które nic a nic nie przeszkadzały wyjęciu butli. Czasem zabawni i normalni, czasem tragiczni i śmieszni w swoim postępowaniu.

Wstęp wzbroniony

Pod koniec dnia na stację przyjechali Cyganie i jak zwykle po obsłużeniu każdy z nas poszedł do ubikacji umyć dłonie. Jest to zwyczaj, który pozwala nam zachować higienę po przeliczeniu klejącego się do palców bilonu. Bilon ten, rozgrzany do czerwoności, jest wynikiem litości, jaką obdarzają żebrzących Cyganów starsi ludzie. Gdyby tylko ci staruszkowie lub szczerze oddający się wierze ludzie zobaczyli, co kupują na naszej stacji ci potrzebujący! Ale to jest stacja, to jest inny poziom percepcji.

Zwykle jest benzyna w baniakach (do agregatu prądotwórczego) i Marlboro light w twardym opakowaniu (bo te w miękkim są niedobre, dodajmy że tańsze, ale cyganów stać na wiele; no i w ogóle najdroższe papierosy na stacji). Do zestawu często dołączane jest Heyah za pięć złotych i Tiger. Wspomniany napój energetyczny mógłby kosztować dwa razy więcej, i tak by kupili, takim zaufaniem darzą Dariusza Michalczewskiego. Znamy też wesela, święta i okresowe wyjazdy Cyganów do Rumunii lub Bułgarii. Wtedy pieniądze ze mszy już nie kleją się tak bardzo, ładne banknoty stuzłotowe wyjmowane są z plików na modłę bankierską, po sto egzemplarzy w pakiecie. Tankowania do pełna (ponad trzysta złotych za tankowanie), Red Label zamiast Johnny’ego Walkera (bo ten pierwszy napis jest większy), wagony Marlboro light, wykupują praktycznie połowę naszego stacyjnego sklepiku. Cygan potrafi zaszaleć.

I tak właśnie między ich świętem i naszymi różnymi świętami przywożą raz grube, raz drobne. Wspomnianym było, że drobne aż parzą, są gorące i klejące. Pewnego nudnego dnia, kiedy współczynnik Cyganów do reszty mieszkańców osiedla był zastraszająco wysoki (zapewne jakaś niedziela lub Zielone Świątki), odgadliśmy fenomen „gorącego drobniaka”, za który kupują w sumie najdroższe specjały. Chórem uznaliśmy – przechowują te klepaki w odbytach, a ich jakość zapachową i wizualną poprawiają prezerwatywy, w które pieniądze są opakowane. Komuś takie pisanie wyda się obrażaniem i sprzecznością z zasadami political correctness. Nic bardziej mylnego! Przykład? Któregoś dnia, wieczora lub nocy cygańska kobieta została zadźgana nożem przez jednego ze starszych Cyganów, ponieważ nie przyniosła odpowiedniej kwoty z żebrów. Tak więc wszystko jest możliwe.

I tak właśnie te namiętnie nawiedzające rzesze Cyganów podbijają sprzedaż na sklepie. Coś kupią za uczciwie zarobione pieniądze, przekazane im od czujących empatię starszych i młodszych, przeważnie biednych Polaków. Przy okazji jednak młodsi Cyganie lub małe dzieci próbują poczuć odrobinę adrenaliny i zagłębiają się w różne rejony sklepu, aby z namaszczeniem oddać się typowemu „szacher macher”, czyli ukraść odrobinę leżącego na półkach towaru. Wydaje się, że są instruowani przez dorosłych, że jak nie uda się im ukraść jakiegoś batona, to starsi im nie kupią, bo sami wolą Marlboro, Heyah lub Red Label, których ukraść się nie da, gdyż są za kasami. A lepią się te pieniądze, lepią.

Czasami przyjeżdżają do naszych Cyganów goście z „placówek” rozmieszczonych w innych krajach, ze Szwecji, Niemiec, Wielkiej Brytanii. Są elitą w porównaniu z kościelnymi dziadami z Polski. Jeden z takich „bogaczy” poczuł się na tyle światowy i uznał, że należy mu się toilet, bo kupił kawę. Znak rozpoznawczy: koszulka YSL, dżinsy Lewisa i buty Diesla. Światowiec przez wielkie Ś. Bez połowy zębów.

– Jest tu toilet? – zapytał.

– Nie ma toilet, nasza stacja nie ma żadnych toiletów – odpowiedziałem.

Nie zważając na to, że nie ma oficjalnej toilet, postanowił sprawdzić, co jest za drzwiami z napisem WSTĘP WZBRONIONY. Zaszedł więc do naszej prywatnej, pracowniczej toilet.

– Gdzie on jest? – pytam się koleżanki.

– Nie wiem – odpowiada.

– Jest kawa a jego nie ma?! Co za pierdolony przypadek! – odpowiedziałem.

Poszedłem do naszej toilet i walnąłem kilka razy pięścią w drzwi.

– Wypierdalaj stamtąd!!!

– Ale o so choci? – odpowiedział.

– Nie kurwa jakieś „o so choci” tylko kurwa wypierdalaj, rozumiesz?!

– Jusz, jusz.

Wyszedł. Podciągał gatki, obsrał muszlę.

– U nas kurwa nie ma toilet, rozumiesz kurwa mać!

– Ale o so choci?

– O gówno!!! Wypierdalaj stąd!!!

Jakiś czas później ten „światowiec” postanowił zrobić „napad” na naszą stację. Z pomocą miejscowych kolegów nasrał na własne gniazdo, ukradli dwa czteropaki Red Bulla i przez dwa tygodnie nie mieli możliwości robić żadnych zakupów na stacji, typowe embargo za karę. Po dwóch tygodniach oddali lepkie pieniądze za ukradzione rzeczy.

