Filozofia

– dobro – państwo, prawo, demokracja, społeczeństwo, kościół, policja, lekarze, uniwersytety itp

– zło – muzyka, literatura, używki, bezrobocie, bieda, choroby psychiczne, brak wykształcenia, łamanie prawa itp.

– dobre – po prostu dobre;)

– złe –

Dobro jest złem.

Zło jest dobrem.

Snimy. Słyszałem opowieści, które próbowały wymusić na słuchaczu moment zastanowienia: czy Życie to sen, a Sen to życie? Dobry trening dla mózgu, ale jeśli spróbować jakkolwiek ten problem rozwiązać, to nie jest to tak naprawdę zabawa. Każde pytanie sugeruje odbowiedź, czysta logika, krystalicznie czyste algorytmy. A czy mamusia i tatuś, babcia i dziadek nie mówili: ciekawość to pierwszy stopień do Piekła? Każde zadane pytanie i każda odpowiedź jest ciekawością. Idziemy więc wszyscy do Piekła!

Ciekawe też to pytanie: czy Życie to sen, a Sen to życie? Odpowiedź zaś nie z tego świata jest. Zaczynamy się uczyć, rodzice wysyłają nas do przedszkola, poidstawówki, później rozpoczynamy po części własne wybory idąc do liceum lub technikum, następnie studia. Na samą naukę w nieprzebranych instytucjach edukacyjnych oddajemy tak dużo naszego życia, że wydaje się wręcz nieprawdopodobnym, że możemy iść drogą ślepca, roić sobie i śnić marzenia, nie zdając sobie sprawy, że obok nas odbywa się Życie, a my możemy zupełnie realnie śnić na jawie. Sen lunatyka.

Sen lunatyka jest jednostkowy i jest czymś przerażająco dziwnym. Dziwny, bo wykonujesz czynności fizyczne i fizjologiczne jak dobrze naoliwona „maszyna do życia“. Twój umysł został zwolniony z zadania pełnego towarzyszenia w wykonywaniu dodatkowej obróbki życia. Został uwolniony od odpowiedzialności za czyny ciała. Dziwne, prawda?

Dlaczego jednak przerażajace? śpisz, jest pełnia. śnisz sobie o tym, że bardzo musisz zrobić siku. W śnie pojawia się burza z piorunami, wyładowania atmosferyczne łączą się ogromną ulewą, strumienie wody zalewają wszystko dookoła. Tymczasem na jawie zamiast spać w zasikanej pościeli wychodzisz z pokoju, podchodzisz do drzwi wejściowych. Przekręcasz sprawnie zamek i wychodzisz na klatkę schodową. Stajesz pod licznikami energii elektrycznej i zaczynasz pod nimi sikać. Tymczasem w domu matka mówi do ojca, że chyba ktoś się włamuje, bo słychać dziwne dźwięki w okolicach wejścia do domu. Ojciec idzie do kuchni i wybiera metalowy tłuczek do mięsa jako najlepszą w tym momencie broń obronną. Idzie do drzwi i widzi, że są uchylone. Odchyla je i w tym momencie ktoś włącza światło na klatce. Oślepiony zamachuje się, ale napastnik sięga mu do pasa. Zaczyna powoli zauważać kałużę sików na lastryko i swojego syna w pidżamie. Pyta się go, co tutaj robi, a syn odpowiada, że siku, po czym mija ojca, wchodzi do domu i idzie do swojego pokoju położyć się do łóżka. Rano jest piękna pogoda, ale nie wiesz zupełnie dlaczego tak bardzo chciałbyś, aby czuć było powietrze przed burzą i pioruny w oddali. Dopiero po kilku latach dowaidujesz się o śnie.

Inny przypadek. Wychodzisz nocą w pidżamie na podwórko. Wszystko jest jasne od światła Księżyca. Masz łopatkę i wchodzisz do piaskownicy. Zaczynasz kopać, kopanie zajmuje ci dość dużo czasu, ale wiesz, że jak dokopiesz się do krat na dole piaskownicy, to potwierdzi to wszystkie opowieści, że całe miasto jest połączone bunkrami i kanałami ewakuacyjnymi. To by ozanczało, że zadbano również o dzieci, bo jeśli będą kraty, to podczas zabawy w piaskownicy, kiedy będzie nalot, będzie można wejść do systemu kanałów i będziemy uratowani. Pomyślałeś nawet o tym drugim systemie miasta, który ma ujścia wody obudowane kościołami, żeby je chronić. Będziesz musiał do zbadać. Dokopałeś się wreszcie do krat, wszystko ma sens. Wychodzisz z paskownicy i widzisz rodziców, którzy przyszli cię odprowadzić do domu, do łóżka. Ten sen pamiętasz i też dowiadujesz się o tym snie od innych kilka lat później. Relacje matki i ojca są zbieżne: obudzili się w nocy i zobaczyli, że cię nie ma. Wyszli na korytarz i zauważyli odkręcony zamek w drzwiach. W pidżamach wyszli na podwórko, zobaczyli cię kopiącego w amoku wielką dziurę w paskownicy. Byli przerażeni, nic nie rozumieli, odprowadzili cię do domu, do łóżka.

Może jeszcze inny? Dlaczego by nie? Dobra! Wiesz, że siedzisz w szafce pod telewiorem, widzisz siebie tam siedzącego, jakbyś siedział na łóżku rodziców. Zasnąłeś w tej szafce i obserwujesz swoje ciało, jakbyś oglądał telewizor. Więc oglądasz, pomimo dość monotonnej akcji. Nagle jakieś poruszenie w miejscu, w którym siedzisz. Budzą się twoi rodzice i zaczynają cię szukać. NIE MA, NIE MA GO. Oni biegają w poszukiwaniach a ty siedzisz i oglądasz ten film z sobą leżącym w szafce pod telewizorem. Matka chwyta za telefon, żeby wezwać służby. Drgnąłeś. Stuknięcie w szafce. Wszystko zastygło, matka z telefonem w dłoni, ojciec wpatrzony w ścianę. Budzisz się, rodzice mówią ci, że znalazłeś w nocy idealną kryjówkę. śmieją się.

Można cytować te opowieści z oddziałów dziecięcych psychiatryków non stop. To były przykłady jednostkowe, sny-nie-sny konkretnych osób.wróćmy jednak do głównego tematu. Czy życie to Sen, a sen to Życie? Czy Życie to sen, a Sen to życie?

Czy może nas korcić, żeby przenieść doświadczenia somnabuliczne dzieci z objawami choroby psychicznej na całą Ziemię? Na cały ród ludzki? Istnieją Indianie, którzy o tym mówili wielki temu. Nomadowie Ameryk. Tylko oni się przemieszczali gwałtownie jak na standardy sprzed Jezusa, bardziej w okolicach Buddy. Mówili, że Ziemię spowija sen. Stworzyli Majów, Azteków oraz Inków. Ziemię spowija sen? Sen Ziemi? Czy nadal nas korci, żeby przenieść doświadczenia somnabuliczne dzieci z objawami choroby psychicznej na całą Ziemię?

Chodzę wśród ludzi i widzę marionetki na sznurkach. W pracy, w sklepie, w kinach, w internecie…

Niestety trzeba odrobinę pogdybać.

Wtedy też trzeba byłoby przewartościować wszystko, co nas otacza, na zasadzie lustra. Jak u Alicji? Może. Najbogatszymi musieli by zostać biedni, najzdrowszymi najbardziej chorzy, ci źli, których się tak boimy, musieliby być tymi najbardziej zauwanymi obrońcami. Ci pokątni sprzedawcy narkotyków staliby się jedynymi wiarygodnymi konowałami, którzy udostępnialiby somę, księża pedofile wiadomo, tapeta rumpl z centrów handowych odpadałaby z łoskotem porównywalnym z walącymi się budynkami podczas PW44. Straszne? To nie jest zbyt miłe, bo sami się malujemy, kupujemy w aptekach, widzimy krzywdy wyrządzane przez złych i odruchowo utrzymujemy status quo. To brzmi gorzej niż rewolucja.

