Cyganie – wersja alternatywna 2

Matka się bała. Obsesyjnie. Cały czas. Chyba do końca komuny się bała. Nie była wtedy żadną personą opozycji, nie. Jej strach był bardziej przyziemny, można powiedzieć, że była to paranoja lub schizofrenia. Moja matka bała się Cyganów!

Jesteśmy na wsi na wakacjach – moja matka gada jak zwykle o tym, że przyjeżdżali Cyganie i kury kradli. Mieszkamy koło Rajskiej, gdzie Cyganie stoją pod totolotkiem – mówi do mnie, żebym nie patrzył na Cyganki, a broń boże pozwolił się dotknąć, bo mnie ukradną. Cyganie wchodzą do domu niby sprzedać dywan, a jak go rozkładają to przy okazji przeszukują szafki i kradną złoto i dolary! Złoto i dolary! Nie otwieraj nieznajomym! Matka mówi! No było wiele razy, żeby nie otwierać w serialu „Nikogo nie ma w domu“, to się słuchałem. Nikt do dziś (tfu!) nie sprzedał mi dywanu za złoto i dolary (tfu!)!

A za młodu w Sopocie to matka też miała problemy. Bo nie mogła się opędzić od Cyganek przy dworcu i na Monciaku. Ciągle te Cyganki! I palić nie było można w spokoju, bo ciągle pytały o papierosa! Jak one matkę wkurwiały! I jak ona się ich bała!

A czy jak jednocześnie ktoś lub coś wkurwia i jednocześnie się tego boimy, a później opowiadamy wszystkim dookoła, łącznie z własnym dzieckiem, totalne pierdolety o najgorszych Cyganach, to nie jest to jakaś odmiana paranoi? A może jakieś nazistowskie mentalne sado-maso na poziomie rasy, karnacji skóry? Nieważne, zwał jak zwał.

Dziwnym trafem pierwsze zaprzestanie matczynych tyrad cygańskich nastąpiło, kiedy przeprowadziliśmy się ze śródmieścia Gdańska na Karwiny w Gdyni. Wtedy odetchnęła! Ale czujna była cały czas! To że osiedle na peryferiach to nie znaczy, że nigdy tu nie dotrą!

Ooo nie, niedoczekanie! Była czujna i zdeterminowana jak Maryja w Ostatnim kuszeniu Chrystusa! I węszyła, ale nic nie wywęszyła. Zajęła się węszeniem wśród rodziny i sąsiadek, napawając się zapewne wyimaginowanymi zwycięstwami nad żoną kuzyna podczas rodzinnej imprezy albo nad sąsiadką Eleonorą, której nieprzerwanie sączyła pół na pół swój wrodzony jad i intelektualną wyższość wobec wszystkiego, co żyje.

A potem poszedłem w powoli w świat i widziałem Cyganów już swoimi oczami. Zaczęło we mnie kiełkować dziwne uczucie. Nie zawsze ci, których kochamy bezwarunkowo mówią słowa uczciwe wobec innych. Powiedzmy sobie szczerze – kłamią! A jeśli kłamią w jednej tylko kwestii, to ciężko później odeprzeć zarzut, że istnieje przypuszczenie, że kłamią we wszystkich ważnych kwestiach życiowych. Smutne, ale prawdziwe.

A ja po prostu chciałem się dowiedzieć, czy rzeczywiście Cyganie są aż tak źli, przebiegli i czekający na okazję, żeby komuś zrujnować życie? I rozpocząłem wieloletnie śledztwo na tle rasowym i kulturowym. A wiadomo, że ciekawość to pierwszy stopień do piekła, a poznanie smaku owocu z drzewa wiadomości dobrego i złego może zrujnować wielu śmiałkom życie. Może wręcz doprowadzić do śmierci, jak to było z Kainem i Ablem! Oj tak!

Jak więc widać, już sam początek tej „podróży“ nie był krzepiący. Wyobraźcie sobie dziecko, które matka zostawia na pastwę losu z zkłamanym obrazem rzeczywistości. Jakby poiła odrobiną wódki, żeby spało i nie płakało pod bankiem, kiedy ona prosi o datki. I że takiepijane dziecko zostawia pod tym bankiem i ucieka. Analogia do opowieści o cygańskich „żebraczkach“ zupełnie nieprzypadkowe. Tylko Cyganka nie zostawi dziecka i powróci do

No i rozpocząłem wędrówkę długą i zwodniczą jak jak ta Odyseusza. A zacząłem dość dziwnym szlakiem.

