Indianie i Ameryka

– ochrona przyrody w Stanach…

– legalizacja marihuany w Meksyku, Argentynie, Urugwaju

– Bolsanoro i wypowiedź Pedra

– film „Masakra na stadionie“

– papież Franciszek (film)

Urugwaj

Netflix ma w swojej ofercie film Emira Kustoricy pt. El Pepe. To opowieść snuta przez Kustoricę i José Mujicę, słynnego El Pepe, gdzie współczesny Urugwaj przeplata się z tym, co

Żart i bezpośredniość wypowiedzi Mujicy najlepiej obrazuje spotkanie z Barrackiem Obamą. Oficjalne ujęcie kamery dla mediów nie wychwyca tego, co tak naprawdę dzieje się podczas tej wizyty. Prezydent malutkiego kraju Ameryki Południowej wypowiada się bardzo kwieciście o stosunkach urugwajsko-amerykańskich. W pewnym momencie pada kwestia:

– W dzisiejszych czasach trzeba znać angielski. Nie da się inaczej. Będziecie musieli stać się dwujęzyczni. Nie ma innego wyjścia. Bo siła Latynosek jest godna podziwu. Zapełnią ten kontynent ludźmi mówiącymi po hiszpańsku i portugalsku.

W ujęciu oficjalnym Obama potakuje głową ze zrozumieniem. Można by rzec, że pochyla się nad problemem. Siedzi bokiem i nie widać dokładnie mimiki twarzy. Przez chwilę pokazane jest ujęcie jego twarzy z innej kamery, która nie kręciła oficjalnego materiału. Na twarzy prezydenta USA widać spłoszenie spowodowane wypowiedzią El Pepe.

Żadnej etykiety dyplomatyczne, tylko kawa na ławę! Zdominujemy was za sprawą naszych pięknych Latynosek i będziecie musieli nauczyć się hiszpańskiego i portugalskiego. Po prostu nie macie wyjścia!

Poprzez tę wypowiedź nikogo nie obraził, no może pojedyncze osoby o skrajnych poglądach feministycznych. W sumie etykieta dyplomatyczna nie doznała uszczerbku. Tylko żarty można odczytywać jak torę, na różnych poziomach. A ujęcie z drugiej kamery twarzy Obamy świadczy, że nie do końca to był żart.

Stany Zjednoczone

Od wielu lat Stany Zjednoczone przyglądają się eksperymentowi pod roboczą nazwą „Ameryka Łacińska“. Czasem zainteresowanie USA widać luźniej za pomocą zastrzyków finansowych. Czasami jednak rozprawiają się bezpardonowo za sprawą przewrotów, junt wojskowych i rządów dyktatorskich.

Bycie nadzorcą „niewolników“ zaczęło wymykać się USA spod kontroli w momencie, którego inicjacja i początkowy proces nic z nie znamionował. Stany Zjednoczone trzymały w XX wieku przysłowiową „łapę“ na wenezuelskiej i meksykańskiej ropie. Kuba, jak to Kuba, po kryzysie nuklearnym pozostało tylko zakręcać Stanom kurki do wszystkiego. No i były dziwne kraje jak Kolumbia czy Meksyk, w których na podobnych zasadach do junt i dyktatorów część władzy była w rękach karteli narkotykowych.

Eksperyment z dostawcami narkotyków dla Amerykanów z północy dawał „pozytywne“ efekty – po prostu kasa lała się strumieniem, amerykański rząd był po Nixonie „twardym dilerem“ z własnym systemem nagród i kar pod swoją kuratelą. Narkotykowi bossowie z dalekiego Południa byli na każde wezwanie. Wcale nie musieli oficjalnie współpracować z USA. Wystarczyło, żeby odrobinę zmienić jakiekolwiek prawo, aby wymóc „krwawe akty terroru“ na kolumbijskiej mafii. Wszystko jak w teatrze lalek. Do tego w Stanach prohibicja narkotykowa i surowe prawo spowodowały wzrost zatrzymań za posiadanie i używanie, co doprowadziło do rozrostu systemu więziennictwa. I żaden polityk z Waszyngtonu nie zaprzeczy, że więziennictwo to intratny interes warty ogromne pieniądze, bo często amerykańskie wiezienia są zarazem przechowalnią darmowej siły roboczej. W czym tak naprawdę niczym to się nie różni od chińskiego systemu penitencjarnego.

Wszystko kręciło się do czasu, kiedy zauważono, że opioidowej fali nie udało i nie da się zatrzymać w żaden sposób. Do tego kotła dorzucono dodatkowo bogatszą część społeczeństwa, uzależnioną od kokainy, a palenie i posiadanie marihuany wiązało się ściśle z przysłowiem „na dwoje babka wróżyła“. Ci, którzy nie interesują się polityką, może nie pamiętają, że tekst Kazika Staszewskiego „Bill Clinton palił trawę, ale się nie zaciągał“ nie wziął się znikąd. Przyszła więc pora na luzowanie prawa – tak postanowili amerykańscy politycy wraz z ONZ i WHO. Ledwo Kalifornia spróbowała legalnej trawy, stało się coś, co „nowoczesne“ amerykańskie społeczeństwo zaskoczyło, możliwe że polityków też.

Kanada

Kanada zalegalizowała marihuanę w całym kraju. Duże tąpnięcie w sytuacji, kiedy dwa państwa Ameryki Północnej, które łączy wszystko, co związane z zachodnim podejściem do wszystkiego. Co prawda Kanada w wielu przypadkach pokazywana jest w USA jako oaza odosobnienia dla skazańców, dłużników czy osób nie przystających do zbiorowego marzenia o złotym śnie Amerykanów. A że jest trochę podobnie jak w Stanach, to już duży komfort w porównaniu z Meksykiem, który dziki jest jak z filmów Tarantino.

Kanada legalizacją zaprzeczyła wszystkiemu, co w Stanach ukonstytuowało się oficjalnie jako złe. W najłagodniejszej wersji karkołomne tłumaczenia Billa Clintona, który “palił trawę, ale się nie zaciągał”. W najgorszym scenariuszu czekało więzienie albo kulka na ulicy. Kanada postanowiła nie trwać w tym status quo z czasów politycznej reakcji na rewolucję kulturalną lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych XX wieku. Rezonujące na cały region oszustwo Nixona zostało ujawnione.

Liberalizm kanadyjski nabrał świeżości po decyzji w sprawie marihuany. W międzyczasie wybiło na powierzchnię szambo ukrywanej przez lata kroczącej latami i systemowo zaplanowanej eksterminacji Indian. Niemcy dopiero wobec stanięcia pod murem przyznały się do holokaustu, choć do dziś trwa przełykanie problemu przez wszystkich uczestników II wojny światowej. To Wielka Brytania stworzyła pierwsze obozy koncentracyjne dla mieszkańców Południowej Afryki – nikt się nie pchał z przeprosinami. Szwedzi skrywali gdzieś na dnie swojego zbiorowego sumienia wymyślone przez ich dziadów i pradziadów opaski jako system znakowania Żydów – dopiero w ostatnim dwudziestoleciu coś drgnęło z sumieniem. Stany Zjednoczone rozpoczęły zabawy z komorami gazowymi – mało że nie przeprosili, to pewnie uznali ten wynalazek za dobry towar eksportowy.

A Kanadyjczycy zauważyli, że się wylało, więc należy pochylić głowy i rozpocząć wyjaśniać niewyjaśnione. Przez lata wszystko było traktowane na zasadzie “wiejskiej plotki”. Dziwnym trafem (a może wcale nie dziwnym) mordy na Indianach dostały się do publicznej debaty m.in. za sprawą książki 27 śmierci Toby’ego Obeda Joanny Gierak-Onoszko. Na moment cała dyskusja przeniosła się nawet do Polski w związku z licznymi próbami przeprowadzenia wywiadów dla mediów kanadyjskich. Może właśnie dlatego nie był to dziwny traf, że rodaczka Karola Wojtyły stała się po częsci katalizatorem procesu rozgrzeszenia.

Cała maszyna ruszyła, Jan Paweł II w zakrwawionych rączkach małych dzieci, pod pomnikiem tysiące pluszaków jako indiański gest rozpaczy i smutku nad zamordowanymi w internatach. Troudeau może nie rozpacza, ale przyjmuje wszystko na siebie w imieniu narodu. Gorzej już nie będzie, przynajmniej po tej stronie granicy. Prędzej czy później podobne katharsis spotka Stany Zjednoczone i oby nie miało być tak samo, jak w przypadku BLM, czy innych konfliktów rasowych w Stanach – zawsze lała się krew. Za tak skrajną biegunowość rozwiązania problemu u dwóch sąsiadów wcale nie odpowiada sentyment do któregoś z tych krajów. Po prostu Amerykanie (biali w szczególności) są jak gracze w footballa w uniwersyteckiej lidze. Każdy walczy do utraty tchu, nie mogąc się zatrzymać, nie są w stanie choć chwilę pomyśleć, dokąd biegną. Reszta w rękach mediów, wpychających informacje, które zawisną gdzieś na tablicy korkowej w mózgu – tak postępuj, tych możesz lubić, tamtych nie, tego zabij, tego nie.

Oczywiście to uogólnienie i może nawet odrobinę niesprawiedliwe, ale kalkulacja jest prosta: Amerykanie są tak podzieleni między sobą, że małym problemem będą Indianie przy próbie pogodzenia McDonalda z Burger Kingiem, Coca Coli z Pepsi Colą, demokratów z republikanami itp., itd. Wszystko żeby bez niedomówień określić swoje stanowisko: przepraszamy czy nie, strzelamy czy nie, przyznajemy się do tego, że nie jesteśmy najważniejsi na świecie czy znowu robimy szopkę z CIA, FBI, DEA czy innymi świństwami? Tylko czy oby na pewno jedynym wyjściem z sytuacji będzie zakopanie tematu następnymi trupami, hakami lub innymi formami perswazji i przymusu.

Temat Indian był tematem tabu, temat narkotyków również. Temat wiary również. Patriarchat także. Teraz wszystko zaczyna się sypać. Misterne symulacje rodem z filmu Truman Show nie spełniają swojego zadania. Społeczeństwo przestało kupować ten tani film na kredyt. Zhardziało 1968, lata ’80 to już punk rock, Raegan i Tatcher, a po latach na dokładkę Donald Trump. Z pewnością oglądał wszystkie relacje z pogranicza amerykańsko-meksykańskiego za pośrednictwem filmów poważnych, ale mimo wszystko hoolywoodzkich. Tak samo jak o narkotykach i ich produkcji wie zapewne więcej z Breaking Bad niż z raportów DEA.

Meksyk i Brazylia

Tak, tak! Tarantino i Rodriguez ostrzegają, nie wkraczaj do Meksyku bez maczety albo dobrego karabinu. Doniesienia w mediach zdają się potwierdzać wizje reżyserów. Trump buduje mur graniczny oddzielający południowego sąsiada. W tym samym czasie mafia buduje profesjonalne tunele z kolejką górniczą do przemytu narkotyków. Najdłuższy sięgał przedmieść San Diego. Tarantino nie zdążył wymyślić takiego scenariusza, życie przerosło fikcję.

Meksyk był i w pewnej mierze nadal jest hurtownią, gdzie zgromadzone jest “całe zło” i w zależności od koniunktury czasami płynie do Stanów strumyk, czasami jednak rwący potok marihuany, kokainy i innych używek. Ale w momencie kryzysu związanego z pandemią w Meksyku jedną z pierwszych osób, które zainteresowały się problemem i próbowały go rozwiązać, nie były oficjalne władze tylko córka El Chapo wraz z kartelami zajęła się pomocą. Podobny przypadek miał miejsce w Brazylii, gdzie władające slumsami osławione fawele pierwsze wprowadziły pomoc i namiastkę kwarantanny na swoich terenach. Jak w tych dwóch przypadkach można bronić oficjalnych władz, szczególnie prezydenta Bolsonaro, który ciągnie na dno wszystko, co w Brazylii ma jeszcze pozytywny wydźwięk. W przypadku Meksyku nie jest aż tak źle, a dodatkowym światełkiem nadziei może być pozornie drobny szczegół w postaci zmiany warty na cokole pomnika Kolumba. Jak zapowiedź czegoś, co bardzo możliwe nastąpi, Kolumb schodzi z piedestału na rzecz kobiety z plemienia Olmeków. Wiadomo, że każde tąpnięcie w stabilizacji, każda rewolucja, każda wielka przemiana, zazwyczaj zaczyna się lub współtowarzyszy obalaniu pomników lub zastępowaniu głównego bohatera na cokole.

Wracając jeszcze na chwilę do Brazylii i polityki Bolsonaro przypomina mi się rozmowa ze znajomym Portugalczykiem, którego zapytałem o Bolsanaro i ogólniej, o spojrzenie Portugalczyków na swoją byłą kolonię, której pozostałości tkwią w języku i wielu innych aspektach życia? Odpowiedział

Kolumbia

Jeszcze o Urugwaju słów kilka

Wspominany Urugwaj dawno miał już to za sobą, uznając legalizację marihuany za najlepszy pomysł w walce z mafią a pośrednio też i z Waszyngtonem. Później taką decyzję podjęto w Argentynie, następnie w Meksyku. Można tylko domniemywać, że jest to próba odparcia przez te państwa machinacji przy narkotykach/używkach, których dopuszczali się i cały czas dopuszczają amerykańscy politycy z kolejnymi prezydentami na czele. Jeśli to prawda, to państwom regionu, które się zdecydowały się na taki krok, wypada pogratulować długofalowego spojrzenia na politykę zagraniczną obu Ameryk.

Kuba

I aż się ciśnie na usta myśl o Kubie, która mogłaby, tak samo jak Stany Zjednoczone w Afganistanie, mieć zamiast jednego elementu eksportu kontrowersyjnego, czyli cygar, dwa albo nawet i trzy. Przy sprzyjających wiatrach popytu na różnorakie wersje marihuany Kuba mogłaby być jednym z najważniejszych dostawców każdego rodzaju cannabis. A jeśli Kuba chciałaby pokusić się o zagranie typowe dla USA, to chyba najlepszym modelem byłyby plantacje koki.