Ale gdyby spojrzeć na to jak na długo oczekiwaną i skrywaną małą, prywatną zemstę? Gdyby dać wam taką moc, że po dwudziestu latach psychicznej opresji excella, swego szefa, prezesa, zarządu, mógłbyś w mniej lub bardziej sutelny sposób pokazać im, że to ty tu rządzisz. I uśmiechasz się jak Joker, podkopujesz to wszystko, zwracasz się w mailach do przełożonych co najmniej powściągliwie, co najmniej! Zmieniając w excellu dane, które są twoim tworem a nie wynikiem badań czy wyników firmy, myślisz o udupieniu kierownika obszaru. i okazuje się, że to całkiem fajne, powoli zawala się sen Ziemi. Tak już lepiej? Już nie jest to takie brzydkie i niedobre, i że trzeba się z tego wyspowiadać? Cudowne prawda? Wystarczy w tej rozpaczy niemożności porzucenia tak pięknego snu o opiece i zaufaniu w emeryturę znaleźć takie małe osłody, które jak kropla skałę zaczną drążyć spruchniały sen.

Moje królestwo nie z tego świata jest!

– Czy Ty jesteś Królem Żydowskim?

– Czy to mówisz od siebie, czy też inni powiedzieli ci o Mnie?

– Czy ja jestem Żydem? Naród Twój i arcykapłani wydali mi Ciebie. Coś uczynił?

– Królestwo moje nie jest z tego świata. Gdyby królestwo moje było z tego świata, słudzy moi biliby się, abym nie został wydany Żydom. Teraz zaś królestwo moje nie jest stąd.

– A więc jesteś królem?

– Tak, jestem królem. Ja się na to narodziłem i na to przyszedłem na świat, aby dać świadectwo prawdzie. Każdy, kto jest z prawdy, słucha mojego głosu.

– Cóż to jest prawda?

Czymże jest ta prawda? Każdy, kto prześledził dalej ewangelię Jana, zna odpowiedź. Będąc lub podając się za króla, czegoś, czego nie ma, jest się zmuszonym ponieść konsekwencję wywyższenia w „jedynym i właściwym“ śnie. Ciężko pojąć, że może istnieć coś, jakiś wymiar lub wymiary, w którym Jezus jest królem, w innych zaś trzech wymiarach jest kimś, kto dostaje koronę cierniową, zostaje przekłuty ćwiekami, niesie krzyż, który jest ciężki jak głaz. Padając zaś pod nim jest opluwany i znienawidzony przez wielu. Paradoksem życia na Ziemi jest zaś to, że po dwóch tysiącach lat ten sam Jezus jest tarczą, która chroni jego obrońców przed tym samym procederem, który nie był w smak Żydom i po części Rzymianom wiele wieków temu.

Jezus trwa, stoją za nimi ci, którzy skryli się, żeby cały splendor Jezusa zasłonił oczy niedowiarkom, póki się da, wykorzystywać koniunkturę na życie wieczne. Tylko Jezus nie był królem tego świata, tylko tamtego, nie wiadomo jakiego. Gdyby tylko mógł poznać informacje sprzed kilku wieków, które przekazywał światu pewien brzuchomówca, możliwe że nie popadłby ani w nadmierną megalomanię, ani nie zniszczyłby w istnie tarantinowski sposób swych ostatnich chwil na tym padole.

Córka…

Stan na pierwszą ćwierć XXI wieku jest dość obłędny. Ludzie w sutannach są pod ochroną konkordatów wkładają w swoje usta słowa Jezusa, myśląc że słowa króla ochronią ich przed sądem, obojętne czy ludzkim czy wiecznym. Politycy dokonują nieustannych „coming out‘ów“, które pokazują ich próżność, służalczość nie wiadomo komu i ambicje nieprzystające ludziom zdrowym na umyśle. Zamknięci w bańkach medialnych i siedzibach rządów, parlamentów i innych przybytkach władzy. Z kolei inni ludzie trafiają do szpitali psychiatrycznych z objawami schizofrenii, w wielu, jeśli nie pokusić się o stwierdzenie „prawie wszystkich“, przypadkach mają stwierdzoną megalomanię, sami wiecie: „jestem jezusem, jestem napoleonem, jestem kolbe, jestem…“. Jakby zamknąć w jednym miejscu wszelkich spóźnionych pretendentów do głównych ról w życiu. Dwa parlamenty, dwa rządy, dwa królestwa.

Ameryka. Prawdziwi Amerykanie siedzą w kręgu oczekiwania ponad pięćset lat. Na bębnach wybijają czas! Usta nucą smutną pieśń. Przybysze z innej planety, którzy mieli dać wszystkim wolność, okupują wszystko dookoła ich kręgu, zawłaszczają, karczują, marsz z pochodniami trwa. Amerykanie nie pojmują do dziś, jak Ktoś może zabrać Wolność, zniewolić, by później odrobinę poluzować i podarować namiastkę tego, co kiedyś mieli, ograbiając ją nawet z dużej litery. Tak, tak się nazywa odpodmiotowienie a tym samym urzeczowienie. Jakby pozbawić Wyjątkowości i Boskości w tej całej masie słów bez pokrycia. Później to już idzie łatwiej, bo przedmioty można kupić i sprzedać. Wolność również. Kupię sobię wolność. A czy Wolność możesz też kupić? Może są w pakiecie Dwa w Jedym. Dwa rządy, dwie historie.

W powietrzu czuć morowy smród zarazy poprzednich wieków. Jakie czasy, taka zaraza. Ta jest cicha i sterylna, jak śmierć i jarzeniówki w szpitalach. Nikt nie wie, co, gdzie i jak. Prawie nikt nie rozumie, co ma myśleć. Myśli ludzi oderwanych od zwykłych kolein życia zalepione są folią, pod którą kipi od prób wyjaśnienia niedogodności życia. Niewydolność oddechowa społeczeństw przeniosła się na niewydolność pobierania, analizowania i wydalania informacji. Niedotlenienie, plastik i nieprzetworzone informacje, zalegające w rdzeniu kręgowym. Kiedy nastąpi ten słynny flashback rdzeniowy? Tykająca bomba psychiatryczna. Żony oddają swych mężów do psychiatryków, same rozpoczynają terapię antydepresantami. To są ostatnie kroki, nie da się załatać braków w rzeczywistości, psychotropy to nie LSD, meskalina czy konopie kilka lat temu. Co się zobaczy to się już nie odzobaczy. Terapie, psychoterapie, kursy samodoskonalenia, nauka języków, yoga. Później jest już łatwiej. Żona odwiedza męża w szpitalu, mówi o dzieciach, że jego ojciec miał zawał. Machina podpowiada każdy krok: musimy go przywrócić społeczeństwu, musi się socjalizować, najmniejszą komórką społeczną rodzina. Później to już będzie z górki. Do odratowania, wszystko jest do odratowania, śladów nie będzie. Wystarczy tylko brać leki i odbijać kartę normalności u psychiatry. Jak ci się powinie noga to rentę damy. Huxley by się uśmiał? Raczej by się zasmucił. Całkiem możliwe, że Faucault delikatnie wygiąłby usta.

Uniwersytety, uniwersytety!1

Think tanki!

Wirtualna rzeczywistość!

Media! Czwarta władza!

Korowód śmierci!

Przyroda!

A Amerykanie dalej siedzą w kręgu, Aborygeni dmią w rogi…

Sytuacja nie jest komfortowa. Wielki Sen Ziemi może się skończyć, wszyscy mogą się ocknąć i ujrzeć siebie na nowo. Nie będzie to jednak dla większości dobre wybudzenie…

Opowieść o pisarzach

Cervantes! – polski odpowiednik

Wielu grzeszyło przeciwko kodeksowi Snu. To ta droga, w trakcie której zbyt wiele pokus powoduje powolny rozpad osobowości misternie skonstruowanej przez system nakazów i zakazów. Wszystko prowadzi na samo dno. Jak wiele słyszeliśmy opowieści o tych świętych pańskich, którzy grzeszyli, bluźnili i opluwali, by potem stać się wyniesionymi na ołtarze za swoje zasługi po nawróceniu na ścieżkę pana. Zawsze też myślimy, że ścieżki tych świętych są niewyobrażalnie ciężkie, osiągnięcie takiej pokory, odwagi i innych przymiotów jest czymś na miarę dwunastu prac Heraklesa. I to po plugawym i kłamliwym życiu. To po prostu jest niewyobrażalne, nie jesteśmy bogami. Przyjrzyjmy się sobie samym: dom, praca, dzieci, kredyty, hipoteki, mandaty, brak snu, depresja – to wszystko trzeba trzymać w kupie, nie odchylać gardy i brnąć, może nawet do więzienia, do psychiatryka czy zwyczajnie do piachu.