Poznałem Henry’ego Millera, a z jego polecenia zostałem przedstawiony Blaise Cendrarsowi. I urzekł mnie ten Francuz swoimi opowieściami o Rosji, Paryżu, Marsylii i właśnie rzeczonych Cyganach. Dzięki niemu dowiedziałem się, że są twardzi, honorowi (ale posiadając swój własny kodeks) i pomimo bałkańskich opowieści potrafią stać twardo na ziemi, czasem wzlatując w pieśniach i tańcach pod nieboskłon. Przepraszam, przypomniało mi się w tej chwili, że wielokrotnie Marek Niedźwiedzki prezentował w latach ’80. w swoich audycjach radiowych i programach telewizyjnych Gypsy King‘s. co już kolidowało z paranoicznym podejściem mojej matki.

Wiedziałem doskonale o Cygankach z rogu Rajskiej i Heweliusza, tych słynnych, które stojąc pod totolotkiem były w stanie wciągnąć w swoją grę o kilka szczęśliwych liczb. Mało kto zwracał uwagę na to, że dziwnym trafem same nie grały, czy może główna wygrana będzie podzielona między szczęśliwcem zasięgającym rady a śniadą Aryjką, która użyczyła swej wiedzy z ograniczoną odpowiedzialnością. Druga z wersji, wtedy przeczywana a teraz zupełnie niedorzeczna, nie mogła oczywiście zaistnieć. Nikt nie jest taki głupi, żeby się podzielić wygraną na gębę, zwał jak zwał, a w szczególności dziewczyny z przycumowanego do chełmskiego osiedla taboru.

Drugim miejscem, gdzie często przystawały Cyganki, był Stary Młyn, gdzie za komuny znajdował się jeden sklep, wzbudzający wśród Polaków westchnienia za luksusem, zapachy zachodnich półek sklepowych i obietnice dostatniej przyszłości w kapitalistycznym śnie. Sklep ten był jak sen, a sen ten nazywał się Pewex. A między totolotkiem a Pewexem były jeszcze złotnik, zegarmistrz, Delikatesy i Delicje. A wszystko to spowijał cień hotelu Heweliusz. Tak więc po prostu wypadało tam stać.

Po roku 1989 Romki stały tam już chyba tylko z przywyczajenia, bo przez dłuższy moment mniej ludzi wierzyło w totka, a więcej w giełdę i działalność gospodarczą. Pewexu w Starym Młynie już nie było, w zamian zaserwowano od groma butików i nazwano szumnie centrum handlowym. Delikatesy spowszedniały, a Delicje przez lata chyliły się ku upadkowi.

I wtedy stanąłem pod Starym Młynem. A powodem przystanku Cyganka. Pewnym siebie i głębokim głosem:

– A młodzieniec nie chce wróżby? Młodzieniec może się o ukochanej dowiedzieć czegoś. Ma ukochaną?

– Tak.

– To da pieniążek, to ja powróżę.

– Tylko nie mam pieniędzy.

– Czuję papierki w kieszeniach. Pewnie ma pieniążek, banknocik. Sprawdzi a ja powróżę.

Poszperałem i tak, prawdę Cyganka mówiła, miałem pieniążek. Bilet, nieskasowany.

– Mam bilet. Ważny, czyli ma wartość. Na tamtych zresztą też piszą, że bilet.

– Tfu, może i bilet, ale wolę gotówkę. A fajkę ma?

– Mam.

– To da kochanek bilet i fajkę, a ja dam wylosować kartę.

Podeszła do mnie druga Cyganka, o wiele starsza.

– Swoją talię podam. Niech z mojej ciągnie kochanek.

No i wylosowałem. Odwracam kartę i widzę króla pik. Cyganki spojrzały po sobie, wzięły ode mnie kartę i zniknęły w tłumie przechodzących jak we mgle. I tak zostałem Królem Pik.

Wiele lat po tym zajściu spróbowałem odnaleźć sens tego Króla Pik, którego wylosowałem. Pytałem ludzi, którzy cokolwiek wiedzą na temat kart i wróżenia. Odpowiedzi zbliżone były do tych z internetu:

– brunet, władza, doświadczenie

– król wszystkich kart

– urodzeni 1. stycznia

– mądrość, cierpienie, władza

– znający prawdę o życiu i śmierci, zmartwychwstaniu i życiu wiecznym, określani w tym przypadku jako fanatycy; Król Pik = Fanatyk

– karta, którą wylosowałem, była dla wróżącej Cyganki informacją, kim jest osoba, której stawia się wróżbę

Cyganka

Ukradła cyganka kurę
Dostała za to burę
Cygankę powiesili
I jeszcze na nią mówili
Ukradła cyganka kurę…

Migdałowe oczy miała migdałowe
Już na chmurze płyną oczy w niebo granatowe
Kto za nimi płacze?
Tylko, tylko deszcze
Tylko wrona kracze
Jeszcze, jeszcze, jeszcze
Jeszcze, jeszcze
Deszcze, deszcze
Deszczu płacz

Oj ludzie, ludzie pacierze zmówcie za migdałowe oczy jej
Oj ludzie, ludzie duszy nie zgubcie cyganki tej