W tym przypadku mała wyspa obok Florydy mogłaby wpływać “podskórnie” na sytuację w regionie: sytuacja idealna – marihuana na sprzedaż, biznes się kręci. Gorzej, jeśli USA postanowią coś majstrować. Wtedy Kuba blokuje dostawy kokainy na Wall Street. Białe kołnierzyki proszą o łagodne rozwiązanie sytuacji, bo bez koki nie da się pchać giełdy i całego rynku jako takiego.

Oczywiście są to tylko sytuacje wyimaginowane, choć kusząca może się wydawać wizja, że to nie WTC czy bomba atomowa stanowić może zagrożenie dla państwowości USA. Wystarczyłoby przejąć rynek narkotyków, by móc go później destabilizować i wpływać na wydarzenia.

Argentyna i Watykan

Wracając ponownie do filmów, warto obejrzeć film pt. Masakra na stadionie. Dla osób, które słabo orientują się w amerykańskiej polityce regionalnej, może to być doskonała lekcja geopolityki.

Tak, jak w wielu przypowieściach o „Dawidach i Goliatach“, tak i w tym przypadku doszło do odwrócenia ról. Faworyt, mając w dłoni wszystkie atutowe karty, nie spodziewał się, że tworząc narkotykowe plantacje i kanały przerzutu, doprowadzi do powolnego upadku na Południu i do uzależnienia znacznej części własnego społeczeństwa, od Bronxu po Wall Street. Spoglądając na całość w tym ujęciu może rzeczywiście mina Obamy podczas rozmowy z Mujicą wcale nie jest zaskakująca. Jako władcy wszechświata Stany działają pod wpływem pychy i nie rozumieją nawet swoich hoolywoodzkich produkcji, gdzie czarno na białym bite jest ludziom do głów, żeby zachowywali jakikolwiek kręgosłup moralny. I jako pyszni zwycięzcy wszelkich wojen idą powoli na dno własnych słabości. Tak samo było z Rzymem, Napoleonem czy Hitlerem.

Jak to będzie z tym końcem świata?

Jak to będzie z tym końcem świata?

Ostatnimi czasy wszyscy dookoła „trąbią“ o końcu świata. Przy czy samo określenie „trąbią“ jest dość bliskie pewnej wypowiedzi objętej domeną publiczną:

A gdy otworzył pieczęć siódmą, zapanowała w niebie cisza jakby na pół godziny. I ujrzałem siedmiu aniołów, którzy stoją przed Bogiem, a dano im siedem trąb. I przyszedł inny anioł, i stanął przy ołtarzu, mając złote naczynie na żar, i dano mu wiele kadzideł, aby dał je w ofierze jako modlitwy wszystkich świętych, na złoty ołtarz, który jest przed tronem. I wzniósł się dym kadzideł, jako modlitwy świętych, z ręki anioła przed Bogiem. Anioł zaś wziął naczynie na żar, napełnił je ogniem z ołtarza i zrzucił na ziemię, a nastąpiły gromy, głosy, błyskawice, trzęsienie ziemi. A siedmiu aniołów, mających siedem trąb, przygotowało się, aby zatrąbić. I pierwszy zatrąbił. A powstał grad i ogień – pomieszane z krwią, i spadły na ziemię. A spłonęła trzecia część ziemi i spłonęła trzecia część drzew, i spłonęła wszystka trawa zielona.

Pierwszy anioł – destrukcja fizyczna świata

O czym tu „trąbić“ w naszych czasach. Albo „trąbić“ na nasze czasy. Może jedno i drugie po trosze?

Moja niezapomniana babcia była jak była, ale będąc człowiekiem głębokiej wiary i wychowana na wsi, dość ciekawie odnosiła się do wszelkich katastrof klimatycznych. Zawsze wspominała, że to idzie koniec świata powoli. To było i jest u innych starszych osób takie najprostrze wyjaśnienie patologii w każdym aspekcie życia na Ziemi. Babcia w przeciwieństwie do dewotów kościelnych, nie ukrywała się za murami kościołów, żeby robić dobre wrażenie na kolędach. Sama była murem dla siebie. Sama stworzyła Kościół we wnętrzu swego umysłu.

Ja odrobinę przymykałem oko na katastrofy i wiarę babci. Przez całą komunę każda katastrofa była przekładana informacjami o próbach jądrowych wszelkiej maści. Wysyp doniesień z kraju i świata po 1989 roku był jak porażenie. Ludzie mieszkający w Polsce nie mogli tej masy przyswoić, przeanalizować i ugruntować jakąkolwiek opinię. Babcia chłonęła wieści i śmiała się albo mówła ojojoj. Zwracała jednak szczególną uwagę na informacje o kataklizmach, jakby jej szyszynka była wyczulona na sprawy ostateczne i co te sprawy znamionuje. Trzęsienie ziemi – babcia chłonie bardziej, prezydent – ojojoj albo śmiech, wylał wulkan – chłonie i analizuje, parlament – śmiech, głodne dzieci w Afryce – chłonie i analizuje, wylała Wisła – chłonie i analizuje. Nie słuchała Rydzyka w radio czy księdza w kościele. Miała jednak tę mądrość głupią, która po czterech klasach szkoły powszechnej i ciągłej obserwacji rzeczywistości dawała jej ogromną przewagę nad innymi. Dostrzegała niuanse, drobne zmiany przed blokiem, które wystarczały jej bardziej niż wszelkie wiadomości z kraju i ze świata. Była w stanie znaleźć rozwiązanie w problemie padających roślin wokół bloku, zdawała sobie sprawę z betonozy miejskich przestrzeni. Teraz każdy jest mądry, każdy wie, jak postępować z plastikiem czy innymi śmieciami. Po 1989 roku nie było jednak żadnych wytycznych, cywilizacyjna samowolka. A Stanisława z godną podziwu wytrwałością wszystkie plastiki myła i używała powtórnie, narzekając że jej, starej babie ciągle wciskają ten plastik, a ona wcale go nie chce i musi przechodzić piekło na Ziemi, bo nigdy nie wyrzuci plastiku do śmieci. Wszyscy słyszeli, że Niemcy mają przeraźliwie zaawansowany system segregacji śmieci. U nas zaś minęło kilkanaście lat, żeby ktokolwiek zaczął się tym przejmować. A babcia była nieugięta, nie wyrzucała plastików, kupowała na hali jedzenie i nie przynosiła czerwonej plastikowej imitacji wosku jako opakowanie żółtego sera.

śmiałem się z tej plasticzanej paranoi, każdy śmiał się z takich dziwnych staruszków. Teraz w wielu takich dziwactwach widzę dużą troskę o wszystko i już nie śmieję się z babci, że nie pozwalała mi wyrzucać kipów w plastikowym woreczku tylko kazała zawijać w papierowe reklamówki marketów.

Odrobinę sie rozpisałem o mojej babci, a gdzie jej do tych trąb, które są głównym tematem. Niech łącznikiem będzie to, że starzy

I drugi anioł zatrąbił: i jakby wielka góra płonąca ogniem została w morze rzucona, a trzecia część morza stała się krwią i wyginęła w morzu trzecia część stworzeń – te, które mają dusze – i trzecia część okrętów uległa zniszczeniu.

Drugi anioł – globalne ocieplenie

Czytałem ostatnio wywiad z Dalajlamą na temat sytuacji związanej z covidem oraz wszystkimi sprawami katastrofy klimatycznej. Na pytanie o kondycję ludzkiej cywilizacji, czy kiedykolwiek ludzie jako gatunek zwierzęcia się opamiętają, Dajlajlama bodaj zaczął się śmiać i powiadomił współrozmówcę o jednej tylko wersji wydarzeń. Tylko jedna sytuacja zmobilizowałaby ludzi do obrony Ziemi przed zniszczeniem – jeśli okazałoby się, że jednak na Marsie znajduje się cywilizacja. To jednak nie koniec – ta marsjańska cywilizacja byłaby bardziej zaawansowana technologicznie i zarazem agresywnie nastawiona do ludzi. Tylko wtedy wszyscy ludzie na Ziemi zjednoczyliby się przeciwko wspónemu wrogowi. W żadnym innym wypadku.

Możliwe, że Dalajlama widział film Tima Burtona Marsjanie atakują (1996), człowiek uśmiecha się z niedowierzaniem na samą myśl, że to co Burton przedstawił jako żartobliwą ironię na Amerykę, Dalajlama przekłada na współczesność roku 2020-2021. Uzmysławia, że to wcale nie był żart.

Tylko jak ugryźć ten temat, temat zmian na naszym globusie, kiedy zatrąbiła zwiasująca globalny kataklizm trąba? Nie mamy jako ludzkość zewnętrznego wroga z Marsa. Nic i Nikt z zewnątrz nie zatruwa naszych rzek, jezior, mórz i oceanów, Nic i Nikt nie wycina lasów do gołej ziemi, Nic i Nikt z zewnątrz nie tworzy powodzi, spalin, smogu, promieniowania radioaktywnego, raka płuc, depresji. To my jako ludzkość stworzyliśmy na Ziemi pierwsze piekło. Sami, przez wiele lat nieświadomi a później z premedytacją wyrządziliśmy niepoliczalne krzywdy lub straty dla życia na Ziemi.

I teraz co z tym zrobić? Przecież taka sytuacja oznacza, że trzeba wybrać wroga wśród ludzi lub w czynach części ludzi upatrywać znamion zbrodni z premedytacją. Tak wielu nie jest w stanie spojrzeć na florę z szacunkiem. Lepiej nam idzie z fauną, bo im wyższe w rozwoju zwierzęta, tym bardziej zbiera się nam na płacz widząc, że dwoje oczu w czaszce i cierpią. Ale wszystko jest względne – martwimy się pieskami zabijanymi w dalekiej Azji, a z rozkoszą myślimy o zjedzeniu zalaminowanego prosiątka „W CAŁOśCI“ w markecie, z kodem kreskowym na gładkim tyłeczku vel szynce, ba, szyneczce. Nawet osławieni Marsjanie i E.T. wypadałoby, by mieli parę oczu, uszu, ogólnie jakąś głowę, bo tylko taki głupiec jak Lem mógł wykoncypować, że da się ogarnąć oceanu jako jednego organizmu! Przecież to oczywista porażka! Gdzie oczy, uszy, głowa, korpus jakiś, żebyśmy jako ludzkość pochylili się nad tematem, jak nad jakimś pieskiem z Syczuanu.

I można powiedzieć, że tu leży pies pogrzebany! Nawet nie możemy jako jedynie właściwie panujący gatunek podjąć decyzji w sprawie psów, palstikowych wysp na oceanie, prosiąt w laminacie. Ogarnia nas w tych sprawach paraliż decyzyjny. I dobrze! Niech nam drży sumienie! Ale wracając do trąb, jak jako ludzie ludziom mamy dokonywać trwałych korekt. Jak mamy powiadomić wszystkich, którzy w rytm postępu geometrycznego będą wydobywać ropę, że od jutra nie będą mogli tak czynić? Ekoterroryzm! Każdy w tym momencie przypomina sobie nazizm i faszyzm i pułapkę interpretacji Nietzschego, Wagnera, Kierkegaarda czy Goethego. Szczerze wierzę, że każdego da się zaprzęgnąć do chorych planów, ale gdy widzi się takie nazwiska, to nie należy popadać w rozpacz, że się zaprzedali idei. Nie nie, nikt z nich nie żył w momencie błędnej interpetacji ich słów. A nawet, gdyby żyli, to przeszliby przez piekło wojny równie czysto moralnie jak Hermann Hesse. To moja jedyna wiara – człowiek osiąga pewien etap rozwoju, po osiągnięciu którego nie da się już powrócić do

I trzeci anioł zatrąbił: i spadła z nieba wielka gwiazda, płonąca jak pochodnia, a spadła na trzecią część rzek i na źródła wód. A imię gwiazdy zowie się Piołun. I trzecia część wód stała się piołunem, i wielu ludzi pomarło od wód, bo stały się gorzkie.

Trzeci anioł – używki i narkotyki


I czwarty anioł zatrąbił: i została rażona trzecia część słońca i trzecia część księżyca, i trzecia część gwiazd, tak iż zaćmiła się trzecia ich część i dzień nie jaśniał w trzeciej swej części, i noc – podobnie. I ujrzałem, a usłyszałem jednego orła lecącego przez środek nieba, mówiącego donośnym głosem: Biada, biada, biada mieszkańcom ziemi wskutek pozostałych głosów trąb trzech aniołów, którzy mają [jeszcze] trąbić!

Czwarty anioł – pomieszanie myśli, idei, destrukcja psychiczna

I piąty anioł zatrąbił: i ujrzałem gwiazdę, która z nieba spadła na ziemię, i dano jej klucz od studni Czeluści. I otworzyła studnię Czeluści, a dym się uniósł ze studni jak dym z wielkiego pieca, i od dymu studni zaćmiło się słońce i powietrze. A z dymu wyszła szarańcza na ziemię, i dano jej moc, jaką mają ziemskie skorpiony. I powiedziano jej, by nie czyniła szkody trawie na ziemi ani żadnej zieleni, ani żadnemu drzewu, lecz tylko ludziom, którzy nie mają pieczęci Boga na czołach. I dano jej nakaz, by ich nie zabijała, lecz aby pięć miesięcy cierpieli katusze. A katusze przez nią zadane są jak zadane przez skorpiona, kiedy ugodzi człowieka. I w owe dni ludzie szukać będą śmierci, ale jej nie znajdą, i będą chcieli umrzeć, ale śmierć od nich ucieknie. A wygląd szarańczy: podobne do koni uszykowanych do boju, na głowach ich jakby wieńce podobne do złota, oblicza ich jakby oblicza ludzi, i miały włosy jakby włosy kobiet, a zęby ich były jakby zęby lwów, i przody tułowi miały jakby pancerze żelazne, a łoskot ich skrzydeł jak łoskot wielokonnych wozów, pędzących do boju. I mają ogony podobne do skorpionowych oraz żądła; a w ich ogonach jest ich moc szkodzenia ludziom przez pięć miesięcy. Mają nad sobą króla – anioła Czeluści; imię jego po hebrajsku: Abaddon, a w greckim języku ma imię Apollyon. Minęło pierwsze „biada”: oto jeszcze dwa „biada” potem nadchodzą.