Tołstoj! – polski odpowiednik

Co może obudzić lunatyka?


1  Uniwersytet (łac. universitas magistrorum et scholarium „ogół nauczycieli i uczniów”) – najstarszy rodzaj uczelni o charakterze nietechnicznym, której celem jest przygotowanie kadr pracowników naukowych oraz kształcenie wykwalifikowanych pracowników.

W Polsce wyraz „uniwersytet” może być używany w nazwie uczelni, której jednostki organizacyjne posiadają uprawnienia do nadawania stopnia naukowego doktora co najmniej w dziesięciu dyscyplinach, w tym co najmniej po dwa uprawnienia w każdej z następujących grup dziedzin nauki:

· humanistycznych, prawnych, ekonomicznych lub teologicznych

· matematycznych, fizycznych, nauk o Ziemi lub technicznych

· biologicznych, medycznych, chemicznych, farmaceutycznych, rolniczych lub weterynaryjnych.

Cechą charakterystyczną uniwersytetów jest autonomia, która sprowadza się do stanowienia rozległych uprawnień statutowych o charakterze samorządowym[1]. Cechą uniwersytetów jest również wolność akademicka, czyli wolność nauki i nauczania[2].

Wyróżnić można cztery modele uniwersytetu:

· model Kanta – państwo interweniuje jedynie w niektórych aspektach działalności uczelni

· model Humboldta – państwo odgrywa rolę drugoplanową i nie ingeruje w wewnętrzne sprawy uniwersytetu[3]

· model Napoleona – państwo zachowuje pełną kontrolę nad działalnością uniwersytetów

· model brytyjski – państwo nie jest właścicielem uniwersytetów, wspiera je jedynie w ich działalności[4].

·

Epilog

…te same piekielne zajęcia, to samo pozbywanie się starców, to samo poczucie trudności, które czyni z bezrobotnego wyrzutka bez usprawiedliwienia, bez prawa głosu, bez szans, nadal istnieją. Pracowałem za 17$ tygodniowo w Luizjanie i zostałem zwolniony, gdy poprosiłem o dwa dolary podwyżki. To było w 1941. Pracowałem w rzeźni, myłem gary; pracowałem w fabryce świetlówek; wieszałem plakaty w nowojorskim metrze, szorowałem wagony towarowe i myłem pociągi pasażerskie w zajezdni; byłem magazynierem, pracownikiem spedycji, listonoszem, menelem, pracownikiem stacji benzynowej, dodawałem wiórki kokosowe w fabryce ciastek, byłem kierowcą ciężarówki, brygadzistą w magazynie hurtowni książek, przewoziłem butelki z krwią i zaciskałem gumowe tubki dla Czerwonego Krzyża…

* * *

…nawet wtedy, gdy moi szefowie mnie zwalniają, nigdy nie słyszę ich głosów, a jestem najczęściej odchodzącym i zwalnianym z roboty sukinsynem (…) ale ja nigdy nie słyszę ich głosów; robią to łagodnie, delikatnie i kulturalnie, a ja po prostu wychodzę stamtąd i nawet nie myślę o strzelaniu do kogokolwiek z dachu.1

* * *


1  Cytaty pochodzą z książki Charlesa Bukowskiego pt. O pisaniu.

Domowa manufaktura

Mistrzostwa świata. Polska gola! Obrywa się wszystkim. Ale jak to wygląda w tych najważniejszych miejscach: w domu Kowalskich i w domu Lewandowskich?

Kowalski chce zjeść do browara. Żona Kowalskiego u znajomej z mięsnego wyszukuje smakołyki dla wybrednego podniebienia swego męża. Karkóweczka bez kości, na przekąskę gęsina a’la vive la France, różności wszelakie, cuda wręcz ociekające ślinką i tłuszczykiem, mniam!

Smacznie, z przytupem, z francuska nawet! Mąż czteropaka dzierży i milutka duszy i ciału mięsina spływa do żoładka, mniam!

I gdzieś tam Kowalska poszła na kawkę, usłyszała o Ann, o tej Ann od Lewandowskiego. Diety stosuje, Lewy z każdym zjedzonym brokułem gola strzela, i wszystko fit jest, ćwiczenia są, no wszystko gra na najwyższym poziomie! Uch, pomyślała sobie Kowalska, trzeba będzie sprawdzić, co ta Ann tam pichci?

Cuda u Kowalskich! Rewolucje! Żona w leginsach stepuje jak Ann przykazała, brokuł dzień w dzień na obiad, a Kowalski patrzy i nie wierzy! Piwa, piwa trza!

Idą na spacer!!! Niedziela niehandlowa, idą! Kowalska w skowronkach, pierszy raz od piętnastu lat spacer, Ann miała rację!!! Kowalski kluczy otumaniony brakiem treściwego od jednego zamkniętego sklepu do drugiego! Stacja, jest stacja, otwarte wrota dobrobytu! Wchodzą, nieśmiało, jak bywa wśród nieobytych w świecie zmotoryzowanych. Czteropaczki w zacnej cenie! Kowalski chwyta dwa i patrzy na hotdogi, ślinka cieknie, hotdogi francuskie, a sosów ile, tłuszczyk, mniam! Kowalska zaś spogląda tuż obok, a tam, o Zbawienie, jest Ann, w samą porę! Stoi regalik z kartonu, napis „Food by Ania” i Ona! A na regale chipsy z ziemniaka, ćwierci ziemniaka, dosłownie 18 gramów ćwierci ziemniaka za 5 złotych! 18 gramów za 5 złotych! A obok kusi batat! 15 gramów za 5 złotych! Jesteśmy uratowani! Kowalska wzrusza się niebywale, Kowalski nie wierzy w to co widzi!

Laysy zaś 5 złotych za 150 gramów.

Fit by Ann! I po żołądku, i po kieszeni!

U Lewandowskich zaś produkcja na całego. Lewy siedzi i tnie w plasterki najwyższej jakości ziemniaki prosto z Ameryki, z pierwszej ręki, nie jakieś tam wyhodowane pod Ciechanowem! Piekarnik u Lewandowskich włączony 24h, wszystko pod kontrolą Lewandowskiej, która w przerwach w gotowaniu brokuła dla Roberta dogląda równo odmierzonych porcji po 37 gramów porcji, które w piekarniku zmniejszą swoją wagę do 18 gramów. A przepis na te specjały od prabaci ze strony mamy! A w tym wszystkim pomagają im afrykańscy znajomi, którzy wzięli na swoje barki sprowadzanie bezpośrednio z Afryki batatów podczas swoich podróży między kontynentami. Tu, przy batatach trzeba niewiarygodnej precyzji w krojeniu i wypiekaniu, gdyż w końcowym stadiym musi być 15 gramów per paczka. Tu nie ma żartów, zaangażowani są wszyscy, dosłownie wszyscy! I wszystkim trzeba słono zapłacić za poświęcenie, za przepis prabaci, za osobistych afrykańskich dostawców!

Bo wiadomo, że Laysy to sama chemia i maszyny. Tu zaś Lewy kroił, a Ann doglądała!

Taniec

Idę. Omiatam spojrzeniem wszystkie sklepy, spoglądam na nastolatków lansujących się w podartych ciuchach, które kosztowały jedną czwartą pensji ich rodziców. Przesiadują połowę dnia w fotelach, przy których można podładować sztrum w komórce. W sumie doskonałe miejsce na pełnowartościowe wagary – ciepło, prąd, wifi – to wystarczy, żeby przesiedzieć tutaj do 15:00 – 16:00, kiedy już oficjalnie będzie można się udać do domu, żeby nie było gadania, że za wcześnie się wróciło ze szkoły

Wokół sklepy, wszystkie pod jednym dachem, choć to już raczej nie dach, tylko przeszklone zbrojenia w górze, skonstruowane po to, żeby mieć wrażenie przechodzenia po otwartej przestrzeni niby-miasta. Nawet zimą można chodzić w tym miejscu w firmowej koszulce. Już nie jest kwestią gdybania, że ktoś z włodaży tego przybytku zbytku wpadnie na pomysł, żeby przy drzwiach wejściowych postawić szatnie dla odwiedzających, to już się dzieje. Już tylko krok od filharmonii, opery, galerii, gdzie podąża się do szatni, by później móc rozkoszować się oferowanym produktem. Tylko tutaj z wysoką kulturą będzie związany może Stradivarius, lecz tylko przez nazwę.