Niektóre drobniaki się nie lepią. Mieliśmy przypadek – z samego rana, późną jesienią, przyjechali i wysłali jednego młodszego na stację, żeby zakupił Heyah i Tigera za pieniądze wyżarte przez wodę z fontann. Turyści latem wrzucają pieniążek na szczęście, a Cygan w ziąbie jesiennych dni wyławia je z trójmiejskich sadzawek. I liczy się te drobniaki, grunt że się nie lepią. Niech będzie, że na szczęście.

Cygańska dusza

Babcię przestrzegano – kury ukradną. Matkę przestrzegano – wpuścisz z dywanem to ci w niego kredens albo dziecko zawiną i wyniosą, ukradną. Nam mówiono – złoto będą ci dawać po dobrej cenie, nie zorientujesz się, a tombak dostaniesz i jeszcze będziesz się cieszyć. Dlaczego aż tak bardzo na nie? Rom, ale lepsza mimo wszystko jest nazwa Cygan, bo Rom to garnitur, cywilizacja, a Cygan to wiadomo. Boimy się ich, bo mało że są innej karnacji skóry, co już ich wyróżnia na tle homogenicznego białego społeczeństwa, a jak u Polaka coś jest inne choćby tylko kolorem to na pewno złe, to jeszcze spróbowali całe wieki temu przeciwstawić się systemowi – czy to był feudalizm, czy absolutne jednorządy, czy rzeczpospolita, czy kapitalizm, czy komunizm – nie uczestniczyli aktywnie, nie asymilowali się, tylko stali z boku lub zupełnie poza obrębem wspólnoty zawsze szukali możliwości skorzystania z dóbr, których nie mogli otrzymać jako pełnoprawni członkowie społeczności.

[…]

Fascynacja nimi jest odrobinę perwersyjna. Przyglądamy się im w dzień powszedni i nas odrzuca, nie godzimy się na to, by tak żyć. Chcemy uczciwie chodzić do pracy, myć zęby rano i wieczorem, zjeść dobry obiad, a nie tak jak oni – że kupują resztki u rzeźnika, że prąd mają poprzez agregat, że zimno, że trzeba wskoczyć do kontenera PCK lub Caritasu, żeby jakiś ciuch przysposobić. Brzydzimy się, nie lubimy, pogardzamy. Ale…

Ale z drugiej strony wyjeżdżamy na biwak, na wakacje, myjemy się w jeziorze, jemy z puszek mielonkę i wieczorem podczas ogniska śpiewamy cygańskie pieśni i cieszymy się z wolności, jaką nam dał system. Wolność na urzędowe dwa tygodnie urlopu, wolność spuszczenia ze smyczy, ale raczej jednak popuszczenia, bo nie pozwolą tak na trzy, cztery tygodnie. Wszystko w szklarniowych, w pełni przewidywalnych warunkach. Później zaś, po czternastu dniach, po turnusie, wracamy odetchnąć w niedzielę odrobinę i ruszamy do wszystkich Mordorów świata, mając w pogardzie tych, których pieśni śpiewaliśmy jeszcze tydzień wcześniej.

Może należy delikatnie przerzucić punkt obserwacji, oderwać się od schematu. Wyobraźmy sobiesobie, że to co przeżywaliśmy przez dwa tygodnie urlopu, im, Cyganom jest dane doświadczać dzień w dzień. Może oni po prostu pozbyli się tego nieusuwalnego z nas brzemienia chęci posiadania. Możliwe, że nie do końca tak jest, ale jednak mają inne priorytety. Kiedyś pragnęli koni i kolorowych wozów, a teraz ogromną wartość przedstawia dla nich dobre osiągi koni mechanicznych. Szczelne okna w domu lub zestaw kina domowego z dźwiękiem hiper-hiper nie jest dla nich szczytem luksusu. Oni chyba jednak wolą ognisko, śpiew i muzykę graną na akordeonach i gitarach. A z naszej rzeczywistości czerpią tylko to, co posiada wartość doraźną – dobre papierosy i dobra whisky, choćby nie mieli za bardzo co do gara włożyć. Ale przeważnie mają. No i może złoto, bo przy wielu zawieruchach przez wieki wieków jedynie złoto wyszło obronną ręką jako środek płatniczy bez dewaluacji. Tak więc sygnety, złote zęby, łańcuszki, łańcuchy. No i tombak…

A co mogą myśleć o nas, tych prawych, żyjących w spokoju? Może że jesteśmy bandą frajerów, których trzeba kantować na każdym kroku, bo nie widzimy podstawowej wartości życia i chowamy wszystko pod kiecę, żeby nam nie odebrano.

Jaka to wartość? Co chowamy pod kiecę? Największą wartością istoty żyjącej jest życie, które my trwonimy na pracę, na doskonalenie zawodowe, na spłatę kredytu. Nigdy nie spoglądamy w niebo, patrzymy cały czas tępym wzrokiem w chodnik, by się nie wykoleić jednym nierozważnym krokiem, który doprowadzi do zamieszkania na ulicy. I kto wtedy jest górą?

Oczywiście w takiej wersji wydarzeń życiowych są i minusy. Nie może się bez nich obyć, tak po prostu jest, gdy stąpa się po krawędzi. Policja nękająca dla samego nękania, choć czasami i nękania w słusznej sprawie – z naszego punktu widzenia słusznej. Huligani podpalający bezdomnych, którzy bez zastanowienia mogą podpalić też ich pustostan dla samej draki, w którym ktoś może spłonąć. Inni Cyganie, z innych klanów, którzy są zdeterminowani walczyć o teren pod żebry ładując kosę w bebechy.