Piąty anioł – szarańcza z Abaddonem/Apollyonem – ci, którzy mówią czynem swoją prawdę trzymając wagę i miecz – schizofrenicy, anarchiści, metalowcy, wyrzutki społeczeństwa, bezdomni. Wszyscy, którzy przeszli drogę i są w stanie rozeznać się w prawdzie i fałszu. Jak z Chrystusa miasta Tuwima.

I szósty anioł zatrąbił: i usłyszałem jeden głos od czterech rogów złotego ołtarza, który jest przed Bogiem, mówiący do szóstego anioła, który miał trąbę: Uwolnij czterech aniołów, związanych nad wielką rzeką, Eufratem! I zostali uwolnieni czterej aniołowie, gotowi na godzinę, dzień, miesiąc i rok, by pozabijać trzecią część ludzi. A liczba wojsk – konnicy: dwie miriady miriad – posłyszałem ich liczbę. I tak ujrzałem w widzeniu konie i tych, co na nich siedzieli, mających pancerze barwy ognia, hiacyntu i siarki. A głowy koni jak głowy lwów, a z pysków ich wychodzi ogień, dym i siarka. Od tych trzech plag została zabita trzecia część ludzi, od ognia, dymu i siarki, wychodzących z ich pysków. Moc bowiem koni jest w ich pyskach i w ich ogonach, bo ich ogony – podobne do węży: mają głowy i nimi czynią szkodę. A pozostali ludzie, nie zabici przez te plagi, nie odwrócili się od dzieł swoich rąk, tak by nie wielbić demonów ani bożków złotych, srebrnych, spiżowych, kamiennych, drewnianych, które nie mogą ni widzieć, ni słyszeć, ni chodzić, ani się nie odwrócili od swoich zabójstw, swych czarów, swego nierządu i swych kradzieży.

Anioł szósty – zwiastowanie rozwiązania czterech aniołów – Gabriela (zwiastowania, zmartwychwstania, miłosierdzia, kary, śmierci i objawienia), Israfila/Rafael (ratuje ostatnich, którzy zrozumieją – Bóg uzdrawia), Michała (ratuje ważąc – miecz i waga) i Azraila (nic już nie pomoże – anioł śmierci).

I siódmy anioł zatrąbił. A w niebie powstały donośne głosy mówiące: Nastało nad światem królowanie Pana naszego i Jego Pomazańca i będzie królować na wieki wieków! A dwudziestu czterech Starców, zasiadających na tronach swych przed tronem Boga, padło na oblicza i pokłon Bogu oddało, mówiąc: Dzięki czynimy Tobie, Panie, Boże wszechmogący, Który jesteś i Który byłeś, żeś objął wielką Twą władzę i zaczął królować. I rozgniewały się narody, a nadszedł Twój gniew i pora na umarłych, aby zostali osądzeni, i aby dać zapłatę sługom Twym prorokom i świętym, i tym, co się boją Twojego imienia, małym i wielkim, i aby zniszczyć tych, którzy niszczą ziemię.

Anioł siódmy – I rozgniewały się narody, a nadszedł Twój gniew i pora na umarłych, aby zostali osądzeni, i aby dać zapłatę sługom Twym prorokom i świętym, i tym, co się boją Twojego imienia, małym i wielkim, i aby zniszczyć tych, którzy niszczą Ziemię – tak będzie!

Szczepan Twardoch, Morfina

Przystępując do lektury Morfiny Szczepana Twardocha teren wokół był już rozpoznany. Ktoś coś powiedział, ktoś zdenerwował się na autora, który został ambasadorem firmy Mercedes-Benz, ktoś uznał, że nie będzie czytać książek tak wymuskanego mężczyzny, pojawiającego się w TVN.

No i ta cała Morfina!

Treść

Tytuł powieści sugeruje tematykę. Czy oby na pewno? Myśląc morfina mamy przed oczami staczanie się jednostki. Willemann krąży wokół fiolek narkotyku, na straży zawsze czuwa

aluminiowe pudełko, … we wnętrzu wyścielonym czerwonym aksamitem spoczywa szklana strzykawka z jelcem z nierdzewnej stali i igły pozłacane.

Przez jakiś czas morfina jest jak najbardziej rekwizytem – współbohaterem opowieści, jednakże nie wypełnia całej przestrzeni. Bo równie ważnym bohaterem jest kobieta, jednak nie w sensie jednostkowym, tylko w wymiarze ogólnym, jako prakobieta i pramatka, centrum naszego świata od zarania dziejów po czasy współczesne Willemannowi, i dalej również po czasy nam, czytelnikom i autorowi, współczesne. Znaczenie słowa kobieta jest rozpatrywane przez różne typy żeńskich postaci. Mamy cały przekrój osobowości i temperamentu kobiecego: żona, matka, kochanka, konspiratorka i narratorka. Ostatnia z nich tworzy zawoalowaną wizję prakobiety, ukryty w umyśle Konstantego głos, którego on nie jest w stanie usłyszeć. Głos, który w niemożności porozumienia się z losami Willemanna za sprawą Dzidzi – famme fatale tej powieści, ma przenieść się w podświadomość syna głównego bohatera. Śmierć jednego mężczyzny powoduje, że w jego potomku będzie drzemała ta kobieca prasiła, będzie również drzemała w Jacku, przyjacielu i mordercy, i w innych, ciemna, czarna, pulsująca substancja ukryta pod cienką skórą tego świata.

Ten psychologiczny aspekt powieści, z narkotykiem i kobietami w rolach głównych, są bodźcem do realizacji większości zachowań Konstantego, zachowań przypominających słynne odruchy Pawłowa, prowadzące w konsekwencji do groteskowej śmierci. Można również pokusić się o analizę, która zakłada, że wszystkie poczynania Kostka są kanalizacją schopenhauerowskiego niespełnienia. Willemann rekompensuje swój marazm życiowy nie poprzez sztukę, lecz przez fatalne heroiny, przez wspomnianą wyżej morfinę i Dzidzię. Tym napędza swoje niezaspokojone ego, ego dziecięce i zagubione w brutalnym świecie czasów wojny.

Na innej płaszczyźnie, osadzonej bardziej w kontekście historycznym i literackim, powieść Twardocha może odsyłać nas do doświadczeń wielu ludzi z okresu dwudziestolecia międzywojennego i samej wojny. Można zinterpretować tę powieść jako recepcję problemów z odnalezieniem właściwej ścieżki poczynań w konflikcie wojennym z połowy dwudziestego wieku.

Istotną kwestią jest również infantylne zachowanie Kostka. Podczas czytania ma się wrażenie, że mamy do czynienia z dalszymi losami głównego bohatera Ferdydurke Witolda Gombrowicza. Problemy okresu dwudziestolecia są już za Kostkiem-Józiem, teraz przyszedł czas na rozwiązanie problemu wojennej traumy. Kostek-Józio w pewnym wymiarze dorósł, jest w stanie walczyć jawnie i w konspiracji, nadal jednak jest otoczony normami i z góry określonymi zachowaniami, którym ciągle się przeciwstawia, teraz na szalach zdrady i martyrologii narodowej.

Forma

Tematyka tematyką, jednak największe emocje u mnie i wśród moich znajomych wzbudzała forma przedstawiania wydarzeń, narracja i przede wszystkim monologi. Pojawiły się dwa obozy. Jeden z nich stanął w obronie zabaw z monologiem pierwszo- i trzecioosobowym, językiem, który miał odwzorowywać stan psychiczny człowieka po morfinicznym odrętwieniu. Obóz ten uznał, że wypada przyrównać Twardocha do Gombrowicza z jego słynnymi i wytartymi już po części upupieniami, chłopami i łydkami. Dodawano przy tym, że autor doskonale połączył monologi Konstantego Willemanna z narracją, głosem prakobiety.

Z kolei drugi obóz sugerował, że wszelkie wysiłki „udziwnienia” powieści w zakresie formy przekładają się na niechęć wobec samej treści. Nieprzyswajalna forma została zakwalifikowana jako filologiczny trik, który miał zdobyć czytelników wśród osób otwartych na eksperymenty literackie, na przykład osób z wyższym wykształceniem, najlepiej po jakiegoś rodzaju filologii.

Nie trudno się zgodzić zarówno z piewcami jak i z opozycjonistami warsztatu pisarskiego Szczepana Twardocha. Wydaje się jednak, że autor podczas tworzenia Morfiny najpierw dołożył starań w przedstawieniu sfery fabularnej, później natomiast dokonał modyfikacji w obrębie językowym. Stworzyło to sytuację, w której doszła w dużum stopniu do głosu tzw. maniera, która podzieliła wspomniane wyżej obozy.

* * *

Treść, forma, ego, infantylizm, prakobieta, narkotyki, konspiracja, kochanki, żona, teść… W mętliku wydarzeń, w kilku chwilach okupacyjnego życia Twardoch zawarł zagubienie typowego bon vivanta wobec kataklizmu okolic roku 1939. Męczące czytelników manieryzmy rekompensowane są wielopłaszczyznową konstrukcją Morfiny, dającą możliwość poszukiwania znaczeń, których z pewnością nie wyczerpuje ta recenzja.

Hermann Hesse

Nie ma żadnych stu najlepszych książek czy autorów! Nie istnieje żadna ogólnie słuszna, niepodważalna krytyka – Hermann Hesse, Obcowanie z książkami

Są autorzy, którzy pukają do naszych drzwi, wpuszczamy ich, coś nam przynoszą, i wychodzą nie powracając. Są też tacy, którzy, odwiedzając nas nie wychodzą już nigdy. Do tego drugiego typu autorów zaliczam Hermanna Hessego. Tego lata Świat Książki wydał jego biografię i nie mogłem przejść obojętnie. Pamiętam, usłyszałem gdzieś kiedyś, że Hesse był jednym z nielicznych, który posiadł obcą człowiekowi Zachodu możliwość wejrzenia we Wschodni sposób postrzegania otaczającego nas świata, było to dobrym zwiastunem mojej fascynacji jego twórczości. Jednak po przeczytaniu ponad siedmiuset stronicowej historii życia uznałem, że poznałem Hessego na nowo. Na nowo nie znaczy wcale, że gorzej. Znaczy to tylko tyle, że ujrzałem w nim zwykłego człowieka, który pomimo swego kunsztu pisarskiego był człowiekiem z całym bagażem zachowań i przywar, które charakteryzują słowo „człowiek”.

Co zapadło mi w pamięć?

Przede wszystkim wychowywanie się w rodzinie owładniętej sekciarskimi zapędami, charakterystycznymi dla pietystów – skrajnego odłamu protestantyzmu. I to pomimo nasiąknięcia rodziny Hessego wpływami dalekowschodnimi podczas misji. Ciągła indoktrynacja ze strony matki, ojca oraz rodzeństwa doprowadza Hessego do oddzielenia się grubym murem od sposobu ujmowania świata przez jego rodzinę.

Drugim ważnym wydarzeniem dla rozwoju wewnętrznego i zarazem społecznego niemieckiego noblisty była działalność związana z pomocą dla jeńców wojennych podczas pierwszej wojny światowej. Wysyłanie do obozów książek, wydawanie czasopisma „ku pokrzepieniu serc” i ogromne niezrozumienie ze strony Niemców w trakcie wojny, jak też w czasach powojennych – podarowane książki i teksty dotyczące wojny pisane przez Hessego przerastały swoje czasy, wyprzedzały czas o następną wojnę. Hesse nie bał się pokazać Niemcom jako pacyfista patriota, odpowiedzialny za swoich współtowarzyszy niedoli, nie popadając przy tym w szczekliwy ton późniejszych wystąpień Hitlera i jemu podobnych. Zachowanie Hessego na tyle wyprzedzało myślenie niemieckiego społeczeństwa (i nie tylko niemieckiego), że był on jednym z najbardziej znienawidzonych pisarzy wśród swoich rodaków.

Trzecim, dla mnie chyba ostatnim, uderzającym wycinkiem biografii Hermanna Hessego, był jego stosunek do swoich żon i dzieci. Zrywa więzy z pietystami, angażuje się w duchową naprawę zniszczonych wojną Niemiec, wydawawać by się mogło, że stanie on na wysokości zadania w stosunku do tych, z którymi idzie przez życie. Nic bardziej mylnego. Poprzez swoja zatwardziałość i zarazem nieumiejętność współżycia z najbliższymi pierwsze małżeństwo doprowadzone zostaje do ruiny, drugie jest bardziej kaprysem niż rzeczywistym pragnieniem miłości, trzecie zaś to obraz dwóch twierdz w jednym domu. Ciekawych tych spraw odsyłam do źródeł.

Przypomniał mi się jeszcze jeden epizod z życia Hessego. W czasach, gdy nie udawało mu się wiązać końca z końcem tworzył on własnym sumptem wydania własnych dzieł, umieszczając w nich akwarele własnego autorstwa. Praca chałupnicza, wymagająca zaangażowania nie tylko w treść, ale również w formę, za każdym razem inną – zastanawiam się, co Hesse mógłby uczynić w dzisiejszych czasach, przy tym ogromie możliwości związanych z technologią.