[…]

Wychodzę na papierosa. Schody, schody, schody, schody. Jestem na zewnątrz. Kręcę, zapalam. I dumam. Przy okazji przyglądam się wszystkiemu wokół. I patrzę, i nie wierzę!

On, ona i fotograf. On w garniturze, ona w koktajlowej wersji sukni ślubnej, za nimi lekko przygarbiony fotograf, który czuje powagę sytuacji. Wychodzą przed wejście główne i ustawiają się przy szklanych ścianach w pozach ślubnych. On klęka chwytając jej jedną dłoń, ona kładzie drugą na jego głowie, w tle za szkłem witryna sklepu jubilerskiego. Przez moment myślę, że to jakaś sesja reklamowa, ale nie, przenoszą się w inne miejsce całą trójką i robią znowu ckliwe pozy i znowu inne miejsce, pstryk, pstryk, pstryk. Jakby byli w Parku Oliwskim lub na Starym Mieście. Romantyzm naszych czasów – witryny drogich sklepów i zapachy drogich perfum w mikroklimacie aroma i audio marketingu.

Wieczorem wszystko się uspokaja. Chińskie jedzenie w defensywie, jedynie kurczaki mają branie, bo są otwarte o godzinę dłużej niż reszta sklepów. Tam nie patrzy się z nienawiścią na klienta wchodzącego pięć minut przed zamknięciem.

Słynne pięć minut! Znamienne pięć minut! Autobus 21:12, wstępny raport zrobiony, kasa policzona, karty się zgadzają, jest 20:54. Brzęczą drobniaki w każdym miejscu centrum handlowego, galerii, pasażu. Człowiek czuje się jak w oficjalnej mennicy NBP. Dźwiek przeliczanych stanów kas wszelakich przypomina Money Pink Floyd. To zbliża się koniec.

I wchodzi ten jeden, ta jedna, ten, na którego, ta, na którą będziesz klnął w skrytości, nikt tego nie usłyszy, a widzieć będziesz tyłek autobusu 21:12! I już nie w skrytości, na cały głos wykrzykniesz KURWAAA!

A to tylko mały bibelocik był, nabity na kasę 21:03. No wprost nie można było się zdecydować, ja taka niepewna jestem, och, ach, a może są inne kolory. Karta, gotówka,karta, może karta, nie gotówka. Gotówka?! KURWAAA!!! Ale tu jeszcze w skrytości ta kurwa leci, ale to już znamienna kurwa, zwiastująca widok tyłka autobusu. No bo ile można się zastanawiać nad wyborem wstążki? Kolor, faktura, materiał, co jeszcze?

Wychodzisz 21:08, wybiegasz, i wiesz, że może sprint byłby tu dobry, ale niestety masz do przebiegnięcia około 800 metrów, też olimpijska dyscyplina, ale z przeszkodami. I tempo nie to, bo kilometr w podstawówce biegłeś 3:15, a teraz papieros goni papieros zamiast rekordowego wyniku. I całujesz tyłek autobusu, wznosząc modlitwę o kurewski rozpiździel w domu ostatniego klienta! Niech się powiesi na tej idealnie dobranej wstążce! KURWA!!!

Tak toczy się normalne życie. Każdy pracuje, żeby później oddać się orgii wydawania pieniędzy. Tu już nie chodzi o zakup potrzebnego do egzystencji produktu. Tu włącza się karykaturalna wersja piramidy potrzeb Maslowa. Zadbać o podstawowe potrzeby do przeżycia i bezpieczeństwa, później akceptacja i miłość, szacunek i uznanie, a na końcu samorealizacja, harmonia, piękno, wiedza, rozumienie. Aby więc dojść do perfekcji w samorealizacji kupuje się poradniki surfowania w weekend, poradniki bycia bogatszym niż biedniejszym, wszystkie inne poradniki rozwojowe, których i tak się nie przeczyta. Aby dośwadczać piękna na codzień i od święta wydaje się pieniądze na chińszczyznę w opływających w plastikowy chrom i agresywny róż sklepach z wyposażeniem domu. Wiedza! Co można powiedzieć o wiedzy? Trzeba wiedzieć, że do jakiegoś sklepu się nie chodzi, bo to obciach, do innego zaś jak najbardziej, że ten samochód, który stoi na korytarzu, to taki a taki model i kosztuje tyle i tyle, że jak iść na kawę to tylko tam i tam. Czy jest rozumienie, ostatnia sprawa do załatwienia ze szczytu piramidy tego, jak mu tam, Maslowa. Czy jest rozumienie tego, że tak naprawdę jesteśmy uwikłani w dziewięćdziesięciu dziewięciu procentach w odruchach, fobiach, nawykach wpojonych przez reklamy i często nie wyszliśmy poza podstawę potrzeb ludzkich, żeby wszystkie pieniądze przejeść miesiąc w miesiąc. Żeby to co nawpychaliśmy do domu na wiosnę wyrzygać później na śmietnik przy zmianie sezonu na jesienno-zimowy.

Miesiąc za miesiącem, na narodziny Chrystusa i na jego śmierć, na wakacjach, na feriach, w dzień powszedni i w święta cały czas pozbawiamy się siebie, żeby pójść zarobić w pocie czoła a później lekką ręką wydać u innych, którzy w tym czasie nie mają wolnego tylko muszą nam służyć osiem czy dwanaście godzin dziennie. Choć przez chwilę pragniemy poczuć moc pieniądza i usługi, i być u lojalnego sługi. Nie rozumiejąc, że wszyscy jesteśmy w maszynie zwanej Arbajt.

Walentynki

Weekend poprzedzający święto tych szczęśliwców lub nieszczęśników, odpowiednie określenie zależy od miejsca siedzenia w miłosnym bigosie. W księgarni specjalny stół z ofertą dla pragnących obdarować w walentynki swą wybrankę, swego oblubieńca. Czym chata bogata, na każdą kieszeń, na każde gusta.

Ludzie wchodzą, kupują, wychodzą.

Wchodzi również chłopiec, tak z dziewięć, może dziesięć lat. Nieśmiało przegląda artykuły papiernicze, twardo stojąc plecami do stołu z walentynkowymi upominkami. Z uporem wertuje chyba wszystkie zeszyty w ofercie, temperówki, notesy. Poddaje się wiedząc, że obrócenie się w kierunku walentynkowego stołu nie będzie jednak możliwe, nie dla niego. Pochodził jeszcze chwilę, zahaczając o dział dziecięcy. Jeszcze raz przeszedł obok zakazanego stołu. Zwolnił. Zapytałem:

– Może Ci jakoś pomóc?

– Nie, nie, dziękuję.

I wyszedł. Klienci dalej wchodzą, stół walentynkowy „topnieje” w oczach, klienci zadowoleni z zakupów, klienci idą coś przekąsić, szybko, szybko.

Nie zorientowałem się w całym tym pośpiechu, że chłopiec powrócił i gdzieś kluczył między stołami. Podchodzi do kasy i podaje przesadnie wielki pluszowy brelok w kształcie serca obszyty cekinami.

– Poproszę.

– Dwanaście dziewięćdziesiąt.

Podaje dwadzieścia złotych. Wydaję resztę, a wydając ją pytam:

– A widziałeś, że jak przeciągniesz dłonią po cekinach, to zmieni się kolor serca?

– Taak – powiedział i uśmiechnął się. A mówiąc to widział zapewne jak podaje to serce swojej wybrance z 3A, pokazując jej sztuczkę z cekinami.

A serce w jego piersi walić będzie z oszałamiającą prędkością!

A oni wszyscy biegną, kupują, płacą, biegną dalej. A każdy z nich kiedyś, dawno temu, stawał przed podobnym dylematem. I zakup breloczka za dwanaście dziewięćdziesiąt, po godzinie kluczenia i moralnych dylematów, był mimo wszystko najważniejszą rzeczą w życiu.

Rozdwojenie

Wchodzi pan. Rozwiana fryzura, marynarski krok, sześdziesiąt lat, ubranie nowoczesne, młodzieżowe. Myślę sobie, oby więcej takich emerytów. Podchodzi i pyta:

– Czy dostanę te, no, te, Mikrotyki, tego, no, tego, Pablo Pavo?