Ale nie jest tak źle, jeśli cała rodzina, cały klan jest razem. Wszystko opiera się na hierarchii, lojalności, ściśle wytyczonych rolach w obrębie społeczności. Myślimy, że tam wszystko jest anarchią, a tu niespodzianka – cygańska anarchia rodziny, klanu, jest skonstruowana jak w wojsku. Tylko nam się wydaje, że to wszystko się kupy nie trzyma. Trzyma się kupy, ale wśród Cyganów są inne priorytety. Po prostu tego nie zrozumiemy, jeśli nie wyzbędziemy się naszych przyzwyczajeń i nawyków. Tylko jak się pozbyć tych naleciałości pączka w maśle w wymiarze psychicznym, jeśli jedynymi znanymi i obserwowanymi przez wszystkich przykładami osób, które porzuciły najbardziej właściwy schemat postępowania, są bezdomni?

Cyganie – wersja alternatywna 2

Matka się bała. Obsesyjnie. Cały czas. Chyba do końca komuny się bała. Nie była wtedy żadną personą opozycji, nie. Jej strach był bardziej przyziemny, można powiedzieć, że była to paranoja lub schizofrenia. Moja matka bała się Cyganów!

Jesteśmy na wsi na wakacjach – moja matka gada jak zwykle o tym, że przyjeżdżali Cyganie i kury kradli. Mieszkamy koło Rajskiej, gdzie Cyganie stoją pod totolotkiem – mówi do mnie, żebym nie patrzył na Cyganki, a broń boże pozwolił się dotknąć, bo mnie ukradną. Cyganie wchodzą do domu niby sprzedać dywan, a jak go rozkładają to przy okazji przeszukują szafki i kradną złoto i dolary! Złoto i dolary! Nie otwieraj nieznajomym! Matka mówi! No było wiele razy, żeby nie otwierać w serialu „Nikogo nie ma w domu“, to się słuchałem. Nikt do dziś (tfu!) nie sprzedał mi dywanu za złoto i dolary (tfu!)!

A za młodu w Sopocie to matka też miała problemy. Bo nie mogła się opędzić od Cyganek przy dworcu i na Monciaku. Ciągle te Cyganki! I palić nie było można w spokoju, bo ciągle pytały o papierosa! Jak one matkę wkurwiały! I jak ona się ich bała!

A czy jak jednocześnie ktoś lub coś wkurwia i jednocześnie się tego boimy, a później opowiadamy wszystkim dookoła, łącznie z własnym dzieckiem, totalne pierdolety o najgorszych Cyganach, to nie jest to jakaś odmiana paranoi? A może jakieś nazistowskie mentalne sado-maso na poziomie rasy, karnacji skóry? Nieważne, zwał jak zwał.

Dziwnym trafem pierwsze zaprzestanie matczynych tyrad cygańskich nastąpiło, kiedy przeprowadziliśmy się ze śródmieścia Gdańska na Karwiny w Gdyni. Wtedy odetchnęła! Ale czujna była cały czas! To że osiedle na peryferiach to nie znaczy, że nigdy tu nie dotrą!

Ooo nie, niedoczekanie! Była czujna i zdeterminowana jak Maryja w Ostatnim kuszeniu Chrystusa! I węszyła, ale nic nie wywęszyła. Zajęła się węszeniem wśród rodziny i sąsiadek, napawając się zapewne wyimaginowanymi zwycięstwami nad żoną kuzyna podczas rodzinnej imprezy albo nad sąsiadką Eleonorą, której nieprzerwanie sączyła pół na pół swój wrodzony jad i intelektualną wyższość wobec wszystkiego, co żyje.

A potem poszedłem w powoli w świat i widziałem Cyganów już swoimi oczami. Zaczęło we mnie kiełkować dziwne uczucie. Nie zawsze ci, których kochamy bezwarunkowo mówią słowa uczciwe wobec innych. Powiedzmy sobie szczerze – kłamią! A jeśli kłamią w jednej tylko kwestii, to ciężko później odeprzeć zarzut, że istnieje przypuszczenie, że kłamią we wszystkich ważnych kwestiach życiowych. Smutne, ale prawdziwe.

A ja po prostu chciałem się dowiedzieć, czy rzeczywiście Cyganie są aż tak źli, przebiegli i czekający na okazję, żeby komuś zrujnować życie? I rozpocząłem wieloletnie śledztwo na tle rasowym i kulturowym. A wiadomo, że ciekawość to pierwszy stopień do piekła, a poznanie smaku owocu z drzewa wiadomości dobrego i złego może zrujnować wielu śmiałkom życie. Może wręcz doprowadzić do śmierci, jak to było z Kainem i Ablem! Oj tak!

Jak więc widać, już sam początek tej „podróży“ nie był krzepiący. Wyobraźcie sobie dziecko, które matka zostawia na pastwę losu z zkłamanym obrazem rzeczywistości. Jakby poiła odrobiną wódki, żeby spało i nie płakało pod bankiem, kiedy ona prosi o datki. I że takiepijane dziecko zostawia pod tym bankiem i ucieka. Analogia do opowieści o cygańskich „żebraczkach“ zupełnie nieprzypadkowe. Tylko Cyganka nie zostawi dziecka i powróci do

No i rozpocząłem wędrówkę długą i zwodniczą jak jak ta Odyseusza. A zacząłem dość dziwnym szlakiem.