Postanowiłem z tej ogromnej pracy zrobić swego rodzaju kolaż, który ukazywałby Hermanna Hessego z różnych ujęć. Utkwiła mi reprodukcja obrazu Arnolda Bocklina, z którą pisarz nie rozstawał się w pewnym okresie swojego życia. Można powiedzieć, że obraz ten był dla niego tym, czym dla nas jest aktualnie jakaś praca Banksy’ego lub plakat dobrego zespołu muzycznego:

Poniżej zaś przedstawiam znalezione przeze mnie utwory oraz autorów, do których Hermann Hesse był przywiązany:

Bhagawadgita (Pieśni Pana)

Edward Bellamy, W roku 2000

Jacob Burckardt, Rozważania o historii powszechnej, Kultura Odrodzenia we Włoszech

Joseph von Eichendorff, Z życia nicponia

Johann Wolfgang von Goethe, Zmyślenie i prawda, Wilhelm Meister, Lis przechera

E.T.A. Hoffmann, Złoty garnek

Ernst Jünger, Przy murze czasu

Gottfried Keller, Zielony Henryk

Novalis, Henryk von Ofterdingen

Paul Sabatier, Życie św. Franciszka z Asyżu

Fiodor Dostojewski

Heinrich Heine

Tomasz i Henryk Mannowie

Fryderyk Nietzsche

Wilhelm Raabe

Adalbert Stifter

Theodor Storm

Robert Walser

Na zakończenie tej wyprawy do świata Hermanna Hessego dwa cytaty z Wilka stepowego i trailer filmu Wilk stepowy z 1972 roku.

Tak to jest: czytelnik najwyższego stopnia nie jest już w ogóle czytelnikiem. Gwiżdże na Goethego. Nie potrzebuje Szekspira. Czytelnik ostatniego stopnia w ogóle już nie czyta. Po co mu książki? Czyż nie ma całego świata w sobie samym?

Pociągnął mnie napis:

 Hejże na wesołe łowy  Wielkie polowanie na samochody

Otworzyłem wąskie drzwi i wszedłem do środka. Coś gwałtownie wciągnęło mnie w głośny i pełen podniecenia świat. Ulicami pędziły samochody, po części opancerzone, i urządzały polowanie na pieszych, miażdżyły i unicestwiały, rozgniatając o mury domów. Zrozumiałem od razu: była to walka między ludźmi a maszynami, od dawna przygotowywana, długo oczekiwana, długo ze strachem przewidywana i wreszcie doprowadzona do wybuchu. Wszędzie leżały ciała zabitych i poszarpanych, wszędzie potrzaskane, pogięte, na wpół spalone samochody, nad opustoszałym pobojowiskiem krążyły samoloty; z wielu dachów i okien także i do nich strzelano ze strzelb i karabinów maszynowych. Dzikie, wspaniale podniecające afisze o wielkich, płonących jak pochodnie literach, rozlepione na wszystkich murach, nawoływały naród, by wreszcie ujął się za ludźmi przeciw maszynom, by wreszcie pozabijał tłustych, pięknie ubranych, pachnących bogaczy, którzy za pomocą maszyn wyciskają tłuszcz z bliźnich, by pozabijał ich wreszcie wraz z wielkimi, kaszlącymi, wściekle warczącymi, diabelnie turkoczącymi samochodami, by wreszcie podpalił fabryki i sponiewieraną ziemię nieco uprzątnął i wyludnił, aby znów mogła rosnąć trawa, by zakurzony świat cementu mógł znowu stać się czymś takim jak las, łąka, pastwisko, strumyk i moczar. Natomiast inne plakaty, cudownie namalowane, wspaniale wystylizowane, utrzymane w delikatniejszych, mniej jarmarcznych barwach, niesłychanie mądrze i inteligentnie zredagowane, w przeciwieństwie do tamtych plakatów wzruszająco ostrzegały ludzi posiadających i zamożnych przed grożącym chaosem i anarchią, przedstawiały w sposób naprawdę rozczulający błogosławieństwo porządku, pracy, własności, kultury i prawa, wychwalały maszyny jako największy i najnowszy wynalazek człowieka, dzięki któremu ludzie staną się bogami. Z zadumą i podziwem czytałem te plakaty, zarówno czerwone, jak i zielone, bajecznie działała na mnie ich płomienna wymowa, ich zniewalająca logika, miały rację; głęboko przekonany stawałem to przed jednym, to przed drugim, aczkolwiek przeszkadzała mi w tym dość ostra strzelanina dookoła. No cóż, sprawa zasadnicza była jasna: toczyła się wojna, gwałtowna, rasowa i niezwykle sympatyczna, w której nie chodziło o cesarza, republikę, granice, chorągwie i barwy, i tym podobne raczej dekoracyjne i teatralne rekwizyty, a w gruncie rzeczy o łajdactwa, lecz taka wojna, w której każdy, któremu było zbyt duszno na świecie i któremu życie niezbyt już smakowało, dawał dobitny wyraz swemu niezadowoleniu i dążył do zapoczątkowania powszechnego zniszczenia tego cywilizowanego świata blichtru. Widziałem, jak żądza niszczenia i mordowania jasno i śmiało wyzierała z roześmianych oczu, a i we mnie rozkwitały wysoko i bujnie te czerwone, dzikie kwiaty, a oczy też się śmiały. Z radością włączyłem się do walki.

Jak to jest z tym jedzeniem?

Jak to z tym jedzeniem?

Ludzie słuchają się wg rożnych kombinacji, najczęściej preferując matematykę lub logikę, a tak naprawdę jedno i drugie. Najpowszechniejszą kombinacją jest „trójkątna“, a tak naprawdę „piramidalna“.

Z bliżej nieznanych przyczyn starożytne cywilizacje budowały piramidy. Jeszcze bardziej są nieznane przyczyny tego, że piramidy pojawiły się na różnych kontynentach i do dziś tak naprawdę nie wiemy, co z tym fantem zrobić.

I oni w to właśnie uwierzyli i to dodawało im otuchy na drodze życia. Bóstwo wparte na kwadracie cztery trójkąty.

Później Pitagoras, Euklides, czyli szalona moda Greków na bycie biegłym w geometrii. W piramidach i trójkątach, wiadomo, też. Próbowali zmieścić opis wszechrzeczy w matematycznych konstruktach, ktore odbijają się czkawką jeszcze po dziś dzień w postaci liczby pi i wszelakich schiz psychicznych z tym związanych.

I w to właśnie uwierzyli i to dodawało im otuchy na drodze życia. Cały wszechświat w matematycznych ramach opartych na kawadracie i czterech trójkątach.

Później przyszła rewolucja. W sumie nic tego nie zapowiadało, a o efekcie motyla nikt wtedy nie miał pojęcia, chyba że dało się to udowodnić w matematyczny sposób, a nie było to zbyt proste. Piewcy matematyki popełnili błąd kategoryczny i ukrzyżowali jednego Hebrajczyka. Wszystko się zemściło przez te dwie prostopadłe. Mało że prostopadłe to jeszcze można było posądzić Rzymian i Żydów o niecne wykorzystanie znaku dodawania lub mnożenia! Dwa przewinienia arytmetyczne z czterech podstawowych! I do tego jeszcze geometria! To po prostu musiało się zemścić!

Pojawiający się nowi wyznawcy krzyża szybko dziwnym trafem zaczęli gmerać w matematyce. Starożytni zamknęli swoje bóstwo w przeogromnej budowli, która nie zaistniałaby bez matematyki. Grecy i Rzymianie skupili się na konstruktach myślowych: po prostu budowali piramidy w swoich głowach i wydawało się, że wszystko już będzie płynąć spokojnym torem. Ale nie! Pojawili się następni, którzy uznali, że było już bóstwo w piramidzie, było bóstwo w głowach. Teraz przyszedł czas na fikołek ontologiczny! Skoro pewien Hebrajczyk prawił, że jest synem bożym, że inni prawili o innych osobach boskich, że przekłuto Hebrajczyka w trzech miejscach, no to jasne przecież, że liczba „trzy“ jest czymś wyjątkowym. I tym samym mozolnie zaczęto przekuwać liczby na znaczenia, na alegorie i sybole. Skoro „3“ to liczba boska to „6“ z pewnością musi być liczbą szatanistyczną. No a „666“ to już nie żarty! Dylemat: skoro 6+6+6 daje 18, to w sumie daje „9“. A co oznacza to „9“?! I tak dalej, i tak dalej… Aż do momentu, w którym uzmysłowiono sobie dwa straszne spostrzeżenia: wybiegając do przodu, wszyscy wierzący w „+“ i w „x“ cofnęli się do żydowskiej kabały i dylematu „pi“ oraz „kwadratury koła“. To był straszliwy cios! Cios, który spowodował totalny odlot w stronę dewocji i dewiacji wszelakich. Z drugiej zaś strony stali nieugięci wyznawcy „trójkątów“ vel „piramid“. Ociekający złem szatańskim „wolni mularze“ z cyrklami i kielniami. Gdy w kościołach odprawiano dewocje i dewiacje, same budynki stały się misternymi budowlami dziwwnych ludzi, którzy potrafili dodawać i, co najsraszniejsze, mnożyć! Nawet nie wspominamy o tym, że dzielenie i odejmowanie też mieli we krwi! I cały Pitagoras, i Euklides! Tamci się modlili i samookaleczali, a ci drudzy budowali i budowali, jak deweloperzy! Chuć i poróbstwo!

Dlatego do dziś przetrwały określenia „1. przen. poważ. zrobię ci z dupy jesień średniowiecza“ albo “2. przen. iron. zacofanie, zapóźnienie, niedorozwój, wstecznictwo, ciemniactwo, ciemnota, ignorancja, ciemnogród, obskurantyzm, nienowoczesność, opóźnienie w rozwoju“, jak to było w pewnym słowniku synonimów.

Ale wróćmy do głównego wątku.

Wolni mularze, a wcześniej Hebrajczyk i jego uczniowie (tu warto wspomnieć, że to tak naprawdę była pierwsza schizma w Kościele, ta między Wolnymi Mularzami a Wyznawcami Hebrajczyka i jego ojca). Wcześniej Grecy i Rzymianie (choć ci drudzy to bardziej jako takie „Hollywood“ dla poważnych Greków), a na samym początku te nieszczęsne piramidy! Do dziś nie wiadomo dlaczego! Jedno wiadomo z całą pewnością – wszystkich łączyła matematyka!

Od starożytności do końca średniowiecza dużo działo się też w tzw. zamierzchłych wątkach pobocznych „prawdziwej historii matematyki“, które jednak z czasem przybrały na sile, czy wręcz opanowały wszystkie wektory życia ludzi.

Arabowie. A jeszcze bardziej oddalając się od wątku głównego, to w hindusi.

Outsider, Colin Wilson

Wyłożyliśmy im tę sprawę… wskazując, że życie w gromadzie ma charakter wyłącznie zmysłowy i aby je przeżyć i pokochać, człowiek musi poznać je do dna. Rewolta nie jest azylem dla ludzi słabych, ani nie obiecuje w nagrodę radości. Istota rewolty to stały przyrost siły, aby można było wytrzymać wszystko, co potrafią wytrzymać zmysły, z pełną świadomością, że każdy krok stanowi przygotowanie do dalszych niebezpieczeństw, jeszcze większych wyrzeczeń i dotkliwszych cierpień. Przeszłość i przyszłość znajdują się poza zasięgiem naszych doznań zmysłowych. Uczucie przeżyte to uczucie już poskromione, martwe doświadczenie, które złożone zostało do grobu w chwili, gdy zdołaliśmy wyrazić je w słowach.

Prawdziwi ludzie pustyni są skazani, jak dobrze o tym wiedzą, na wieczną walkę z nieprzyjacielem, który nie należy ani do naszego świata, ani życia, lecz jest samą nadzieją. Klęska jest więc wolnością, ofiarowaną ludziom przez Boga. My możemy korzystać z tej wolności tylko w sposób negatywny, czyli nie robiąc nawet tego, co leży w naszej mocy. Życie stanie się wtedy naszą własnością, gdyż okazując mu wzgardę będziemy nad nim panować. Śmierć okaże się najlepszym z naszych uczynków, ostatnią szansą uczciwości wolnego człowieka, od dawna zasłużonym odpoczynkiem. Mając do wyboru dwie ostateczności, życie i śmierć, lub mówiąc mniej krańcowo, swobodę i trwanie, ograniczymy trwanie (które stanowi substancję życia) do minimum i ze wszystkich sił będziemy dążyć do swobody. Wtedy dopierobędziemy mogli realizować prawdę, że bierność jest bardziej moralna od działania. Niektórzy ludzie są pozbawieni siły twórczej, a ich swoboda nie przynosi żadnych owoców, ale tylko dlatego, że jedynym ich tworzywem jest materia. Chcąc tworzyć dzieła niematerialne, dzieła twórcze, pochodzące z ducha, a nie z ciała, musimy jak najmniej czasu i trudu poświęcać potrzebom fizycznym, ponieważ u większości ludzi dusza starzeje się znacznie szybciej od ciała. Wyrobnikom ludzkość niczego nie zawdzięcza. (Lawrence)

* * *

Oto prawdziwy Van Gogh; nie malarz, nie outsider, dla którego życie jest żywym i bolesnym pytaniem, domagającym się odpowiedzi, zanim Van Gogh zacznie żyć. Jego najwcześniesze doświadczenia uczą go, że życie – to wiekuiste Za i Przeciw. Na skutek wrodzonej wrażliwości niezwykle głęboko uświadamia sobie owo Przeciw – własną niedolę i niedolę świata. Wszystkie siły wytęża w poszukiwaniu Za – instynktownego, bezwzględnego Tak. Podobnie jak każdy artysta ma chwile, kiedy wydaje mu się, że jest w całkowitej zgodzie z wszechświatem i z samym sobą; kiedy – jak Meursault – czuje, że wszechświat i on sam pochodzą z jednego praźródła; całe życie wydaje mu się wtedy celowe i własna niedola również wydaje się celowa. Poza owymi chwilami nieprzerwanie trwa walka o ponowne przeżycie tego objawienia. Jeżeli we wszechświecie istnieje ład, jeżeli można czasami ów ład dostrzec i czuć się w całkowitej harmonii z nim, musi on być widzialny, namacalny tak, by można go było przy pomocy jakiejś dyscypliny odzyskać. Sztuka – to tylko jedna postać takiej dyscypliny.