– Chyba tak, sprawdzę – mówiąc to idę od razu do półki, gdzie powinny leżeć, stać. Pełen obaw jestem, żeby tylko były, bo warto temu panu sprzedać Mikrotyki, warto i już!

Są, wystawione twarzyczkami, tak jak ostatnio ułożyłem, żeby skusić, zachęcić. Sięgam po zapas z tyłu a pan do mnie:

– Kurczę, i będę mieć spod lady! I wiedział pan, gdzie ta książka jest, i że Pablo Pavo to Paweł Sołtys! Wspaniale!

Uśmiecham się, podchodzimy do kasy z książką, dalszy ciąg rozmowy:

– Byłem właśnie w empiku i pytam tak samo, jak pana. Że Mikrotyki, że Pablo Pavo, i wyobrazi sobie pan, że tamta pani spojrzała na mnie takim mętnym wzrokiem i pyta: „Jan Paweł II?”. Oniemiałem i wyszedłem. Nie będę przecież szukać z nią Pablo Pavo na dziale z dewocjonaliami!

– Chyba by go tam nie było. Chociaż może? – odpowiedziałem i przypomniała mi się jedna opowieść:

– A wie pan, z tymi Mikrotykami to same śmieszne historie. Wyczytałem w internetach, że jakiś prawicowy felietonista, recenzent, człowiek obyty podobno, jak dowiedział się, że Mikrotyki są kandydatem do Paszportów Polityki, to życzył wspaniałemu duetowi pisarskiemu, Pwłowi Sołtysowi i Pablo Pavo, sukcesu!

Pan starszy podniósł brwi, zaśmiał się tubalnie i oznajmił:

– Prawicowe rozdwojenie jaźni, hehehe.

I wyszedł marynarskim krokiem, z rozwianą czupryną, emeryt z Mikrotykami w dłoni.

Opowieść wigilijna

Pracowałem w księgarni. Praca na chwilę. Okolice świąt. Klienci różni. Księgarnia była outletem, dawniej tytułowano takie miejsce „Książką za 5 złotych”. Kiedyś takie przybytki były dla wielu ludzi jedynym punktem na mapie miasta, gdzie można było dosłownie „wpaść” na książkę.

Pomimo zmiany nazwy na bardziej europejską grono klientów stanowią te same grupy: uczniowie, matki z dziećmi, łowcy tanich okazji, emeryci.

Dwa tygodnie przed świętami przyszła starsza pani, wyglądająca na siedemdziesiąt lat. Typowe szarości ubrania, które charakteryzują osoby w podeszłym wieku, malutkie oczy powiększane przez grube szkła okularów, alabastrowa skóra i czarne koronkowe rękawiczki. Podeszła do lady kasowej i drżącym, piskliwym głosem zapytała, czy mogę jej zaproponować, polecić książki o komunie, jakieś biografie osób publicznych tamtych czasów, konkretnie zaś aktorów, piosenkarzy. Podeszliśmy do regałów z biografiami i wśród „Stalinów”, „Pawlikowskich” i „Curtisów” znaleźliśmy sześć pozycji, które wzbudziły zainteresowanie. Były to biografie Połomskiego, Anny German i Poli Raksy, do tego trzy tomy z serii Słynne pary PRL-u. Każdy egzemplarz za dziesięć złotych, łącznie sześćdziesiąt. Udaliśmy się do kasy i taką kwotę zakomunikowałem.

– Oj, to mi się trafiło, tyle dobra za sześćdziesiąt złotych. Mam prośbę, czy może pan napisać w tych książkach dedykacje?

– Nie ma najmniejszego problemu – odpowiedziałem i wyszedłem zza lady. Zacząłem pisać.

– To Pola Raksa? To wtedy „Dla miłej, spokojnej, ładnej pani Basi”, bo pani Basia ładna jest, jak Pola Raksa.

– A od kogo? – zapytałem.

– Niech pan napisze, że od Świętego Mikołaja. A to Połomski? Połomski dla pana Zbyszka, „dla miłego, sumiennego i uczciwego pana Zbyszka”. Połomski dla pana Zbyszka, bo ma taki ładny głos, jak Połomski. I też, że od Świętego Mikołaja.

I było sześć książek, było też sześć dedykacji. Każdy obdarowywany był „miły, uprzejmy, ładny…”. W gruncie rzeczy to prawie każdy z ludzi, jeśli ich bliżej nie poznać, jest „miły, uprzejmy, ładny…”, takie bezpieczne i bezkonfliktowe określenie mało znanej osoby. To tak, jakby starsza pani chciała rozdać te książki przypadkowym ludziom na ulicy. Zastanawiało mnie, dlaczego robić prezenty dla „miłych, uprzejmych, ładnych…”, w moim mglistym przekonaniu wcale nie „bliskich”, a nie zrobić sobie samej jakiegoś prezentu?

– A może zainteresowałaby się pani tą biografią Kownackiej, tej od Plastusia? Warto podarować coś sobie samej, prawda? – powiedziałem. Nie spodziewałem się jednak odpowiedzi, którą usłyszałem z jej ust.

– Drogi panie, nie dla mnie takie prezenty, nie dla mnie. Kilkanaście lat temu poszłam do lekarza, żeby zbadał mi wzrok. Martwiłam się, ponieważ coraz gorzej widziałam. Lekarz wysłał mnie do specjalisty, a tamten oznajmił, że muszę oszczędzać wzrok, jakaś choroba, nie pamiętam już jaka.

Spytałam tylko czy mogę czytać książki? Powiedział, że w żadnym wypadku! Jeśli mam cokolwiek wiedzieć, to jedyną opcją jest tylko i wyłącznie niewymuszone spoglądanie, żadnego obciążania oczu, żadnego wysiłku. To był wyrok, bo kocham książki, kocham czytać. Pochodzę z przedwojennej rodziny nauczycieli, literatura była u nas od zawsze na pierwszym miejscu.

– I dlatego wszystkie z dedykacjami, tak? – odrobinę smutny zacząłem powoli rozumieć jej zakupy.

– Tak, tak. Ja już nawet nie mogę pisać, pisanie to też zmuszanie wzroku, niestety. Dlatego poprosiłam o napisanie tych kilku słów na każdej z nich. A wszystkie są dla osób, które mieszkają w mojej klatce. Rodziny nie mam, przynajmniej sąsiadów obdaruję. Nie wiem czy się ucieszą, ja ucieszę się bardzo, bo jeśli przeczytają choć kilka stron, to przecież przeczytają. Ja już nic w życiu nie przeczytam. Przynajmniej oni przeczytają, przynajmniej oni. Taki prezent dla nich i przy okazji dla mnie.

Po tym zwierzeniu starsza pani rozejrzała się wokół siebie i zauważyła torebki z Mikołajami. Zapytała, ile kosztują, kupiła sześć, zapakowała w nie wszystkie książki, pożegnała się i wyszła.

Wracałem po pracy do domu. Zastanawiałem się nad tym wydarzeniem. Moje myśli krążyły wokół pobudek, motywacji klientki. Przyglądałem się spotkaniom na klatce, kiedy pan Zbyszek, ten klatkowy Połomski, dostaje prezent od sąsiadki. Może pomyśli, że znowu się naprzykrza ta staruszka, jakieś głupoty mu daje. A może odwrotnie. Może będzie to jedyny prezent na święta dla pani Basi. Jeszcze inaczej? Możliwe, że moja klientka po prostu położy książki na wycieraczkach i nikt poza nią i mną nie będzie wiedzieć, kto dał te podarunki. Myśli mimowolnie zaczęły zbliżać się do innej opowieści. Przypomniałem sobie opowieść świąteczną z ostatnich scen filmu Dym. Zrządzenie losu prowadzi Auggiego do ślepej babci młodocianego złodziejaszka. To ogromne pragnienie opuszczonej starszej kobiety, żeby wreszcie odwiedził ją wnuczek, ten dobry wnuczek. Ta rola, której podejmuje się Auggie, rola, aby zrobić świąteczny prezent i stać się tymże wnukiem na tę krótką chwilę.