Poznałem Henry’ego Millera, a z jego polecenia zostałem przedstawiony Blaise Cendrarsowi. I urzekł mnie ten Francuz swoimi opowieściami o Rosji, Paryżu, Marsylii i właśnie rzeczonych Cyganach. Dzięki niemu dowiedziałem się, że są twardzi, honorowi (ale posiadając swój własny kodeks) i pomimo bałkańskich opowieści potrafią stać twardo na ziemi, czasem wzlatując w pieśniach i tańcach pod nieboskłon. Przepraszam, przypomniało mi się w tej chwili, że wielokrotnie Marek Niedźwiedzki prezentował w latach ’80. w swoich audycjach radiowych i programach telewizyjnych Gypsy King‘s. co już kolidowało z paranoicznym podejściem mojej matki.

Wiedziałem doskonale o Cygankach z rogu Rajskiej i Heweliusza, tych słynnych, które stojąc pod totolotkiem były w stanie wciągnąć w swoją grę o kilka szczęśliwych liczb. Mało kto zwracał uwagę na to, że dziwnym trafem same nie grały, czy może główna wygrana będzie podzielona między szczęśliwcem zasięgającym rady a śniadą Aryjką, która użyczyła swej wiedzy z ograniczoną odpowiedzialnością. Druga z wersji, wtedy przeczywana a teraz zupełnie niedorzeczna, nie mogła oczywiście zaistnieć. Nikt nie jest taki głupi, żeby się podzielić wygraną na gębę, zwał jak zwał, a w szczególności dziewczyny z przycumowanego do chełmskiego osiedla taboru.

Drugim miejscem, gdzie często przystawały Cyganki, był Stary Młyn, gdzie za komuny znajdował się jeden sklep, wzbudzający wśród Polaków westchnienia za luksusem, zapachy zachodnich półek sklepowych i obietnice dostatniej przyszłości w kapitalistycznym śnie. Sklep ten był jak sen, a sen ten nazywał się Pewex. A między totolotkiem a Pewexem były jeszcze złotnik, zegarmistrz, Delikatesy i Delicje. A wszystko to spowijał cień hotelu Heweliusz. Tak więc po prostu wypadało tam stać.

Po roku 1989 Romki stały tam już chyba tylko z przywyczajenia, bo przez dłuższy moment mniej ludzi wierzyło w totka, a więcej w giełdę i działalność gospodarczą. Pewexu w Starym Młynie już nie było, w zamian zaserwowano od groma butików i nazwano szumnie centrum handlowym. Delikatesy spowszedniały, a Delicje przez lata chyliły się ku upadkowi.

I wtedy stanąłem pod Starym Młynem. A powodem przystanku Cyganka. Pewnym siebie i głębokim głosem:

– A młodzieniec nie chce wróżby? Młodzieniec może się o ukochanej dowiedzieć czegoś. Ma ukochaną?

– Tak.

– To da pieniążek, to ja powróżę.

– Tylko nie mam pieniędzy.

– Czuję papierki w kieszeniach. Pewnie ma pieniążek, banknocik. Sprawdzi a ja powróżę.

Poszperałem i tak, prawdę Cyganka mówiła, miałem pieniążek. Bilet, nieskasowany.

– Mam bilet. Ważny, czyli ma wartość. Na tamtych zresztą też piszą, że bilet.

– Tfu, może i bilet, ale wolę gotówkę. A fajkę ma?

– Mam.

– To da kochanek bilet i fajkę, a ja dam wylosować kartę.

Podeszła do mnie druga Cyganka, o wiele starsza.

– Swoją talię podam. Niech z mojej ciągnie kochanek.

No i wylosowałem. Odwracam kartę i widzę króla pik. Cyganki spojrzały po sobie, wzięły ode mnie kartę i zniknęły w tłumie przechodzących jak we mgle. I tak zostałem Królem Pik.

Wiele lat po tym zajściu spróbowałem odnaleźć sens tego Króla Pik, którego wylosowałem. Pytałem ludzi, którzy cokolwiek wiedzą na temat kart i wróżenia. Odpowiedzi zbliżone były do tych z internetu:

– brunet, władza, doświadczenie

– król wszystkich kart

– urodzeni 1. stycznia

– mądrość, cierpienie, władza

– znający prawdę o życiu i śmierci, zmartwychwstaniu i życiu wiecznym, określani w tym przypadku jako fanatycy; Król Pik = Fanatyk

– karta, którą wylosowałem, była dla wróżącej Cyganki informacją, kim jest osoba, której stawia się wróżbę

Cyganie – wersja alternatywna 1

Akwizytor

Wyobraźmy sobie, że jest połowa lat dziewięćdziesiątych zeszłego wieku. Zamierzchłość. Młody człowiek próbuje sił w zamiataniu cmentarnych alejek, żeby zarobić na dobra, które spływają lawiną z zachodu Europy. Chce ten człowiek dżinsu Lewisa i kauczuku Martensa. Już nie wystarcza picie Coca-Coli w markecie! Chce ten człowiek uszczknąć trochę tortu, zarobić na nowy komputer, który kilka lat temu można było kupić tylko w Pewexie lub Baltonie.

Kolega w skrytości wyznaje wielką tajemnicę – słuchaj, możesz szybko zarobić, szybko i dużo!

Oczarowanie wizją! Czy przyjmą? Jak nie przyjmą?

Żeby przyjęli!

Pierwszy miting. Wchodzi ten młody człowiek z rana do sali wypełnionej ludźmi dobrej woli. Jest wspaniale! Wszyscy śpiewają w rytm podsuwanych przez menadżera rytmów:

“Je, je, je, je, Szlapa szaleje”

“Kto osiągnie dzisiaj dzwon?! Może to będzie ON, ON, ON!”