Niestety, problem ów komplikują rozmaite, całkiem uboczne potrzeby ludzkie, które zaprzątają uwagę: życie w gromadzie, wzajemne zrozumienie, poczucie uczestnictwa w społecznym życiu ludzkości. I, oczywiście, sprawa dachu nad głową, jedzenia, picia. Artysta usiłuje poświęcić im uwagę, ale nie łatwo mu to uczynić, skoro jest tyle innych, ważniejszych rzeczy do przemyślenia. A wszystko staje się jeszcze trudniejsze na skutek wrogości innych ludzi, którzy dzień w dzień wysuwają pytanie: „Czy to możliwe, żebym ja był w błędzie?”.

* * *

Przypuśćmy, że wielka Potęga Życia wpadła na pomysł zegarowego wahadła i użyła Ziemi jako jego tarczy. Przypuśćmy, że dzieje jednego ruchu owego wahadła, które nam, działającym, wydają się takie nowe, są tylko powtórzeniem dziejów poprzedniego ruchu; ba, jeszcze więcej: jeśli w jakiejś niewyobrażalnej nieskończoności czasu Słońce wyrzuca naszą Ziemię w górę i znów ją chwyta, jak woltyżer cyrkowy wyrzuca w górę piłkę, i jeśli nasze wielowiekowe epoki są jedynie chwilami pomiędzy wyrzuceniem a chwyceniem – czy taki olbrzymi mechanizm może bez jakiegokolwiek celu? (G.B. Shaw, Człowiek i nadczłowiek)

* * *

Sposób, w jaki I Ching usiłuje patrzeć na rzeczywistość, zdaje się nie aprobować toku naszego rozumowania opartego na zasadzie przyczynowości. Z punktu widzenia starożytnego Chińczyka chwila, stanowiąca przedmiot naszych obecnych rozważań, jest raczej uchwyceniem przeżycia przypadkowego niż wyraźnie określonym wynikiem łączących się ze sobą procesów przyczynowych. Interesuje nas raczej sytuacja wytworzona przez przypadkowe wydarzenia, a nie hipotetyczne przyczyny, które pozornie spowodowały ów zbieg okoliczności. (C.G. Jung, fragment Wstępu do I Ching)

* * *

Istotna różnica pomiędzy marksistą a romantykiem-outsiderem polega na tym, że pierwszy chciałby ściągnąć niebo na ziemię, a drugi marzy o podniesieniu ziemi do nieba. W oczach outsidera marksista jest beznadziejnie krótkowzroczny w swym dążeniu do stworzenia raju na ziemi; pojęcia jego zdają się opierać na całkowitym niezrozumieniu psychologii człowieka. Typowy przykład outsiderowskiej krytyki idealizmu społecznego stanowią: Nowy wspaniały świat Aldousa Huxley’a i My Zamiatina.

* * *

Wielu ludzi żyje od chwili do chwili, nie sięgając wzrokiem naprzód, ani wstecz. Całą ich uwagę pochłaniają – jak u zwierząt – bezpośrednie potrzeby fizyczne. Przeciętny człowiek różni się od psów i kotów w pierwszym rzędzie tym, że sięga wzrokiem dalej naprzód, potrafi trapić się swymi potrzebami fizycznymi, które będą aktualne dopiero za sześć miesięcy, a nawet dziesięć lat. Dogmat o Grzechu Pierworodnym podkreśla fakt, że człowiek utracił zdolności wizjonerskie dlatego, iż zużywa zbyt wiele energii na myślenie o sprawach praktycznych. W każdym razie tego rodzaju interpretację sugerują nam wielcy nauczyciele religii, przypominając, że Jezus mówił Żydom, by nie tracili tak wiele czasu na zdobywanie i trwonienie dóbr materialnym, lecz by brali przykład z lilii polnych.

* * *

Ludzie przeważnie myślą jedynie o swych bezpośrednich potrzebach fizycznych; przenieśmy ich na bezludną wyspę, gdzie nie mieliby pożywki dla swych umysłów, a dostaną obłędu. Brak im istotnych bodźców działania. Przekleństwem naszej cywilizacji jest nuda. Kierkegaard ujął to spostrzeżenie dobitnie: „Bogowie nudzili się, więc stworzyli człowieka. Adam nudził się w samotności, powstała więc Ewa. Od tego momentu nuda zakradła się do dziejów świata i rosła coraz bardziej, dokładnie w miarę tego, jak rosła ilość ludzności. Adam nudził się samotnie, potem Adam i Ewa nudzili się razem, a potem nudzili się Adam i Ewa, Kain i Abel en famille, a potem wzrastała liczba ludzi na świecie i ludzie nudzili się in masse. Dla rozrywki powzięli myśl zbudowania wieży tak wysokiej, że wierzchołek jej sięgał obłoków. Myśl ta była tak nudna, jak wieża była wysoka i stała się ostatecznym dowodem, że nuda wszystko zwyciężyła.”

Zen i sztuka oporządzania motocykla, Robert Maynard Pirsig

Rozważanie instytucji rządowych lub establishmentu jako systemu jest prawidłowe, gdyż u podstaw tych organizacji leżą takie same strukturalne koncepcje zależności jak w motocyklu. Strukturalne powiązania podtrzymują istnienie tych instytucji nawet wówczas, kiedy utraciły jakiekolwiek znaczenie i cel. Ludzie przychodzą do fabryki i wykonują bez sprzeciwu absolutnie bezsensowne zadania od ósmej do piątej, ponieważ struktura tego od nich wymaga. To nie złoczyńca czy też szaleniec, który chce, by życie ich było bezsensowne, to tylko struktura, system tego żąda, i nie ma chętnego, który podjąłby trudne zadanie zmiany struktury, jedynie dlatego, że jest ona bezsensowna.

Zburzenie fabryki albo rebelia przeciwko rządowi czy też unikanie reperacji motocykla dlatego, że są to systemy, oznacza raczej walkę z objawami niż z przyczynami; a dopóki atak skierowany jest tylko przeciw objawom, żadna zmiana nie jest możliwa. Istotnie realnym systemem jest sama konstrukcja naszego współczesnego systematycznego myślenia, sam racjonalizm, tak więc jeśli zburzymy fabrykę bez naruszenia racjonalizmu, z którego powstała, to ten sam racjonalizm zbuduje po prostu inną fabrykę. Kiedy rewolucja obali systematyczny rząd, a modele systematycznego myślenia, w ramach których był wytworem, pozostaną nietknięte, wówczas modele te odtworzą się w następnym rządzie. Tak wiele mówi się o systemach i tak mało się z nich pojmuje.

* * *

Celem metody naukowej jest wybranie jednej jedynej prawdy spośród wielu prawd hipotetycznych. Na tym właśnie, bardziej niż na czymkolwiek innym, polega nauka. Historycznie dokonała jednak nauka czegoś całkowicie przeciwnego. Poprzez coraz większe mnożenie faktów, informacji, teorii i hipotez, sama prowadzi ludzkość od jednej absolutnej prawdy do wielu prawd, nieokreślonych i względnych. Nie kto inny niż nauka sama jest głównym sprawcą chaosu społecznego, producentem nijakich myśli i wartości, które miały być wyeliminowane dzięki racjonalnej wiedzy. To, co Fedrus widział przed laty, w osamotnieniu swego własnego laboratorium, można teraz dostrzec w świecie technologii wszędzie. Naukowo wyprodukowana antynauka – chaos.

* * *

Przyczyną naszego współczesnego kryzysu społecznego, powiedziałby Fedrus, jest błąd genetyczny w naturze samego rozumu. Kryzys ten będzie trwał dopóty, dopóki błąd ten nie będzie usunięty. Nasze współczesne praktykowanie racjonalizmu nie prowadzi społeczeństwa ku lepszemu światu. Oddala nas odeń coraz bardziej. Od czasów Renesansu takie podejście przynosiło korzyści i przynosić je będzie tak długo, jak długo dominować będą potrzeby zaspokojenia braku żywności, produkcji ubrań i budowy dachu nad głową. Lecz teraz, kiedy te potrzeby nie są tak naglące dla wielu ludzi, pojawiają się inne oczekiwania. Zaczyna się to podejście takim, jakim jest naprawdę – uczuciowo jałowe, estetycznie nie znaczące i duchowo puste. Tak jest dzisiaj i tak będzie długo jeszcze.

* * *

Wszystkie religie Wschodu przywiązują wielką wagę do doktryny sanskryckiej Tat tvam asi („Ty jesteś tym”), która głosi, że wszystko w naszym myślowym wyobrażeniu o tym, czym jesteśmy, i wszystko, co uważamy za naszą świadomość, jest niepodzielne. Uświadomienie sobie tej niepodzielności oznacza osiągnięcie oświecenia.

Logika złudnie zakłada rozdział pomiędzy podmiotem a przedmiotem i dlatego właśnie nie jest prawdą ostateczną. Złudzenia tego można pozbyć się dzięki zaprzestaniu czynności fizycznych i umysłowych oraz wyłączeniu doznań uczuciowych. Są na to sposoby. Jednym z najważniejszych jest sanskrycka metoda dhyana, zniekształcona w języku chińskim na Chan, a w japońskim na Zen.

* * *

Przez chwilę przyglądam się przejeżdżającym samochodom. Jest w nich coś z osamotnienia. Właściwie to nie osamotnienie – to coś gorszego. Nijakość. Jak wyraz twarzy pracownika stacji benzynowej, kiedy napełniał zbiornik. Nijaki. Nijaki krawężnik przy nijakim żwirze na nijakim skrzyżowaniu prowadzącym donikąd.

Coś nie jest w porządku także z kierowcami tych samochodów. Wyglądają jak ten pracownik stacji, patrzą prosto przed siebie, jakby w transie, w jakimś własnym, osobistym zapamiętaniu. Nie widziałem tego od… od czasu, kiedy Sylwia podzieliła się swoim spostrzeżeniem pierwszego dnia. Wszyscy wyglądają jak na pogrzebie.

Od czasu do czasu ktoś rzuca spojrzenie w bok i zaraz odwraca pustą, pozbawioną wyrazu twarz, jak gdyby w zakłopotaniu, iż mogliśmy zauważyć, że zamiast pilnowania swojego nosa patrzył na nas. Dostrzegam to teraz wyraźnie, od dłuższego czasu nie mieliśmy takich widoków. A i nasza jazda też wygląda jakoś inaczej. Samochody poruszają się ze stałą prędkością, równą górnej granicy szybkości obowiązującej w mieście, i kierowcy nie widzą nic poza jezdnią. Kierowcy zdają się myśleć bardziej o tym, gdzie chcą być, niż o tym, gdzie są.

* * *

Samotność ludzi w mieście. Spotykałem ją wszędzie, w supermarkecie, przy automatycznych pralkach i przy płaceniu rachunku w motelu, w autobusach turystycznych pełnych samotnych emerytów, którzy przy drodze przyglądają się drzewom, a jadą po to, żeby patrzeć na morze. Czuje się ją w pierwszym błysku spojrzenia, w każdej spotkanej nowej twarzy – w pytaniu trwającym tylko przez małą chwilę.

Widzimy teraz coraz więcej tej samotności i paradoksalnie jest ona największa w wielkich zatłoczonych mertopoliach Wschodniego i Zachodniego Wybrzeża. Wydawałoby się, że bardziej samotni powinni być ludzie rozproszeni na wielkich połaciach zachodniego Oregonu, Idaho, Montany i Dakoty, ale tam wcale tego nie zauważyliśmy.

Okazuje się, tak przypuszczam, że fizyczny dystans pomiędzy ludźmi nie ma nic wspólnego z samotnością. Chodzi o dystans psychiczny, a w Montanie i Idaho odległości geograficzne pomiędzy ich mieszkańcami są duże, ale psychiczny dystans niewielki. Tutaj jest odwrotnie.

Jesteśmy w Ameryce pierwszej klasy. Jej forpoczty napotkaliśmy onegdajszej nocy w Princeville Junction i od tej pory towarzyszy nam stale. Pierwszorzędna Ameryka autostrad i supersamolotów, telewizji i spektakli filmowych. Ludzie, których trzyma w swoich objęciach, zdają się spędzać większość swojego życia bez bliższego kontaktu z tym, co ich otacza. Środki masowego przekazu przekonały ich, że to, co jest najbliżej nich, nie ma znaczenia. Dlatego mają samotność wypisaną na twarzach. Najpierw nikły przebłysk zaciekawionego rozpoznania, ale kiedy już ich wzrok spocznie na tobie, stajesz się tylko jednym z przedmiotów. Nie liczysz się. To nie ciebie wyglądają. Nie jesteś z telewizji.

Ale w drugorzędnej Ameryce, w tej, którą przejechaliśmy, w Ameryce lokalnych dróg, Chińskich Rowów, koni Appaloosa, horyzontów wyznaczanych górskimi łańcuchami, zadumy myślowej, dzieci z szyszkami sosnowymi, trzmieli i otwartego nieba nad nami, rozpostartego na setki kilometrów – w tej Ameryce dominowała rzeczywistość wokół nas, ona była dla nas ważna. I tu nie było zbyt wiele miejsca na samotność. Tak zapewne musiało być sto czy dwieście lat temu. Nie było prawie wcale ludzi i prawie wcale samotności. Popadłem zapewne w zbytnie uogólnienia, ale przy zachowaniu pewnych proporcji, dokładnie tak sprawa naprawdę wygląda.

Głównym sprawcą ludzkiej samotności jest technika i to ją sadza się na ławie oskarżonych, gdyż w sposób oczywisty samotność kojarzy się z jej wytworami – z autostradami, samolotami, telewizją i tak dalej – mam jednak nadzieję, iż jasno wynika z poprzednich wywodów, że prawdziwą przyczyną zła nie są produkty techniki, lecz jej tendencja do kreowania w ludziach postaw opartych na obiektywizmie. Prawdziwym złem jest obiektywizm, dualistyczny ogląd rzeczywistości będącej podstawą techniki.