Łączyłem wszystko i splatałem. Czyż obie opowieści nie są do siebie podobne? Samotni ludzie pragną obecności w mikroświatach innych osób. Świąteczny czas, przynajmniej z założenia ma zbliżać nas wszystkich. Czy opowieść Auggiego była prawdziwa? A może to fikcja? Może moja opowieść też jest fikcją? Czy to jest ważne? Obie traktują o zwyczajnym życiu. Życiu, które przydarza się Auggiemu, mi oraz Tobie. I tylko od nas zależy, czy dostatecznie wnikliwie będziemy się temu życiu przyglądać i wyciągać odpowiednie wnioski.

Końcówka Dymu okraszona jest piękną pieśnią Toma Waitsa. Niech i tu wybrzmi.

Innocent when you dream

The bats are in the belfry                                          

the dew is on the moor

where are the arms that held me

and pledged her love before

and pledged her love before

Chorus:

It’s such a sad old feeling

the fields are soft and green

it’s memories that I’m stealing

but you’re innocent when you dream

when you dream

you’re innocent when you dream

Running through the graveyard

we laughed my friends and I

we swore we’d be together

until the day we died

until the day we died

Repeat chorus:

I made a golden promise

that we would never part

I gave my love a locket

and then I broke her heart

and then I broke her heart

Niewinna, kiedy śni

Na strychu nietoperze,

Okryty rosą wrzos.

I ktoś, kto kochał szczerze

I wierzył w dobry los,

I wierzył w dobry los.

Ognisko uczuć dawne

Wśród zeschniętych pól się tli.

Wspomniena własne kradnę,

Że niewinna jest kiedy śni,

Kiedy śni,

Niewinna jest kiedy śni,

Kiedy śni.

Biegaliśmy na cmentarz

I śmiali się do łez.

Złączyła nas przysięga

Być razem aż po kres,

Być razem aż po kres.

Ognisko uczuć dawne

Wśród zeschniętych pól się tli.

Wspomniena swoje kradnę,

Że niewinna jest kiedy śni,

Kiedy śni,

Niewinna jest kiedy śni,

Kiedy śni.

Na wszystko ją błagałem,

By miłość dała mi,

Lecz serce jej złamałem

Czy wybaczyła mi?

Czy wybaczyła mi?

Ognisko uczuć dawne

Wśród zeschniętych pól się tli.

Wspomniena swoje kradnę,

Że niewinna jest kiedy śni,

Kiedy śni,

Niewinna jest kiedy śni,

Kiedy śni.

KaOwiec

Poeta:
Proszę pana. Mam dla pana zasadniczą sprawę.

KaOwiec:
Słucham?

Poeta:
Proszę pana. W damskiej ubikacji napisane jest „GŁUPI KaOwiec”.

KaOwiec:

Jak? Jak? Jak?

Poeta:
W damskiej ubikacji napisane jest „GŁUPI KaOwiec”.

KaOwiec:
I pan to zauważył?

Poeta:
Tak proszę pana. Oto poszlaka.

KaOwiec:
No bardzo ładnie. Pan to trzyma. I bardzo dziękuje. Niech pan w dalszym ciągu trzyma oko i ucho na pulsie spraw… Niech pan ogólnie się orientuje co jak… W ogóle. Wie pan.

Poeta:
Dobrze.

KaOwiec:
Aaaa!

Poeta:
Co znowu?

KaOwiec:
A co pan robił w damskiej ubikacji?

Poeta:
Ja?

KaOwiec:
No przecież nie ja!

Poeta:
To jest schemat, proszę pana, gdy jest męska zajęta, wchodzę do pierwszej
wolnej.

KaOwiec:
Nie. Nie. Nie. Nie. Nie. Co pan robił w damskiej ubikacji?

Poeta:
A co się robi w ubikacji proszę pana?

KaOwiec:
Ale w damskiej. Co pan robił w damskiej ubikacji?

Poeta:
To samo robiłem co i w męskiej.

KaOwiec:
Kolego. Kolego. Pewnych spraw nie możemy przeginać. Niech pan o tym pamięta.

Poeta:
Proszę pana. Przeginać.

KaOwiec:
Nie. Nie.

Poeta:
Pan nigdy nie był w damskiej ubikacji?

* * *

Samochody, samochody w mojej głowie, bez przerwy ziuu, ziuu, ziuu. Stoję przykuty do kasy, mamroczę szóstą czy siódmą godzinę z rzędu standardy, regułki, zalecenia, duszno mi. Nie mogę po prostu powiedzieć: witaj, jak mija dzień, jakieś jedzonko dla pana/pani, może kawka, żeby postawić na nogi. Takie zwykłem, niezobowiązujące gadki, które rozerwą ten pancerz oficjalności lub pseudo luzactwa w stylu “do zobaczenia, szerokiej drogi”, bo przecież “w naszej firmie mówienie ‘do widzenia’ nie jest standardem. To klepię i ja wyssane z palca głupoty standardy, żeby się nie wychylać, bo przecież każdy może być Tajemniczym Klientem, dosłownie Każdy. Śmierć człowieka, początek biologicznej wersji androida, ziszczenie marzeń biotechnologów za sprawą idiotycznych mózgoburz działu marketingu i wiecznie nam panującego…

– Koleżanki, koledzy, dostałem sms z innej stacji, że jedzie do nas KaOwiec – powiedział przełożony. – Koszule w spodnie, standardy i promocje na maksa. I naturalny uśmiech na twarzy!

… i wiecznie nam panującego KaOwca. Zdruzgotanym, sponiewieranym psychicznie będę. A już myślałem, że dotrwam do tej dwunastej godziny bez takich niespodzianek! Nie chwal dnia, oj nie chwal!

Rzeczywistość gwałtownie zawirowała. DOTRWAJ zamieniło się na PRZETRWAJ. Tak więc PRZETRWAJ!

Zajechał. Rejestracja znana, logo firmy jest. To on! Pan cyklicznych występów i jednorazowych olśnień. Kwintesencja połączenia biur firmowych i szarej rzeczywistości stacji. Coś na kształt łącznika w wojsku. Albo “kabla” i megafonu w jednym.

Wysiadł. Gospodarskim okiem omiata połać placu przed stacją. Szybkie zerknięcie na trawniki. Każda chwila, każdy moment jest wykorzystywany do sprawdzenia standardów stacji. Nic nie umknie przed wzrokiem KaOwca.

Wszedł do budynku. Zamiast iść do biura udał się do ubikacji, by móc sikając przyjrzeć się czystości przybytku i skrupulatności w wypełnianiu tabelki z podpisami pracowników. Zauważa coś na kształt śladu fekaliów obok muszli, do tego jakaś brązowa plamka pod pisuarem. To nie może obejść się bez echa! Karta stacji ucierpi!

Wyjście z toalety męskiej. Wejście do toalety damskiej. Podpaska. Notatka. To nie może się obejść bez echa!

KaOwiec wychodzi z toalet i mówiąc w końcu “dzień dobry” personelowi podąża na zaplecze do biura. Tu przaśnie i rubasznie, na wesoło trzeba z menadżerem stacji, który kiedyś był kierownikiem. Przaśność i rubaszność może poskutkować łatwiejszemu wydobyciu informacji, które zdyskredytują pracę, obniżą punkty na karcie stacji.

Tym razem nic! Ale jest trochę gówienka i PODPASKA W DAMSKIEJ!

A teraz kochani sprzedawcy! I jak pomyślał, tak zrobił. Stolik dla klientów czas zająć. Posłuchamy jak pracują ci, którzy są naszą wizytówką, naszym orężem w walce o klienta!

– Hot doga, kawę proponuję.

– Nie, dziękuję.

– Karta na punkty?

– Nie, nie mam, dziękuję.

– Zbiera pan kupony?

– Nie, nie zbieram, zapłacić chcę tylko!

Dziesiąta godzina tego samego. Następny:

– Hot doga, kawę proponuję.

– Nie, dziękuję.

– Karta na punkty?

– Nie, nie mam, dziękuję.

– Zbiera pan kupony?

– Nie, nie zbieram, zapłacić chcę tylko!

Następny:

– Hot doga, kawę proponuję.

– Zapłacić chcę tylko!

KaOwiec siedzi przy stoliku dla klientów konsumujących i udaje, że ciężko wklepuje cyfry do excela. Ucho jednak jest czujne, przenosi każdą wibrację dźwięku do mózgu, gdzie każde wypowiadane na sali sprzedaży słowo poddawane jest głębokiej analizie. Rodzi się koncepcja, którą przy pierwszej nadarzającej się okazji przedstawi Weronice.