Wszyscy pląsają w rytm, rytm, rytm! Są niewiarygodnie rozanieleni! Możliwość szybkiego zarobku w niewiarygodnie szybkim czasie! W tle cały czas cover UB40 z Presleya: “I can’t help falling in love with you”. Znamienne!

Wyruszamy na łowy!

Czy Cyganie się z nas śmieją? Myślę, że tak. Był na przykład kiedyś jeden komik, który pracował w jednej z tych firm z początku lat dziewięćdziesiątych. Tych firm, które tak znakomicie wkomponowywały obce brzmienia w polskie nazwy firm. Te wszystkie końcówki -EX albo Y na początku. Tak, żeby było bardziej peweksowsko albo nowojorsko. I w takiej firmie pracował ten komik. Nawet się dochrapał wyższego stanowiska, każdy się wtedy piął po drabinie sukcesu. Komik potrafił motywować ludzi do działania. A działanie w firmie polegało na dobrej sprzedaży. Komik był więc na właściwym miejscu. Każdy dzień był wyzwaniem, ale to wyzwanie trzeba było z rano podsycać, żeby pod koniec dnia spełnić marzenie – zadzwonienie w dzwon, który informował, że znalazł się człowiek sukcesu w tej przeogromnej masie przegranych. Komik miał tworzyć zespół, który jak jeden mąż chwyci dzwon i dzwon ten będzie słychać nawet na Wall Street. W okolicznościach wzajemnego nakręcania psychiki na sprzedaż Dóbr przy kawie i papierosach zapraszano wszystkich na pustą salę i wchodził nasz bohater. 8:00 rano – show must go on! Jego zadaniem było doprowadzić do wrzenia, które później rozlewało się po mieście, a na koniec dnia skapywało niczym czyste złoto i tworzyło spiżowy dżwięk sukcesu następnego szczęściarza! Od ósmej do dziewiątej trwało przedstawienie, później nie była potrzebna ani kawa, ani jedzenie. Ważna była sprzedaż.

Ktoś spyta, czy to była jakaś piramida albo początki jakichś spotkań patelniowo-garnkowych. Całkiem możliwe – może jedno, może drugie, może wszystko razem. A może nic z tych rzeczy. Wiem natomiast, co było towarem.

I tu po raz pierwszy Cygan zaśmiałby się donośnie.

Zajmowano się sprzedażą tajemniczej usługi. Na poranny start każdy z pracowników wyposażony był w trzydzieści formularzy. Każdy formularz, choć lepszą nazwą byłby certyfikat, był przedzielony perforacją na dwie części. Za trzydzieści złotych klient dostawał jedną z nich, druga część wędrowała do segregatora firmowego.

Co gwarantował formularz-certyfikat?

Proszę Państwa! Gwarantował on uczestnictwo w Wielkiej Loterii gazety „Miliarder“! W każdym wydaniu gazety publikowano w dolnej części, tej zwyczajowo przeznaczonej na komiksy, numery dowodów osobistych, które wygrywały oszałamiające nagrody, istne miliardy!

Na początku ludzie stali pod kioskami i czekali na dostawę prasy, żeby kupić „Miliardera“ i sprawdzić czy wygrali. Z czasem pomysł się trochę znudził, ale za trzydzieści złotych można było powierzyć swoje szczęście wyspecjalizowanej firmie, która gwarantowała powiadomienie o wygranej. Wszystko było w polskich warunkach jak sen! Można spać spokojnie a oni nie pozwolą nam przegapić wielkiej okazji na odmianę życia! Gwarantowali również egzemplarz „Miliardera“, gdzie został wydrukowany ten jedyny właściwy numer dowodu, a posiadanie tego jedynego egzemplarza było warunkiem niezbędnym w celu odebrania brylantów, szafirów, milionów!

Ciężko się nie skusić, prawda? Do dziś mamy z tym kłopoty, a co dopiero wtedy. Zazwyczaj w takich przypadkach wodzeni za nos są wszyscy lub prawie wszyscy. Łącznie ze sprzedawcami, nawet kierownikami i szefami firm. Bywa różnie.

Tu Cygan zaśmiał się drugi raz!

Aż mnie korci, żeby zrobić mały wtręt i ukazać prawdziwych magików zza oceanu. Obiecuję, że powrócimy do drugiego śmiechu Cygana!

[…]

Dwa lata później nie ma już firmy o obco brzmiącej nazwie, nie ma już „Miliardera“. Chłopaki z dzielnicy siedzą nocami w samochodach, blanty smażą się aż miło, rozmowy toczą się dokładnie, jak przykazał Artur Rojek. Choć czasami pojawia się coś, co jest szlagierem, przebijającym nawet cytaty Bogusia Lindy z „Psów“!

– Wiecie co? Mam dziś coś, co nas zwali z nóg!

– Jakieś jaranie?

– Coś ty! To jest coś meeega, tylko jaranie się przyda, żeby było dobre Dolby!

Damian wyciągnął powoli z kieszeni kasetę magnetofonową, oryginalną jakąś, bo nie był to żaden Takt lub MG/GM. Włożył do odtwarzacza samochodowego. Zapaliliśmy blanty i bez żadnych wyjaśnień ze strony właściciela kasety zaczęliśmy słuchać. I czuliśmy, że uczestniczyliśmy w wyjątkowej chwili. To było Objawienie!