A gdyby tak?

A gdyby tak …

[Jaki związek jest między Leonardo da Vinci, George’em Orwellem i Markiem Zuckerbergiem? Czy w ogóle taki związek ma prawo bytu? Pytania dość ogólne …

A gdyby tak … Spojrzeć niekonwencjonalnie, trochę na przekór blokom materiału dydaktycznego we wszelkiego rodzaju szkołach. Zacznijmy od teraźniejszości, bądź niedalekiej przeszłości, oczywiście w stosunku do punktu „zero”, czyli np. urodzin Leonardo da Vinci. Możemy założyć, że druga połowa XX wieku będzie właściwą mapą, by ukazać pokrętne drogi pewnego problemu.]

Telewizja

Radio

CCTV

Prasa

Książki

Komputery

Wiedza

Telefonia stacjonarna

Telefonia komórkowa

Internet

Okolice czasowe II wojny światowej to dość nieprzypadkowe próby zbudowania maszyn cyfrowych, binarnych lampowych prekursorów dzisiejszych komputerów. Najbardziej znany ENIAC1 był jednym z nich, drugim był ABC2, trzeci zaś to w sumie seria komputerów o wdzięcznych oszczędnych w formie i na wskroś praktycznych nazwach niemieckich: V1, V2, V3, V4. Tak, tak, nazwy przypominają inną serię urządzeń. Ich projektant, Konrad Zuse3, postanowił zmienić pierwszą literę serii z „V” na „Z”, żeby nie kolidować z najważniejszym projektem rakietowym III Rzeszy.

Pewnie nie ma to żadnego związku z tematem tej opowieści, ale tak zupełnie niestotna informacja, jak to, że Zuse mieszkał sobie w Berlinie przed wojną i klecił biedny nasz bohater w mieszkaniu tuż przy Kreuzbergu te maszyny V a później Z. No bo oczywiście gdzie w Berlinie można zajmować się takimi sprawami, jak nie tam. Nie wiadomo, co było pierwsze, jajko czy kura?

Nie uchroniło to jednak przed zaangażowaniem maszyn Z w wykonywanie obliczeń na potrzeby aerodynamiki niemieckich samolotów. Może więc „Z” nie stało po zamianie tak daleko od „V”? Kto wie? Wiadomo jedno: po wojnie komputer Z4 w ramach skruchy zapragnął pracować dla wyższej szkoły technicznej w Zurichu. Późniejszy model Z5 postanowił wesprzeć niemiecki przemysł i dubrze się ustawił w przemyśle optycznym. Ojciec serii nie poprzestawał i płodził następne modele, by w 1958 wydać na świat Z64, zwany dziś banalnie z angielska ploterem. Zuse miał wrażliwość nastolatka, czuł potrzebę realizacji. Tworząc różne wersje swoich Zetów w ramach firmy Zuse AG, postanowił wejść w związek partnerski pod koniec uporczywej walki o dobro ludzkości. W roku 1966 ogłoszono wielkie wydarzenie: kandydat na życiowego partnera Zuse AG skonsumował z nim związek. Tym wymarzonym i idealnym był von Siemens! Były kwiaty, conffetti, gratulacje, było wszystko. Stary von Siemens po cichu powiedział do Zuse AG, że w sumie co było, a nie jest, nie pisze się w rejestr. W tych burzliwych latach sześćdziesiątych wszyscy są naćpani „wolnością” i nikt nie będzie zawracał sobie głowy tym, że złe prowadzenie się von Siemensa i Zuse w czasach nazistowskich Niemiec. Tak rzeczyiście się stało – dziś nikt nie zawraca sobie głowy tym, że istnieje jednak jakiś związek między kuchenką czy telefonem Siemensa a takimi nic już nie znaczącymi V1 czy V2. Tym sposobem doszło do

A co z dwoma pozostałymi komputerami? ABC był produktem skonstruowanym na amerykańskim uniwersytecie w 1939. Bawił się wyśmienicie, obliczając równania algebraiczne liniowe. Liczył sobie w spokoju ducha w systemie dwójkowym (tak, tak, tym dwójkowym, tym zerojedynkowym). Po wojnie ABC wraz ze swoimi twórcami nie mogli znieść faktu, że władze uniwersyteckie zupełnie bez powodu rozebrały ABC i wyrzuciły większość podzespołów jak zwykłe świetlówki prosto do śmietnika. Albo obok śmietnika? Kto to wie? Postanowili więc wydeptywać sale sądowe aż do 1973 roku, kiedy sąd uznał, że pierwszym komputerem może jednak był ABC, a nie ENIAC. Dlaczego jednak pojawia się słowo „może”? Jak to w kazdej takiej opowieści istnieją dwa typy postaci: dr Jackyll i mr Hyde, dr Frankenstein i jego zwłokostwór. Tak samo w tej opowieści następuje analogia„Zwłokostworem” był ABC, a dr Frankensteinem John Vincent Atanasoff, Stwórca ABC. Jemu to przyznano palmę pierwszeństwa w informatycznym szaleństwie, trwającym do dziś.

Ten ostatni śrubka po śrubce, lampa po lampie, jest konstruowany zupełnie przypadkowo od 1943, by w 1945 znów przypadkowo ujrzeć światło dzienne, co nadało splendoru i chwały narodowi amerykańskiemu. ENIAC był zaś równy postaciom z Marvella albo DC Comics. Ten komputer nie był stworzony do durnowatego uśmiechania się nad rozwiązywaniem równań algebraicznych liniowyh. Ten Komputer stworzony był do czynu, który uwolni świat od wojen. Nasz Superbohater ENIAC zrozumiał, że do ładu i pokoju na ziemi potrzebne są obliczenia balistyczne i inne Ważne rzeczy, naprawdę Ważne. Takie jak na przykład ruch elektronów podczas wybuchu bomby atomowej. Wiecie, takie tam zabawy nielubianych kolegów w brylach z pierwszej ławki. Później mu się to znudziło i postanowił próbować swych sił w kiełkującej branży technologii usprawniających działania biznesowe. Cóż to był za doskonały ruch, żeby tam przejść! Kariera jak z amerykańskiego snu „od pucybuta do milionera”. No zabrał się ochoczo do pracy, prosząc swoich nowych rodziców z branży biznesowej o stymulanty, suplementy, czasami kokainę i cygara z Kuby. W latach pięćdziesiątych był szarą eminencją w świecie maszyn do pisania, kart perforowanych i innych co raz to nowych urządzeń, które były kołem zamachowym współczesnej cywilizacji informatycznej. Nasz bohater odrobinę się zagubił w burzliwych latach sześćdziesiątych. Dobra, mocna muzyka gitarowa, marihuana, LSD, Woodstock. Sami rozumiecie, nie było łatwo. Przez tak karygodne zachowanie sprawa nie mogła pozostać bez odzewu. Tak się chłopak rozmienił na drobne, że jak Feniks pojawił się zapomniany przez wszystkich ABC, którego do walki o honor zagrzewał ojciec (po łacinie;)). Mało tego, ENIAC może i był z prawego łoża, ale przez ponad dwadzieścia lat życia na tym padole doczekał się braci, którzy mieli bogatego tatę, ale byli, jakby to powiedzieć? Bękartami? Ktoś taki, który w „Grze o tron” miałby na nazwisko White? Tak! Bękart równa się White, trzymając się nomenklatury i zadań, do których z błogim, dziecięcym uśmiechem Stworzony został ABC.

I ten ABC razem ze swoim tatą, bardzo bogaty tatuś braci z nieprawego łoża, który miał piękne nazwisko – Honneywell4, oraz przyszywana rodzina ENIAC-a, która na mocy patentu (taki dokument, stwierdzający, kim jest rodzina, na którą bedzie pracować syn lub córka) – wszyscy oni łącznie postanowili załatwić sprawę raz a pożądnie. Nawet w Wikipedii znajduje się to hasło, a brzmi ono: Honneywell przeciwko Sperry Rand5, czyli bogaty tatuś przeciwko przyszywanej rodzinie, która zacierała ręce z pieniążków, gwarantowanych z patentu ENIAC-a.

No i zaczęło się! Tak się wszyscy pożarli, że całe równanie i równowagę szlag trafił. ABC dzięki tacie uzyskał tytuł cesarza i mógł się chełpić mianem pierwszego komputera wszechświata Oczywiście nikt dziś o nim nie pamięta, taki los, wszyscy pamiętają jednak ENIAC-a, jako ten pierwszy najważniejszy! Choć nic na to w tamtym momencie jego życia nie wskazywało. Przez proces stracił on zupełnie wszystko (choć może nie wszystko). Rodzina i bogaty tatuś bękartów pobili się za pomocą swych prawników na amen. Honneywell uznał, że w sumie to on już narobił w życiu, że ta mikrofalówka wymyślona była tak przy okazji eksperymentów z Ważnymi rzeczami, czyli banalną broń „mikrofalową”. Podsumował bilans zysków i strat, a że było już po Wietnamie, to w pulę zwycięstwa równości, braterstwa i demokracji wszechświatowej mógł wnieść bomby kasetonowe, napalm i inne fajerwerki. Jako prawdziwy bogaty ekscentryk i obrońca ucieśnionych postanowił poprosić łaskawy sąd o nadanie ENIAC-owi oraz swoim synom prawa wolności. Łaskawy sąd w duchu zatarł ręce, uznając, że po raz kolejny zwycięża Złota Zasada USA: uczyńmy mieszkańców naszej ziemi wolnymi, przypominając sobie dzielnych Afroamerykanów, walczących o swoją wolność, no i Indian też, oni też dzielnie walczyli o swoją wolność, Ameryka Południowa i Centralna też przysyłała non stop ludzi, żeby wywalczyli sobie wolność. Po tych chwilach radości ze wspaniałomyślności demokracji amerykańskiej, wydano bardzo łaskawy wyrok: wszystkie ENIAC-ki i ich bracia z nieprawego łoża są wolni po wsze czasy, patent przeszedł do domeny publicznej. No a gest Honneywella został zapamiętany jako wyraz dojrzałości i wiary w wyższość Dobra nad Złem. Ale oczywiście to był po prostu bilans zysków i strat Honneywella – zyskał trochę na wojnach, pozornie stracił w oczach twardzieli, ale to on trzymał za jaja Honor Ameryki, mało, to on był jej Honorem Personalnym, on walczył na wojnach, on dał światu mikrofalówki wolnostojące w imię Honoru Ameryki.

Podsumujmy zatem! ABC jaki był uśmiechnięty, taki pozostał. Jego mały honor, honorek wręcz, był wzorem honoru przez małe „h”, taki podmiejski, taki z odznakami skauta lub innego harcerza za młodu, które stoją teraz na kominku wspomnień, który ogrzewa ABC i jego niezłomnego tatę, popijających z puszek amerykańską podróbkę czeskiego piwa. ENIAC i bracia White dostali wolność, którą zaczęli rozmieniać coraz bardziej na drobne w klubach lat ’70, pozostając już tylko duchem mainframe’u. Były ojciec ENIAC-a, który skonsumował związek z Remingtonem6, bardzo poważnie podchodził do wychowywania swojej rodziny w takt odgłosów stukania w klawiaturę maszyny do pisania.

Nikt oczywiście się jeszcze nie spodziewał, że w latach ’80 wejdzie w uroczy związek partnerski z wielkim Burroughsem7, który już od stu lat słyszał tylko stukot maszyn do pisania. Z pewnością nie pozostaje bez znaczenia słuchanie takich dźwięków w dzieciństwie, ponieważ jeden z tychże Burroughsów8 najpierw chlał, później ćpał, nienawidził aptekarzy i lekarzy-konowałów i wychodził do swoich gości ze strzelbą, bo Nowy Jork jest taki niebezpieczny. Jak zapewne każdy się domyśla, został też znanym pisarzem (no a jakże!), bo miał stukot maszyn do pisania we krwi albo bardziej w uszach. Teraz możemy zrozumieć słynne powiedzenie – jaka jest różnica między biednym i bogatym? Biedny jest chorym psychicznie a bogaty po prostu ekscentrykiem, bogatym ekscentrykiem. Powoli zza kurtyny wychodzi również wielka tajemnica wszechświatowa, że wszelka forma pisania i myślenia jest patologią, której nie da się zatrzymać. Uzmysłowił to wszystkim Wojciech Roszkowski9, znamienity polski naukowiec w jednej z książek. Tak właśnie było z tym Williamem, tak było! Może właśnie od niego tak naprawdę wszystko się zaczęło? A może od tego klikania w klawiaturę?

Nikt nie jest w stanie stwierdzić, w jaki sposób dochodziło do takich ożenków. Jakim sposobem najczęściej występującą parą na zerojedynkowym kobiercu ślubnym jest potentant branży zbrojeniowej i potentat branży maszyn do pisania? Możliwe to jest to coś, co wśród ludzi jest traktowane jako przypowieść lub bajka – dwie połówki pomarańczy, żyli długo i szczęśliwe i mieli cudowne dzieci? Całkiem możliwe.

Protoplaści rodziny Mainframe byli jak szesnastowieczni kolonizatorzy odkrywający nowe lądy. Przybyli do krainy algorytmów, obliczeń termojądrowych wybuchów, zerojedynkowym podejmowaniu decyzji, balistycznych ekserymentów rakietowych. Zmiany w obu rzeczywistościach – ierwszej bardzo realnej i namacalnej oraz drugiej wirtualnej i cyfrowej – zapoczątkowały wielki marsz ku świetlanej przyszłości. Zmiany mogły tak naprawdę zaistnieć dzięki pośrednikom, którzy potrafili w autystyczny sposób wymieniać informację między ludźmi i światem cyfr.