Nadeszła ta okazja.

– Pani Weroniko, mam kilka uwag do pani obsługi. Pani kontakt z klientem jest zbyt mechaniczny, taki automatyczny.

– Yhy (… a niby jaki ma być po dziewięciu godzinach stania i pieprzenia tych farmazonów!!!).

– Powinna pani, pani Weroniko, spróbować podejść do zagadnienia sprzedaży hot dogów na luzie, z inwencją, z zaangażowaniem i niewymuszonym uśmiechem. Przecież wiem, że pani to wszystko potrafi.

– Yhy (… inwencja, zaangażowanie, co za głupek, po prostu debil; ciekawe co zaproponuje …).

KaOwiec stanął przy kasie przed ladą z hot dogami i zaczęło się:

– A gdyby to zrobić tak: POLECAM HOT DOGA Z PRZEPYSZNĄ KIEŁBASKĄ WE WSPANIALE WYPIECZONEJ BUŁCE. ŻYCZY PAN SOBIE? DO TEGO PROPONUJĘ CAŁĄ GAMĘ PRZEPYSZNYCH SOSÓW, NA PRZYKŁAD KETCHUP Z TOSKAŃSKICH POMIDORÓW ALBO SALSĘ PRZYNOSZĄCĄ NA MYŚL SŁONECZNY MEKSYK!

Czyż nie można tego zrobić właśnie w taki sposób? Klient musi się poczuć wyjątkowo, musi czuć, że ma wybór i może zadecydować. Możliwość swobodnej decyzji jest czymś, co oszałamia potencjalnego klienta. Czyż nie tak, pani Weroniko?

– Hmmm (… już to widzę w praktyce, ile on tu jeszcze będzie siedzieć?!).

– Albo dajmy na to przykład kawy: PROPONUJĘ SZEROKI WACHLARZ PRODUKTÓW Z KAWIARKI. MOŻE PAN WYBRAĆ ESPRESSO DOPPIO ALBO CAFE LATTE. WSZYSTKIE KAWY MOŻNA URACZYĆ SYROPEM ORZECHOWYM BĄDŹ TOFFI. DO TEGO POSYPKA Z CZEKOLADY!

Widzi pani, pani Weroniko, czy widzi pani różnicę w mojej i pani prezentacji produktu? Istotnym elementem jest to, żeby WYKAZAĆ DODATKOWĄ KORZYŚĆ! Inaczej polegniecie podczas wizyty TAJEMNICZEGO KLIENTA! A przecież nie o to chodzi.Wszyscy pracujemy dla dobra naszej firmy!

– Okej, będę próbować – odpowiedziała Weronika.

Spokojną atmosferę nauki marketingu przerwało dwóch panów, którzy postanowili zakupić Rocznik:

– Rocznik poproszę. Pół literka, pani Weroniko kochana!

– POLECAM HOT DOGA Z PRZEPYSZNĄ KIEŁBASKĄ WE WSPANIALE WYPIECZONEJ BUŁCE. ŻYCZY PAN SOBIE? DO TEGO PROPONUJĘ CAŁĄ GAMĘ PRZEPYSZNYCH SOSÓW, NA PRZYKŁAD KETCHUP Z TOSKAŃSKICH POMIDORÓW ALBO SALSĘ PRZYNOSZĄCĄ NA MYŚL SŁONECZNY MEKSYK!

– Pani Weroniko, co jest? My tu Rocznik a pani nam tu takie gadki z hot dogami. Bez sensu. Może po drugim Roczniku nas najdzie ochota, hehe.

I tak próbowała pani Weronika z innymi stałymi bywalcami, póki KaOwiec siedział na sali. Płonęła ze wstydu, a Obszarowy zadowolony słuchał i płonął z zachwytu. Podczas drugiej wolnej chwili pani Weronika podeszła do KO i zapytała:

– I ja mam tak do wszystkich mówić? Do znajomych, do stałych klientów, może do brata też?

– Pani Weroniko, może pani nie mówić stałym klientom, bratu czy znajomym! Tylko niech oni panią zatrudnią! Na razie to my zatrudniamy i my PROPONUJEMY KAŻDEMU!

Aaa, i jeszcze jedno. Naszym standardem nie jest mówienie DO WIDZENIA. Naszym standardem jest mówienie DO ZOBACZENIA, SZEROKIEJ DROGI, MIŁEGO DNIA. W żadnym wypadku DO WIDZENIA czy DOBRANOC!

Standardy były, toalety były, teren zewnętrzny był, menadżer był. Czas podsumować wizytę. Pięćdziesiąt cztery minuty! Dobry czas! Karta stacji na siedemdziesiąt osiem procent, o punkt procentowy mniej od progu premiowego! Czyli dwa plusy, a nawet trzy! GPS śledzący czas przebywania na stacji w widełkach, menadżer po kieszeni, a KaOwiec premia!

Sukces, sukces za sukcesem!

Pojechał!

Stoimy na papierosie. Rozmowa.

– Nie chce mi się gadać …

– Pierdolony KaOwiec!

– Nawet do damskiej toalety wlezie! Ech, szkoda gadać …

– Gorzej niż w “Rejsie”! Tam przynajmniej był ŻYCZLIWY, który uprzejmie DONOSIŁ…

– A tu dwa w jednym…

– Szkoda gadać…

Kupa

Tym razem Cyganka:

– Jest tu tojlet?

– Niestety nie ma.

Wychodzi. Wchodzi młodsza, z dziesięć lat młodsza od poprzedniej, tak z kilkanaście lat, i pyta:

– Jest tu tojlet?

– Niestety nie – odpowiada koleżanka.

Młoda Cyganka wychodzi. Wchodzą dzieci i jeden ze starszych mężczyzn.

Zakupy, namolne kręcenie się, Tigery, Marlboro i heyah, heyah za 5, wszystko płacone osobno, paragony wylatują w rytm wyrzucanych drobniaków, wszystko szybko, i jeszcze za baniak benzyny, i jeszcze dwa Tigery, bo promocja. Kobiet nie ma, nie widać ich, po chwili wychodzą zza rogu i wsiadają do samochodu. Dzieci może coś ukradły, kupiły jednak najtańsze batoniki, mężczyzna wychodzi, za nim dzieci. Wsiadają do samochodu, odjeżdżają. Cisza, spokój, nie ma ich. Po części jednak zostali, w szczątkowej formie, ale z polotem, z ułańską wręcz fantazją.

Nic byśmy nie zauważyli, gdyby nie jawność tego, co zrobiły Cyganki. Nie wiem, może na złość, może z beznadziejnej sytuacji niemożności załatwienia swoich potrzeb. Podobno jedna zasłaniała drugą i ta druga wypróżniła klasycznych kształtów KUPĘ przy naszym magazynie.

Kupa leży, nikt jej nie rusza, muchy znalazły pożywienie. Wieczorem pojawia się jeden z ważniejszych Cyganów, całkiem sympatyczny człowiek. Obok mnie stoi Karolina, czuję w powietrzu awanturę o kupę, dosłownie i w przenośni.

– Wiesz, muszę ci coś pokazać – mówi Karolina do Cygana. – Chodź, chodź – z lekka podnosi głos i wskazuje palcem fekalia.

– Jak myślisz, kogo to kupsko?! – rozbrzmiewa podniesiony głos Karoliny. Zaczyna się, myślę.

– A skąd?! – odpowiada Cygan i robi jednocześnie minę zaszokowania i obrzydzenia.

– To gówno zostawiła jedna z waszych kobiet dziś po południu! Czy mógłbyś łaskawie przekazać reszcie, że jak będziecie srać w poniekąd wasze gniazdo, to na nowo wprowadzimy ulubione przez was embargo na zakupy na naszej stacji! – powiedziała i uśmiechnęła się szelmowsko.

– A jak ja mam to oficjalnie powiedzieć? Trzymamy się pewnych zasad, jak powiem to jak wrócę, to połowa mężczyzn będzie chciała mi uciąć kciuk, bo będzie myślała, że mówię o jego kobiecie! – rozłożył ręce i uśmiechnął się cierpko. – Nie da rady.

– W razie czego służymy monitoringiem, żebyś chociaż ty wiedział – odpowiedziała z pełną satysfakcją Karolina.