„Musicie zrozumieć mnie i to co mówię. Rozumiecie?! [pomruk z sali] Rozumiecie?! [powli tłum w wielkiej sali się rozkręca, zaczynają się pojedyncze wrzaski Tak! Tak!] Wszyscy głośno! Rozumiecie?! [euforia „widzów“, jeden wielki ryk na sali, tupanie butami o parkiet i wszędzie echo: Tak! Tak! Tak!]. To dobrze. A teraz coś wam opowiem. [na sali jak makiem zasiał]…

Znacie pewnie bajki o królewnach, księciach i zadaniach do wykonania, żeby żyć długo i szczęśliwie. Tak też będzie i w tej bajce. Tylko w naszej bajce będzie odrobinę inaczej. Zamiast zamków baseny i korty, zamiast księżniczek te które leżą i pachną, zamiast żaby i całusa prezenty, mnóstwo prezentów! Stosy prezentów! Pewnie myślicie, że plotę głupoty? [pomruk z sali] plotę głupoty?! Tak?! [tłum na sali chórem Tak!]

Otóż nie! Nie plotę głupot! O nie! Rozumiem, że nie pasuje wam ta żaba. Odkąd świat stoi, nikomu się to nie podobało! A żaba być musi i tyle! Powiem wam w jaki sposób, a zrozumiecie, że to nie są głupoty.

[Głos zniżony do czegoś w okolicach szeptu] Dostajecie prezent. Przyglądacie się. Hmmm, niczego sobie. Papier czerpany, ładna kokardka, misterne wiązanie. W środku pewnie coś na miarę, mniam, mniam. Powoli rozwiązujecie kokardę, zdejmujecie delikatnie papier, żeby się nie pogniótł, otwieracie pokrywkę, a tam… Żaba! Kła! Kła! [koniec pierwszej strony kasety!]“

Dosyć zakopcony samochód przy bloku, na dosyć anonimowym osiedlu. Ciąg dalszy dyskusji, dwa blanty dalej:

– Tyyy, ostro, coo?!

– W sumie dość ciekawe. Komu to dają, żeby sprać mózg samym słowem?

– Matce dali, żeby się przeszkoliła?

– Kto dał? Ci słynni Oni?

– Nie. Matka nie daje rady na państwowym, bo profesor, a gówno dostaje, i poszła do jakiejś firmy, żeby sprzedawać jakąś chemię, bo habilitację ma z chemii. Poszła, bo ma doświadczenie, i dali jej to, żeby się przeszkoliła. No a ja, jak to usłyszałem u nas w domu, to pomyśłałem, że dobre w chuj, w sam raz, żeby się upalić. Jaranie plus to jest lepsze niż trip na grzybach. Zresztą nie lubię grzybów, wolę kwas…

– Ja z zasady nie kwaszę!

– Kurwa, niezły tekst! Taki z sensem i przesłaniem! Sam to wymyśliłeś?!

– Nie, chyba Brzóska Brzóskiewicz. Coś czytałem w „brulionie“.

– Zasady, kwasy, jo, jo. A co ta twoja matka konkretnie ma robić jako ta profesor od chemii?

– Jakieś proszki z Ameryki ma sprzedawać. Duża przebitka jest to może coś zarobi.

– Akurat zarobi. Jak będzie miała coś takiego, jak ja miałem dwa lata temu to się tylko wypsztyka z pozytywnej energii, a później będzie miała kaca moralnego, że wciskała jakiś chłam wszystkim znajomym i sąsiadom.

– Misiu, a gdzie ty się szlajałeś cały dzień?

– Na dworcu w Gdyni byłem.

– I co tam na dworcu?

– Aaa, uzbierałem prawie paczkę szlugów, ale najpierw bezdomniaki mnie wkurwiały, a później Cyganie mnie wywalili, bo obniżałem im zarobki przez to łażenie po prośbie…

[dwa lata wcześniej]

A to był początek tej drogi „od zera do milionera“. No i komik zachęcał, Akwizytorzy (tak, z dużej litery ten zawód, bo wtedy Akwizytor coś znaczył/nie znaczył i nie było tabliczek na drzwiach różnych instytucji z napisem „Akwizytorom wstęp wzbroniony!“) szaleli, sprzedając dosłownie wszystkim totalny chłam. Sprzedawali niepełnosprawnym intelektualnie, włazili za bramy klasztorów, że niby po zupkę, oczarowywali znudzone panie w biurze i gospodynie domowe w progach domów. Staranowaliby najchętniej coś dziewiczego, nietkniętego sprzedażą bezpośrednią, dajmy na to więzienie albo szpital psychiatryczny. I kalkulowali w swych marzeniach, że lepiej się dostać do psychiatryka, bo łagodniejsi klienci i coś nie trybi pod czaszką i łatwiej wcisnąć kupon do Szczęścia! Ci ostatni, kupujący kupony, też przez chwilę dawali się ponieść entuzjazmowi Sprzedawców i Komika, ale zaczęły pojawiać się te nieszczęsne tabliczki o Akwizytorach i psach. Całą bajkę szlag trafił.

Jednak nie do końca! Jak przystało na prawdziwą historię gansterską jeden plan się wypalał, w kolejce do realizacji czekały następnę. Jeszcze bardziej przebiegłe i bezwzględne!

W związku z zaistniałą awarią planu „Miliarder“, spowodowaną tabliczkami „Akwizytorom wstęp wzbroniony“ Komik zwołał zebranie, które miało podnieść na duchu ekipę. Wyłuszczał plan:

– Widzieliście tunel przy dworcu w Gdańsku? wpuszczają i wypuszczają, prawda? Można sobie chodzić w tunelu w tę i z powrotem non stop? Można! Nikt tam nie zakazuje wchodzić Sprzedawcom, prawda?!