I rozprzestrzenili się jak emigranci z Europy i innych części świata, żeby pomagać w kontakcie z wirtualną rzeczywistością. Z bełkotliwego assemblera, który był pierwotnym językiem komputerów, przeszli ewolucję zasad językowych, które stały się całkiem zrozumiałe dla dwóch światów. Rozmnażali się nieugięcie dzięki miniaturyzacji połączonej z coraz większą mocą obliczeniową. Jeden procesor od momentu rozpoczęcia taktowania zostawał zaprzęgnięty w pracę nad swoim następcą, który jeszcze szybciej wymyśli następnego, jeszcze szybszego i mniejszego.

Postęp arytmetyczny i pączkowanie.

W tym przypadku smok nie zjada własnego ogona.

Wbrew prawom natury następuje ekspansja, która jak pajęczyna zaczyna krok po kroku zaczyna zasłaniać wszystko.

Grzybnia się rozrasta.

Grzybnia się rozrasta

Miniaturyzacja i nieustanny wzrost możliwości obliczeniowych spowodowały rzecz kuriozalną – dinozaury z obszaru mainframe przekształciły się w miłe i potulne zwierzątka domowe, które już w zalążku istnienia przerastały swoich poprzedników. To mniej więcej tak, jakby dinozaury ewaluowały do mniejszych form życia, żeby móc dokonać ekspansji ilościowej, tym samym doprowadzając do monopolu na istnienie na długie eony, zamiast zamarznąć jako przerośnięte do granic możliwości ślady innego życia. Ale zaraz, przecież to wcale nie jest kuriozum, całe te miniaturyzacje i moce. Mamy taki przypadek, gdzie jak nigdzie indziej, oprócz komputerów rzecz jasna, od wieków trwa Proces. Czyż nie jest to branża zbrojeniowa, która poprzez niestanne udoskonalenia daje nam ten cały pokój na Ziemi? Chyba tak. Tak właśnie jest!

Powróćmy jednak do świata, który zaczynał współistnieć na podobnych prawach, co rzeczywisty. Wstępnie wszelkie Wielkie Dane zostały przetworzone i wprowadzone w świat cyfr, teraz nadszedł czas, żeby zjednać sobie zwykłych ludzi. Nie interesuje ich obliczanie na użytek domowy naprężeń konstrukcyjnych zadaszenia garażu, nie wspominając nawet o oklepanych tematach dla komputerów, czyli balistyka, wybuchy nuklearne czy arytmetyka liniowa. To wszystko jest w telewizorze, codziennie, w wiadomościach. Zwykły człowiek chce się odprężyć więc dajmy mu to, czego pragnie! Cała naprzód ku nowej przygodzie!

Jak się rzekło, tak się stało. Zaczęły

Zatem idea „Mniej znaczy Więcej” zaczęła się ziszczać. Pojawiają się następcy, którzy chwilę później trafiają do zwykłych domów i mieszkań, bo już się mieszczą przed telewizorem monochromatycznym lub kolorowym. Stają się członkami rodziny – bawią, uczą, pomagają nawet losowo wybrać serie liczb do wypełnienia kuponów totolotka. A imiona ich to ZX Spectrum, Amstrad, Commodore, Atari, IBM, Apple, MSI, Timex. Wtapiają się z wolna jak wcześniej telewizory. Mało tego, domowe komputery nie mogły istnieć bez telewizorów, ponieważ wtedy nkt jeszcze na poważnie nie myślał o znanych dzisiaj monitorach.10 Wytworzyła się symbioza totalna w postaci wielkiej triady: telewizor, komputer i roślinka, która „zjadała“ kurz z telewizora. Był to w tamtych odległych czasach szczyt możliwości biotechnologicznych, ewolucja jednak nieprzerwanie trwała i dziś już mało kto może sobie wyobrazić postawienie małej doniczki na telewizorze. Podobno są jeszcze ludzie, którzy widzieli takie cuda na własne oczy.

Najważniejszym zadaniem komputerów domowych było zapewnić rozrywkę, coś na kształt relacji człowiek – pies. Tylko w tym przypadku ludzie byli pieskami, a komputery ludźmi. To my byliśmy wyprowadzani na spacer i rzucano nam piłeczką lub patykiem. Początkowo sesje integracyjne odbywały się raz w tygodniu, w wielu domach w piątki. Później zabawa rozrastała się na cały weekend i wszelakie święta spędzane w rodzinnym gronie. Następnie codziennie godzinę, następnie codzinnie wieczorami, następnie… I tak dalej, aż do dziś i jutra.

Niektórzy próbowali nauczyć się porozumiewać z komputerami, ale był to zaledwie promil wśród całej masy chętnych do zagrania w GRĘ! W czasach dziewiczego boomu na komputery nad światem wisiała nieprzerwanie wizja Wojny i Konforntacji, wiadomości ze świata na pierwszych stronach gazet były okraszane zdjęciami prób nuklearnych. A kioski z prasą wyglądały jak wysadzone w powietrze serią mikrowybuchów przez te nagłówki i fotografie. Takie były też gry. Raid over Moscow, Defender of The Crown,11miały przypominać o misji, miały skanalizować naszą nienawiść (kto wie tak naprawdę czy była nasza, kto wie?), miały odgrywać rolę, którą w wojsku odgrywa symulator lotu F-16 czy (takie wielkie koła, jakie były w programie „Sonda“. Na poziomie zabawy ratujmy swiat przed wszelakimi zagrożeniami! Gramy, zwyciężamy, damy radę, tu i tam!

Tymczasem w szkołach podstawowych jest już ten Promil wspomniany. Nie potrafi grać i wygrywać, ciągle musi nadrabiać miną przed wszystkimi, że jakoś mu się wiedzie. ma grube chromy i nawet nie może stanąć na bramce. Więc Promil rzuca się na bebechy komputerów, na assemblera, wszyscy się z niego śmieją, ciągle myślą, że postradał zmysły. On zaś wie, że może nie trafi dzięki tej dłubaninie do składu podwórka w piłkę nożną. No dłubie tak zagorzale, że chłopaki grali w piłkę, a Promil dłubał i dłubał. Assembler był czymś, nad czym mógł zapanować. Poznawał ten język, który pozwalał Promilowi przejść na druga stronę lustra. Można przypuszczać, że William Buroughs mógł to doskonale zrozumieć, ale w latach ’80 był już starszym panem i zamiast wchodzić na nowy grunt wolał pozostać przy wypróbowanych od lat metodach wchodzenia do innych światów, takich jak heroina, psylocybina czy inne takie. Z kolei Promil był dopiero w podstawówce i nie dane mu było spróbować innego świata oprócz tej namiastki wirtuala.

Znajomość języka maszynowego była najgorszym piętnem, jakie mogło spotkać ucznia w szkole podstawowej. Nie grałeś w piłkę – luz, nie chodziłeś na randki i dyskoteki – luz, wzbraniałeś się przed zapaleniem papierosa – luz. Rozumiałeś komputer, ale nie lubiłeś grać w gry – wtedy dopiero miałeś przejebane! Nawet jakbyś chciał się poprawić i zapalić pierwszego peta, pójść na dyskę czy zmusić się do gry w piłkę – ni chu chu, nie było szans powrotu. Już na zawsze pozostałeś „Komputerowcem“ lat osiemdziesiątych. Czułeś się jak Żydzi w średniowieczu posądzani o roznoszenie dżumy. Podstawówkowy ostracyzm to nie przelewki! To jest taki dół, że trzeba czekać do liceum, żeby zmazać wszelkie grzechy i zacząć nosić soczewki kontaktowe zamiast bryli!

Ale coś trzeba było robić w życiu jak przyklejono etykietę „Komputerowiec“ w piątej lub szóstej klasie. To jeszcze dwa, trzy lata odsiadki! No to co! Trzeba było dłubać w tych kompach. Gdzieś w gazecie przeczytał Promil jeden z drugim, że są jakieś wymiany informacji przez modemy i linie telefoniczne. Usłyszały Promile, że w stacjach radiowych nadają cyfrowe dźwięki, które można nagrać na kasetę i później wgrać do komputera. No i były jakieś dziwne bbs-y i giełdy komputerowe. I ujrzały te Promile siebie nawzajem i były bardzo zdziwione, że jest ich tak dużo, tak zupełnie nie promilowo lub nie odsetkowo.

Na szczęście nasycenie Promilami we wchodzącej generacji było z góry przesądzone. Dało się to łatwo obliczyć na komputerze. Wynik brzmiał: margines społeczeństwa.

Niesamowite było to, że wiele generacyjnych przemian z podążającą w pierwszym szeregu najgłośniejszą frakcją. Lata ’60 – rock&roll i hipisi, lata siedemdziesiąte – punk rock. A w osiemdziesiątych nagle pojawiają się nielubiane mózgi komputerowe. Później znowu grunge, zaraz po nim techno. No ale w tych wyliczeniach te mózgi zupełnie nie pasują.

– Dzizas, jaka siara, ja jebie – mam się z nimi identyfikować? Ni chuja! – to typowy przykład odpowiedzi na propozycje wstąpienia w szeregi nowych gniewnych.

I wkraczali w lata ’90 jak samotne poobijane przez życie łamagi życiowe. Siedzieli i klikali w klawiatury ZX Spectrum, Atari, Commodore, MSX, Amstrada i weszli do ostatniej dekady z Apple i PC 486.

W podstawówkach, do których chodzili, nie było żadnych komputerów albo jeden na specjalną okazję. Szkoły średnie miały komputery i lekcje informatyki były na słowo honoru z zeszytami zamiast monitorami. Nikt Promili nie traktował poważnie. Nie mogli pójść do technikum informatycznego, bo takiego tworu nie było.

Nie było też telefonów komórkowych, ale to już inny temat do rozważań.

Musieli się organizować samodzielnie, pomijając oficjalny system edukacji. I zaczęli dorastać, pojawiły im się pierwsze pryszcze i wszystko to, co ze sobą niosą. A niosły Zło w najgorszej postaci!

Wspomniano wcześniej, że w ;atach ’90 pojawił się nurt muzyczny zwany grungem. Promile uznały, że czarne rozciągnięte bluzki i swetry oraz flanelowe koszule dokonają idealnego kamuflarzu. Ale ci od grungu pili i jarali jointy. Promilom spodobały się promile w piwach i winach. Dodatkowo odkryli, że THC w marihuanie fajnie komponuje się z ich tajemniczym światem assemblera, wszelkich kodów źródłowych i nakładek programistycznych.

Tak więc pili i grali w dobre gierki, które ściągali z torrentów, a później znów pili za hajs. Najlepiej jak zapalili skręta i oddawali się orgii liczb w systemach dwójkowych, szesnastkowych. Powoli otwierali cyfrowe oko na świat. To szyszynkowe oko jeszcze czekało na premierę godną psychodelii lat ’60.

I z brzydkiej gąsienicy, kokon, a z kokona w motyla. Tak Promile bocznymi drzwiami weszły na salony undergroundu wszelakiego. Grunge, trunki i marihuana to dopiero początek szalonej drogi. Byli szybsi od oficjalnych informacji, bo zdobywali je sieci. Zaczęli znajdować informacje, których pozornie nie ma, bo po co ich szukać? Na przykład jak hodować skuna pod halogenami? Albo na początku lat ’90 wiedzieli o kaskach VR, w ogóle wiedzieli coś o VR!

Wkracza techno i wraz z nim możliwość przeistoczenia się Promili w bywalców klubów, impez techno. Zaprawieni w bojach przy alkoholu i marihuanie zaczęli się otwierać na nowe sposoby poznawania komputerów i oprogramowania. Do użytku codziennego dołączyli dietę w postaci LSD, MDMA, amfetaminy i innych specyfików, dzięki którym nie trzeba było posiadać osławionego, enigmatycznego zestawu VR, tego od NASA.

Wystarczyło


1  ENIAC (od ang. Electronic Numerical Integrator And Computer – Elektroniczny, Numeryczny Integrator i Komputer) – komputer skonstruowany w latach 1943–1945 przez J.P. Eckerta i J.W. Mauchly’ego na Uniwersytecie Pensylwanii w USA. Zaprzestano jego używania w 1955 r.

Do roku 1975 uważany był za pierwszy elektroniczny komputer na świecie, jednak teraz o miano to ubiegają się również – po odtajnieniu danych brytyjskich – maszyny Colossus oraz niemieckie Konrada Zusego[1]. Do miana pierwszego elektronicznego komputera na świecie pretenduje także komputer ABC[2] (od ang. Atanasoff-Berry Computer), zbudowany w Iowa State University na wydziale Computer Science[3] przez Johna Vincenta Atanasoffa i Clifforda Berry’ego w latach 1937–1942.

ENIAC był bardzo innowacyjny: posiadał właściwość przetwarzania równoległego oraz oddzielne funkcjonalnie moduły jednostki arytmetycznej i pamięci. Mauchly i Eckert opatentowali tę konstrukcję, sprzedając prawa patentowe firmie Sperry Rand. Firma ta zaczęła domagać się opłat licencyjnych od innych firm, co doprowadziło do wytoczenia procesu przez Honeywell w celu podważenia patentu. Po wieloletnim procesie sądowym, w październiku 1973 roku, sędzia federalny Earl R. Larson podjął decyzję unieważniającą patent ENIAC-a, uznając że zapożyczał on rozwiązania z wcześniejszego projektu komputera ABC Johna Vincenta Atanasoffa[4][5].

ENIAC zajmował powierzchnię ok. 140 metrów kwadratowych. Nie miał pamięci operacyjnej i początkowo programowany był przez przełączanie wtyków kablowych, natomiast później za pomocą kart perforowanych.

2  Atanasoff-Berry ComputerABC – maszyna do rozwiązywania układów równań algebraicznych liniowych, z uwagi na zastosowanie przez konstruktorów lamp elektronowych uważana za pierwszy działający prototyp specjalizowanego elektronicznego komputera cyfrowego[1]. Została skonstruowana w roku 1939 przez Johna Atanasoffa i jego studenta Clifforda Berry’ego kosztem 650 USD. Zastosowano w niej dwójkowy system liczbowy, a maszyna nie była programowalna.