Zastanawiamy się czasami, jakimi kryteriami oni się posługują w swoim postępowaniu, że z jednej strony dają się lubić, a z drugiej doprowadzają nas wszystkich do pasji. Same sprzeczności.

Przypomina się pewna sytuacja, która miała miejsce w zimie rok czy dwa lata temu.

Tak więc zima, niedziela, wcześnie rano. Ktoś by powiedział: śnieg, pot i łzy. Niedziela to u Cyganów okres łowów przykościelnych, wspomniani starsi i młodsi z wielkim sercem oddają drobne.

I mamy samochód, kombi i dwóch Cyganów w środku. Podjechali i nie mają zamiaru wyłączyć silnika podczas tankowania. Tak więc włącza się nam, pracownikom stacji, dyscyplina, ordung.

– Proszę zgasić silnik, bez tego nie ma tankowania – powiedział Grzegorz otwierając lekko drzwi sklepu.

– Ale nie zapalimy – odpowiada grubszy z wąsem.

– No to trudno.

Zgasili silnik, zatankowali, zapłacili i nie pojechali. Dwóch mężczyzn nie dało rady popchnąć i nagle okazało się, że w samochodzie jest z dziesięć czy dwanaście kobiet i dzieci. Wszyscy jak na zawołanie wyskoczyli ze wszystkich drzwi i popchnęli. Samochód odpalił. I jak nagle się pojawili, tak znienacka zniknęli, znów było tylko dwóch mężczyzn. Fatamorgana w środku zimy? Uśmiech na naszych twarzach pozostał na bardzo długo.

To tak na śmiesznie, może tylko dla nas. Ze smutniejszych, tych bardziej gównianych sytuacji jest przykład. Cyganom potrzebne są baniaki na benzynę, tu i teraz, nie potrafią zadbać i zachować na dłużej jakichś sprawniejszych pojemników. Z rana znaleźli butlę, butla ta jednak nie pasowała więc schowali ją z powrotem do śmietnika. Po południu mała dziewczynka wzięła tę butlę, ale przy okazji, nie wiedzieć dlaczego, postanowiła wyrzucić na ziemię inne śmieci, które nic a nic nie przeszkadzały wyjęciu butli. Czasem zabawni i normalni, czasem tragiczni i śmieszni w swoim postępowaniu.

Wstęp wzbroniony

Pod koniec dnia na stację przyjechali Cyganie i jak zwykle po obsłużeniu każdy z nas poszedł do ubikacji umyć dłonie. Jest to zwyczaj, który pozwala nam zachować higienę po przeliczeniu klejącego się do palców bilonu. Bilon ten, rozgrzany do czerwoności, jest wynikiem litości, jaką obdarzają żebrzących Cyganów starsi ludzie. Gdyby tylko ci staruszkowie lub szczerze oddający się wierze ludzie zobaczyli, co kupują na naszej stacji ci potrzebujący! Ale to jest stacja, to jest inny poziom percepcji.

Zwykle jest benzyna w baniakach (do agregatu prądotwórczego) i Marlboro light w twardym opakowaniu (bo te w miękkim są niedobre, dodajmy że tańsze, ale cyganów stać na wiele; no i w ogóle najdroższe papierosy na stacji). Do zestawu często dołączane jest Heyah za pięć złotych i Tiger. Wspomniany napój energetyczny mógłby kosztować dwa razy więcej, i tak by kupili, takim zaufaniem darzą Dariusza Michalczewskiego. Znamy też wesela, święta i okresowe wyjazdy Cyganów do Rumunii lub Bułgarii. Wtedy pieniądze ze mszy już nie kleją się tak bardzo, ładne banknoty stuzłotowe wyjmowane są z plików na modłę bankierską, po sto egzemplarzy w pakiecie. Tankowania do pełna (ponad trzysta złotych za tankowanie), Red Label zamiast Johnny’ego Walkera (bo ten pierwszy napis jest większy), wagony Marlboro light, wykupują praktycznie połowę naszego stacyjnego sklepiku. Cygan potrafi zaszaleć.

I tak właśnie między ich świętem i naszymi różnymi świętami przywożą raz grube, raz drobne. Wspomnianym było, że drobne aż parzą, są gorące i klejące. Pewnego nudnego dnia, kiedy współczynnik Cyganów do reszty mieszkańców osiedla był zastraszająco wysoki (zapewne jakaś niedziela lub Zielone Świątki), odgadliśmy fenomen „gorącego drobniaka”, za który kupują w sumie najdroższe specjały. Chórem uznaliśmy – przechowują te klepaki w odbytach, a ich jakość zapachową i wizualną poprawiają prezerwatywy, w które pieniądze są opakowane. Komuś takie pisanie wyda się obrażaniem i sprzecznością z zasadami political correctness. Nic bardziej mylnego! Przykład? Któregoś dnia, wieczora lub nocy cygańska kobieta została zadźgana nożem przez jednego ze starszych Cyganów, ponieważ nie przyniosła odpowiedniej kwoty z żebrów. Tak więc wszystko jest możliwe.

I tak właśnie te namiętnie nawiedzające rzesze Cyganów podbijają sprzedaż na sklepie. Coś kupią za uczciwie zarobione pieniądze, przekazane im od czujących empatię starszych i młodszych, przeważnie biednych Polaków. Przy okazji jednak młodsi Cyganie lub małe dzieci próbują poczuć odrobinę adrenaliny i zagłębiają się w różne rejony sklepu, aby z namaszczeniem oddać się typowemu „szacher macher”, czyli ukraść odrobinę leżącego na półkach towaru. Wydaje się, że są instruowani przez dorosłych, że jak nie uda się im ukraść jakiegoś batona, to starsi im nie kupią, bo sami wolą Marlboro, Heyah lub Red Label, których ukraść się nie da, gdyż są za kasami. A lepią się te pieniądze, lepią.

Czasami przyjeżdżają do naszych Cyganów goście z „placówek” rozmieszczonych w innych krajach, ze Szwecji, Niemiec, Wielkiej Brytanii. Są elitą w porównaniu z kościelnymi dziadami z Polski. Jeden z takich „bogaczy” poczuł się na tyle światowy i uznał, że należy mu się toilet, bo kupił kawę. Znak rozpoznawczy: koszulka YSL, dżinsy Lewisa i buty Diesla. Światowiec przez wielkie Ś. Bez połowy zębów.

– Jest tu toilet? – zapytał.

– Nie ma toilet, nasza stacja nie ma żadnych toiletów – odpowiedziałem.

Nie zważając na to, że nie ma oficjalnej toilet, postanowił sprawdzić, co jest za drzwiami z napisem WSTĘP WZBRONIONY. Zaszedł więc do naszej prywatnej, pracowniczej toilet.

– Gdzie on jest? – pytam się koleżanki.

– Nie wiem – odpowiada.

– Jest kawa a jego nie ma?! Co za pierdolony przypadek! – odpowiedziałem.

Poszedłem do naszej toilet i walnąłem kilka razy pięścią w drzwi.

– Wypierdalaj stamtąd!!!

– Ale o so choci? – odpowiedział.

– Nie kurwa jakieś „o so choci” tylko kurwa wypierdalaj, rozumiesz?!

– Jusz, jusz.

Wyszedł. Podciągał gatki, obsrał muszlę.

– U nas kurwa nie ma toilet, rozumiesz kurwa mać!

– Ale o so choci?

– O gówno!!! Wypierdalaj stąd!!!

Jakiś czas później ten „światowiec” postanowił zrobić „napad” na naszą stację. Z pomocą miejscowych kolegów nasrał na własne gniazdo, ukradli dwa czteropaki Red Bulla i przez dwa tygodnie nie mieli możliwości robić żadnych zakupów na stacji, typowe embargo za karę. Po dwóch tygodniach oddali lepkie pieniądze za ukradzione rzeczy.

Niektóre drobniaki się nie lepią. Mieliśmy przypadek – z samego rana, późną jesienią, przyjechali i wysłali jednego młodszego na stację, żeby zakupił Heyah i Tigera za pieniądze wyżarte przez wodę z fontann. Turyści latem wrzucają pieniążek na szczęście, a Cygan w ziąbie jesiennych dni wyławia je z trójmiejskich sadzawek. I liczy się te drobniaki, grunt że się nie lepią. Niech będzie, że na szczęście.