– Jest taki plan, genialny i prosty! Bo o to w tym wszystkim chodzi!

– Plan polega na tym, że My będziemy uzbrojeni w róże owinięte celofanem,naręcza kwiatów, szał zapachów, szał uniesień!

– Wiele osób na dworcu odprowadza ukochanych, ciach – róża. Ktoś pędzi na randkę na starówkę, ciach – róża. Nie mówię o takich dniach jak Dzień Kobiet, imieniny Krystyny czy Andrzejki! Łowy po pachy! Trzydzieści róż dziennie i będzie Dzwon!

Oczywiście nie było tak kolorowo. Powoli acz skutecznie wszyscy wraz z Komikiem podążali ku miejscom i personom, które nie są przyjaznie nastawione do usmiechniętych młodziaków w mokasynach kupionych w wiejskim sklepie. Co innego przechodzić codziennie dwa razy na psychicznym wdechu, co innego zaś utknąć w środku na wiele godzin. Cyganów ze Słowacji i Rumunii jeszcze nie było, polscy zwyczajowo stali w okolicach totolotka na skrzyżowaniu Rajskiej i Heweliusza. Nie było im po drodze do sprzedawania róż, woleli wróżenie z kart, sprzedaż najwyższej jakości tombaku wyjeżdżającym z Trójmiasta turystom.

Byli za to w tunelu pierwsi wysiedleni przez system – bezdomni, narkomani, alkoholicy, chorzy psychicznie, ukrywający się przed poborem, więźniowie, złodzieje… Były Trepy z WSW szukające ukrywających się poborowych, Psy z wojewódzkiej komendy węszące za więźniami i złodziejami. Były złotówy grające w karty na maskach samochodów.

Byli też Badylarze Nowego Systemu, Nowej Epoki, Wielkiej, świetlistej, Wiekuistej!

Co tam taksiarze, cinkciarze czy badylarze! Teraz przyszedł czas na Nowy Wymiar Kapitalizmu!

Tak naprawdę od „Akcji Róża“ nikt już nie był taki sam. Wzniosłe idee zarobku na frajerach zostały zastąpione chwilę później staruszkami zaopatrywanymi wiadrami róż przez szefa mafii staruszkowej. Staruszki były lepsze. Nic, dosłownie nic nie musiały mówić! Jęczały trochę, trochę popatrzyły błagalnym wzrokiem i wciskały róże pijanym kochankom wracającym wieczorem do drzwi, żeby skomleć i błagać o przebaczenie. Nawet nikt staruszek nie gonił, nikt nie próbował pobić. A jeśli nawet, to zawsze był życzliwy staruszkom szef, który rozwiązywał wszelkie spory w terenie. Oczywiście wszystko nie jest takie proste, jak myślimy. Staruszki skądś się wzięły. Te staruszki po prostu zostały wplątane w sieć, z której nie mogły się wyplątać. Sprzedadzą róże, prowizja będzie, nie sprzedadzą róż, prowizji nie będzie, a na ich miejsce już czekają następne z kłopotami finansowymi. Licha emerytura, ta wtedy najlichsza, ta bez mężowskiej na dokładkę to rzeczywiście problem. Tak ze spokojnych starszych pań stały się machiną do naciągania na litość i prędkość wszekich tuneli w Polsce. Do tego wszystkiego „alfons“ wypachniony różami i cała reszta.

I przechodzili homotwistowi niemieccy turyści w wykrochmalonych, czytych i jasniutkich jak słońce strojach emeryta strefy Szengen…

Tak jak wszędzie czas posuwa walec do przodu, jak w Fargo. Przyszedł też zabrać staruszki i ich różanego alfonsa ad acta obserwatorów. Jedno przedsiębiorstwo zostało zastąpione drugim. W biznesy tunelowo-dworcowe weszli Cyganie z południa. Jeden alfons nie poradzi zgranej ekipie, gdzie od dziecka do staruszka wszyscy działają dla wspólnego dobra plemienia.

Na Rajskiej coraz mniej trójmiejskich Romów zasiedlonych przymusowo za komuny na gdańskim Chełmie. Natomiast w różnych zakamarkach Dworca coraz więcej słowackich, rumuńskich i bałkańskich braci. Bezkonkurencyjni w zajmowaniu przestrzeni publicznej, idealni w nietypowym nakłanianiu przechodniów. Wymyślanie taktyki i realizacja perfekcyjne. Jedynym mankamentem w prawie klarownie białym społeczeństwie jest kolor skóry. Sposób ominięcia bariery trudny, ale nie niemożliwy. Inwestycja w tanie dwocjonalia i monidła ze świętymi da radę zmiękczyć część tego równie katolickiego jak białego społeczeństwa.

Róże też są ich domeną! Dziś już nikt nie stwierdzi, czy Komik wraz z włodażami firmy z „Y“ na początku nazwy byli odkrywcami „metody na róże“ czy przenieśli to z przebogatej w doświadczenia zachodniej idei akwizycji. A może na początku tak naprawdę stali za tymi pomysłami paryscy Cyganie?

Nasi Cyganie najpierw wciskali skatowanym solą i pracą Polakom święte obrazki z adnotacją w języku polskim pod spodem o biedzie i ubóstwie.

Wszystko elegancko zalaminowane.

Starsi przechodzili przez przedział w skmce i wręczali święte obrazki.

Później przed przystankiem podchodziły dzieci, zabierały obrazek i wyciągały dłoń.