Maszyna – wielkości sporego biurka – pracowała wolno i wymagała stałego nadzoru człowieka-operatora, ale mimo to była około 1000 razy szybsza od stosowanych wówczas urządzeń mechanicznych. Zawierała 270 lamp elektronowych, z czego ok. 210 działało na rzecz jednostki centralnej, 30 służyło obsłudze czytnika danych i perforatora kart, a pozostałe odgrywały rolę pomocniczą.

W roku 1948 została zdemontowana bez wiedzy Atanasoffa przez urzędników z Iowa State University, zachowało się tylko kilka oryginalnych elementów.

W październiku 1973 r. komputer ABC stał się powodem unieważnienia patentu na komputer ENIAC[2][3]. Po wieloletnim procesie sądowym wytoczonym przez Atanasoffa twórcom ENIAC-a, sędzia federalny Earl R. Larson podjął decyzję unieważniającą patent ENIAC-a i przyznał Atanasoffowi miano wynalazcy elektronicznego komputera cyfrowego (ang. electronic digital computer[3]

3  Konrad Zuse (wym. [cụ:zə][1]; ur. 22 czerwca 1910 w Berlinie, zm. 18 grudnia 1995 w Hünfeld) – niemiecki inżynierkonstruktor, pionier informatyki; konstruktor wczesnego komputera działającego w systemie binarnym.

Konrad Zuse urodził się w rodzinie Emila Zuse i Marii z domu Crohn. Gdy miał dwa lata, rodzina wyprowadziła się do Braniewa w Prusach Wschodnich, gdzie jego ojciec otrzymał posadę urzędnika pocztowego[2]. W Braniewie uczęszczał do gimnazjum Hosianum[3]. W 1923 roku, gdy Konrad był w 9 klasie gimnazjum, rodzina przeprowadziła się do Hoyerswerdy.

Konrad Zuse od 1935 roku studiował na Politechnice Berlińskiej. Pracował w Henschel Flugzeug-Werke AG. W 1936 r. uzyskał patent na pamięć mechaniczną. W latach 1939–1958 skonstruował serię elektromechanicznych i elektronicznych maszyn liczących (wykorzystywanych m.in. do projektowania geometrii skrzydeł samolotów niemieckich w czasie II wojny światowej) – najbardziej znana to Z3, skonstruowana w 1941 r., pierwsza w historii w pełni działająca programowalna maszyna licząca. W 1958 r. zaprojektował ploter (maszyna Z64). Od roku 1949 do 1969 prowadził własne przedsiębiorstwo Zuse KG.

Konstrukcje Zusego: Z1Z2 i Z3 nosiły początkowo nazwy V1, V2 i V3 (Versuchsmodell – model eksperymentalny); zmienił ten kryptonim, by nie popaść w kolizję z nazwami niemieckich broni V. Oryginalne egzemplarze tych maszyn uległy zniszczeniu w trakcie wojny. Maszyna Z4 (konstruowana w latach 1942–1945), częściowo zachowana po wojnie, została skompletowana i uruchomiona w 1950 roku na politechnice Eidgenössische Technische Hochschule (ETHZ) w Zurychu w Szwajcarii. Była używana do obliczeń naukowych. Kolejna konstrukcja, Z5, posłużyła do obliczeń w dziedzinie optyki dla przedsiębiorstwa Leitz.

rzedsiębiorstwo Zusego, Zuse KG, skonstruowało i wyprodukowała kilka modeli komputerów, w tym przekaźnikowy Z11, lampowy Z22, tranzystorowy Z23. Zuse KG stała się częścią koncernu Siemens AG w roku 1969.

Konrad Zuse otrzymał wiele nagród i wyróżnień, m.in. osiem doktoratów h. c., dwa tytuły honorowego profesora (od uniwersytetów w Getyndze i Szczecinie).

Otrzymał też:

  • Werner von Siemens-Ring (1964)
  • Harry Goode Medal od American Federation of Information Processing Societies, (1965)
  • German Diesel Medal (1969)
  • Austrian Exner Medal (1969)

4  Honeywell – amerykański wielobranżowy koncern przemysłowy, założony w roku 1906, z siedzibą w Morristown w stanie New Jersey. Stale znajduje się w Fortune 500.

5  Sperry Corporation – amerykańska firma informatyczna powstała w 1910 r. jako Sperry Gyroscope Company, zajmująca się pierwotnie wytwarzaniem i sprzedażą wyposażenia do nawigacji. W 1933 firma została przemianowana na Sperry Corporation, a w 1955 połączyła się z Remington Rand, tworząc Sperry Rand. W 1960 Sperry wprowadziła na rynek komputery serii 1100 – wersja 1108 była pierwszym komputerem wieloprocesorowym. W 1976 firma opracowała pierwszy podsystem cache’owania pamięci dyskowej.

1986 Sperry Rand połączyła się z Burroughs Corporation, tworząc istniejącą do dzisiaj firmę Unisys Corporation.

6  Remington Rand – amerykański producent sprzętu biurowego i informatycznego, powstały w 1873 r. jako E.Remington and Sons po wydzieleniu z Remington Arms.

Pierwszym produktem przedsiębiorstwa była maszyna do pisania – po ponad 50 latach, w 1925 r., już jako Remington Typewriter Company, firma wyprodukowała pierwszą elektryczną maszynę do pisania. W 1927 Remington połączył się z Rand Kardex, tworząc Remington Rand.

W 1949 r. Remington Rand opracował maszynę 409, która była pierwszym komputerem przeznaczonym dla biznesu, sprzedawanym później jako Univac 60 i 120 – był to też pierwszy komputer użyty przez amerykański the U.S. Internal Revenue Service. W 1950 firma nabyła Eckert-Mauchly Computer Corporation, twórcę UNIVAC I. W 1953 Remington Rand opracowała UNIVAC 1103, pierwszy komercyjny komputer z pamięcią RAM.

W 1955 Remington Rand połączyła się z firmą Sperry Corporation, tworząc Sperry Rand.

7  Burroughs – amerykańskie przedsiębiorstwo informatyczne z wczesnego okresu umaszynowienia przetwarzania informacji.

Spółka powstała w 1886 r. pod nazwą American Arithmometer Company i zajmowała się produkcją oraz sprzedażą pierwszych udanych rynkowo maszyn liczących, których wynalazcą był William Seward Burroughs. W 1905, dla jego uhonorowania, została przemianowana na Burroughs Adding Machine Company, a w 1911 wprowadziła na rynek pierwszą maszynę do dodawania i odejmowania. W 1923 Burroughs opracowała maszynę do księgowania z bezpośrednim mnożeniem, w 1925 opracowała pierwsze przenośne (ważące ok. 20 funtów ≈ 9 kg) maszyny do dodawania, co znacznie spopularyzowało obliczenia maszynowe – do 1928 sprzedano około miliona tych urządzeń. W roku 1953 firma zmieniła nazwę na Burroughs Corporation zaczynając produkować komputery, głównie dla banków. Burroughs wprowadziła też w 1953 r. pierwszą 10-klawiszową maszynę do dodawania, a w 1959 r. opracowała technikę rozpoznawania znaków.

W 1961 r. pojawił się pierwszy dwuprocesorowy komputer z pamięcią wirtualną – Burroughs B5000 Series przeznaczony specjalnie do programowania w języku Algol, z systemem operacyjnym MCP (Master Control Program). Pewne zastosowane w nim rozwiązania o dekadę wyprzedziły maszyny z systemem Unix. Z kolei w 1981 r. ukazała się A Series.

W 1986, po stu latach istnienia, Burroughs połączyła się z przedsiębiorstwem Sperry Corporation, tworząc Unisys Corporation.

8  William Seward Burroughs II (ur. 5 lutego 1914 w Saint Louis, zm. 2 sierpnia 1997 w Lawrence) – amerykański pisarz i poeta, także aktor i scenarzysta filmowy. Wiele fragmentów jego twórczości zawiera elementy autobiograficzne; sam widział swoje dzieła jako jedną wielką księgę. Obok Allena Ginsberga i Jacka Kerouaca główny przedstawiciel ruchu artystycznego Beat Generation, popularny także w środowisku hippisów oraz obyczajowych rebeliantów lat 60. XX wieku. Często tematem jego dzieł były doświadczenia związane z zażywaniem opiatów oraz homoseksualizm.

9  Wojciech Stefan Roszkowski (ur. 20 czerwca 1947 w Warszawie) – polski ekonomista, historyk i nauczyciel akademickiprofesor nauk humanistycznych (1996), profesor Szkoły Głównej Handlowej w Warszawie (1991–2010); poseł do Parlamentu Europejskiego VI kadencji (2004–2009). Autor wznawianych publikacji poświęconych historii Polski w XX i XXI wieku, a także nagradzanej książki Roztrzaskane lustro. Upadek cywilizacji zachodniej. Kawaler Orderu Orła Białego[1].

10  Powinno się tu pojawić drobne wyjaśnienie. Monitory w tamtych czasach istniały, ale były tak obrzydliwie drogie, że nikt przy zdrowych zmysłach nie zakupiłby takiego ustrojstwa do domu. Szczególnie że nie można było na nim oglądać kanałów telewizyjnych. Zdrowe zmysły nie dotyczyły oczywiście urzędów, wojskowości czy korporacyjnych biur, gdzie monitory były na porządku dziennym, bo były obrzydliwie drogie, nie mogły odtwarzać kanałów telewizyjnych, a paprotki „zjadające“ kurz zsuwały się z pochyłości i nie stanowiły konkurencji dla sprzątaczek, ścierających kurz i pot ze stanowisk pracy funkcjonariuszy, urzędników i pracowników burowych.

11  Znaleźć nazwy gier z lat 70-80

Droga pomidora

Nasi dziadkowie i rodzice często planowali jadłospis domowy z wyprzedzeniem, najczęściej tygodniowym. Do dziś w wielu domach w zamrażarce czekają zamrożone potrawy i półprodukty specjalnie przygotowane na obiady, które bez zastanawiania wyjmuje się i gotuje, pozbywając się ciągłego zastanawiania nad dylematem w wielu domach: co dziś zrobić na obiad?!

Wiemy, że czasy idą naprzód. Nie ma kartek na mięso, a w zamrażarce tylko lód. Brak czasu powoduje, że zamawiamy pizzę z dowozem, czasami szastamy produktami na szybko kupionymi w marketach. W lodówce leży mnóstwo żywności, która marnieje z braku pomysłu na nią.

Przy odrobinie samozaparcia możemy wskrzesić tradycję mam i babć w sposób uszyty na miarę teraźniejszości. I tak jak one spróbować z wczorajszych ziemniaków zrobić kopytka, pyzy czy kluski śląskie. I przenieść ten pomysł na inne warzywa i owoce.

Jak to osiągnąć? Przykładem może być zwykły pomidor. Szlak pomidora może wyglądać następująco:

Poniedziałek – zupa pomidorowa z makaronem.

Wtorek – w garnku zostało pół garnka zupy i odrobina makaronu. Nikt nie chce już zupy, wszyscy w domu zastanawiają się nad zamówieniem czegoś na wynos. Tu przypomina nam się wczorajszy obiad. W lodówce została resztka koncentratu, zupełnie przypadkowo w szafce z puszkami znajdujemy pomidory krojone, makaronu pod dostatkiem. Resztę drogi już wszyscy znają – dziś na obiad będzie spaghetti!

Środa – powstał dylemat w środku tygodnia. Przejadły się już pomidory czy jeszcze nie? Po wtorkowym obiedzie został bowiem sos pomidorowy. Jeśli mamy już dość pomidorów, to tworzymy coś nowego a sos wstawiamy do lodówki.

Jeśli nie ma czasu na wybrzydzanie i obojętnym jest, co by zrobić na obiad, byleby zjeść i nie czekać na dostawę 45 minut, to może pizza?! Ciasto w cieplejszym miejscu wyrośnie w pół godziny, zetrzyjmy trochę sera, nagrzejmy piekarnik, rozgniećmy ciasto. Sos pomidorowy znika do posmarowania ciasta, my praktycznie w 45 minut zamiast jednej pizzy mamy trzy. Wszystko bez nerwowego obgryzania paznokci podczas odliczania minut do przybycia dostawcy z pizzerii.

Dodatkowo pośrednio zaoszczędziliśmy na paliwie, bo nikt nam tego jedzenia nie przywoził. Nie mamy też w domu hałdy opakowań styropianowych, papierowych i plastikowych, w które zazwyczaj pakuje się dania na wynos.

Powyższe wskazania można zastosować do wielu produktów. Potrzebna jest tylko odrobina wyobraźni. Jak nasze mamy i babcie.

Kotlety chlebowe

Nawet w sytuacji ograniczonego czasu możemy jednak wyjść z takiej sytacji obronną ręką. Sprzątając resztki pieczywa przygotujmy miskę i powrzucajmy do niej wszystko. Pokruszmy na drobno co się da i całość zalejmy ciepłą wodą, mlekiem lub maślanką, żeby rozmiękczyć całość wraz z twardszymi kawałkami.

Mamy teraz przygotowaną masę podstawową, do której, w zależności od zasobów lodówki i szuflad z przyprawami, dodajemy co nam się żywnie podoba. Podstawą z pewnością są zioła, które nawet w przypadku braku czegokolwiek bardziej wartościowego spełnią doskonale swoje zadanie. Dodajemy więc czosnek niedźwiedzi, majeranek, zioła prowansalskie, paprykę wędzoną dla lubiących posmak wędzonki – do wyboru, do koloru.

Oczywiście możemy dodać końcówki serów z lodówki, resztę oliwek ze słoika czy posiekać cebulę – wykorzystajmy po prostu to, co i tak za tydzień lub dwa wylądowałoby w koszu z odpadkami.

Na koniec mała podpowiedź: jeśli pojawi się sytuacja, kiedy masa jest zbyt rzadka, aby uformować i usmażyć kotlety, zastosujmy odrobinę bułki tartej, którą zapewne mamy w domu. To pozwoli nadać odpowiedni kształt i zapobiegnie rozpadnięciu się na patelni.