Z czasem do przedstawienia dołożono róże, a po gwałtownych burzach z kanarami Cyganie przenieśli się z całym asortymentem do trójmiejskich tuneli, gdzie róże stanowiły już stały element, święte artefakty stosowane było czasami, jeśli dajmy na to zamiast pary kochanków trzeba było znienacka zaczarować starszą panią wychodzącą z dworcowej windy.

Cyganie, współcześni koczownicy, utrzymujący swoje korzenie w rodach, pieśniach, języku, srebrnych laskach, kartach, kolorze skóry rodem z Indii. I właśnie ten śniady kolor skóry, który nijak nie pasuje do państw homogenicznych, takich jak Polska, powoduje największe problemy w asymilacji. Bo przecież możemy wyobrazić sobie cały cygański ród, który jest jasnej karnacji, taka typowa średnia krajowa. W tym momencie mój szkoleniowiec Komik od dzwona wraz z całą swoją świtą klaszczących w kółku i wydumanymi koncepcjami na zbicie fortuny – wszystko to byłoby marną podróbką tego, co oferowało wielowiekowe doświadczenie teatralizacji chwil życia tych odwiecznych Graczy.

A tak Biali tworzą konstrukt biznesowy, co przynosi szybki zysk, obudowując cały proceder najpierw wiarygodną nazwą z nieodłącznym zakończeniem „S.A.“ albo „sp. z o.o.“. Po tym wstępie mają w ekipie lub wynajmują kogoś, kto rozkręci szarych sprzedawców, żeby o batoniku i kilku energetykach zdołali przez cały dzień znaleźć tylu frajerów na lipny towar, żeby ci, co ich wysłali byli najedzeni szmalem. Dla maluczkich zaś Dzwon, a dla frajerów chwila szczęścia tuż przed odkryciem, że zostali wyruchani i jeszcze się usmiechali, jak „kupowali“ szczęśliwy los albo różę. Dodatkowo akwizytorzy zatrudnieni na czarno, anonimowe biuro bez żadnych znaków szczególnych pustoszało całkowicie w godzinach pracy urzędów, które mogły pokusić się o sprawdzenie czegokolwiek. Mało tego, akwizytorzy bez mrugnięcia okiem potrafili wchodzić do biur urzędów skarbowych i sprzedawać swoje certyfikaty znudzonym urzędniczkom. Wchodzili również do bibliotek, zakładów pracy chronionej, biur stoczni, portów, ZUS-u, do szpitali, dosłownie wszędzie. Byli jak dinozaur z czołówki „Flinstonów“: wyrzucano ich drzwiami to wchodzili oknem.

Czym tak naprawdę różni się to od „brudnej i nieuczciwej roboty“ Cyganów? Niczym! Nawet jeszcze gorzej, wszystko odbywa się zgodnie z zasadami „wolnego rynku“, wprowadzonego po 1989 roku. Słabe, siermiężne i przejedzone do reszty na Zachodzie pomysły na okantowanie ludzi zostały ubrane u nas w splendor i chwałę nowego bożka: firm -EX i Y- ze wspomnianymi zakończeniami „S.A.“ i „sp. z o.o.“, gdzie rodziły się polskie białe kołnierzyki, marzące o perwersyjnej przyszłości bohatera American Psycho. Kokaina już była, pierwsze więzienia Mordoru już roiły się w głowach opłaconych architektów i urzędników. Trzeba było się wstrzelić w Nowy Wspaniały świat, tak jak Janusze wstrzeliwali się swoimi „byznesami“ z masłem, jajkami i niemiecką chemią na osiedlach.

Czy naprawdę Cyganie są gorsi od nich?

Cyganka

Ukradła cyganka kurę
Dostała za to burę
Cygankę powiesili
I jeszcze na nią mówili
Ukradła cyganka kurę…

Migdałowe oczy miała migdałowe
Już na chmurze płyną oczy w niebo granatowe
Kto za nimi płacze?
Tylko, tylko deszcze
Tylko wrona kracze
Jeszcze, jeszcze, jeszcze
Jeszcze, jeszcze
Deszcze, deszcze
Deszczu płacz

Oj ludzie, ludzie pacierze zmówcie za migdałowe oczy jej
Oj ludzie, ludzie duszy nie zgubcie cyganki tej

Migdałowe oczy miała migdałowe
Już na chmurze płyną oczy w niebo granatowe
Kto za nimi płacze?
Tylko, tylko deszcze
Tylko wrona kracze
Jeszcze, jeszcze, jeszcze
Jeszcze, jeszcze
Deszcze, deszcze
Deszczu płacz

Ukradła cyganka mała
Ukradła, bo tak chciała
Sukienkę poplamiła
I serce młode zgubiła
Ukradła cyganka kurę

Migdałowe oczy, usta purpurowe
A do tego jeszcze niebo, niebo granatowe
Kto za nimi płacze?
Tylko, tylko deszcze
Tylko wrona kracze jeszcze, jeszcze, jeszcze
Jeszcze, jeszcze
Deszcze, deszcze
Deszczu płacz

Oj ludzie, ludzie pacierze zmówcie za migdałowe oczy jej
Oj ludzie, ludzie duszy nie zgubcie cyganki tej

Migdałowe oczy, usta purpurowe
A do tego jeszcze niebo, niebo granatowe
Kto za nimi płacze?
Tylko, tylko deszcze
Tylko wrona kracze jeszcze, jeszcze, jeszcze
Jeszcze, jeszcze
Deszcze, deszcze
Deszczu płacz

Kto w te bzdury wierzy
Na złość sobie robi
Kto na świecie widział,
Kto na świecie słyszał
Wierzyć cyganowi

Deszczu płacz