Migdałowe oczy miała migdałowe
Już na chmurze płyną oczy w niebo granatowe
Kto za nimi płacze?
Tylko, tylko deszcze
Tylko wrona kracze
Jeszcze, jeszcze, jeszcze
Jeszcze, jeszcze
Deszcze, deszcze
Deszczu płacz

Ukradła cyganka mała
Ukradła, bo tak chciała
Sukienkę poplamiła
I serce młode zgubiła
Ukradła cyganka kurę

Migdałowe oczy, usta purpurowe
A do tego jeszcze niebo, niebo granatowe
Kto za nimi płacze?
Tylko, tylko deszcze
Tylko wrona kracze jeszcze, jeszcze, jeszcze
Jeszcze, jeszcze
Deszcze, deszcze
Deszczu płacz

Oj ludzie, ludzie pacierze zmówcie za migdałowe oczy jej
Oj ludzie, ludzie duszy nie zgubcie cyganki tej

Migdałowe oczy, usta purpurowe
A do tego jeszcze niebo, niebo granatowe
Kto za nimi płacze?
Tylko, tylko deszcze
Tylko wrona kracze jeszcze, jeszcze, jeszcze
Jeszcze, jeszcze
Deszcze, deszcze
Deszczu płacz

Kto w te bzdury wierzy
Na złość sobie robi
Kto na świecie widział,
Kto na świecie słyszał
Wierzyć cyganowi

Deszczu płacz

Był rok 1989

Opowiem wam coś. Był rok 1989, a my mieliśmy przeżytych tyle lat, że nie zdawaliśmy sobie sprawy, że ktoś nas zaczął ruchać w dupę. Dlaczego? A dlatego, że byliśmy mniej więcej rocznikiem 1976 plus minus kilka lat. Czyli za mało, żeby nachapać się chochlą dobrodziejstw wczesnego kapitalizmu, za dużo zaś, żeby pozbyć się wlokących się z nami dobrodziejstw schyłkowego komunizmu. Byliśmy skazani na dryfowanie na kulawej barce przez całe lata dziewięćdziesiąte. Później dowiedzieliśmy się, że byliśmy i wciąż jesteśmy pokoleniem X, które jak wszystko w Polszy, zadziałało z opóźnieniem w porównaniu do reszty świata. Tak samo działały przemiany gospodarcze po 1989 roku – kto wiedział kim ma być, ten nim po prostu zostawał. Różne były zamiary i plany. Jeden zostawał tym, kim Zbigniew Zamachowski z Białego Kieślowskiego. Inny z kolei osiągnął to, co Marek Kondrat w Dniu świra Koterskiego. Pokolenie X chłonęło tylko wiadomości dla siebie z tych klasyków filmowych i próbowało przewiosłować do nowego tysiąclecia z jako taką orientacją w sprawach życia lub przeżycia.

Z pewnością skreślonymi społecznie byli nasi rodzice, którzy mieli za zadanie przecisnąć świeży Balcerski1 kapitał na własnych barkach wieloletniego stażu w kleszczach komuny. Rok po roku coraz bardziej gubili się na rynku pracy lub wręcz zostawali przygnieceni machiną przemian. Stanowili odpad rewitalizacji balcerskiego raju. Byle do emerytury, byle jakiejś.

Rodzice nic nie wiedzieli o kapitalizmie, bo widzieli go tylko w amerykańskich filmach i marzeniach o emigracji. Nie mogli też przed niczym ostrzec swoje dzieci, bo równie jak one byli bezbronni a zamiast emerytury barka prowadziła ich na drugą stronę Styksu.

Najlepiej wypadli ci, którzy byli w miarę młodzi, ale już nie wgłowie było im dorastanie. Postawili na sukces i nawet największe życiowe ofermy dostały swoją część batonika. My, pokolenie X, dryfowaliśmy ze starymi ku przepaści. Janusze wczesnego kapitału płodzili dzieci, które miały do reszty zmieść wszystkie zacofane jednostki lub całe ich grupy. Tak śnili ojcowie sukcesu o swoich pociechach zapisywanych na coraz to nowe zajęcia dodatkowe. Tytani Pracy, Niezmordowani, istni synowie i córy Królów Sedesów!

Tylko przez jakieś nieprawdopodobne roztargnienie żaden z ojców czy matek nie doliczył do całego rachunku konfliktu międzypokoleniowego w rodzinach. My, pokolenie X, mogliśmy się buntować przeciw starym na masę sposobów, łącznie z przedwczesną śmiercią, ale jedno musiało działać non stop. Musieliśmy mieć kasę, ale nie mogliśmy oczekiwać jej od rodziców, bo sami jej nie mieli. Dzieci Filarów Kapitału, Mecenasów Mnożenia Mamony, znane powszechnie jako Pokolenie Y albo Milenialsi musieli się zbuntować na swój odrębny sposób. Żadna głupia praca nie rekompensuje kieszonkowego. Ojca nie w domu, matka na też poza domem, dwa samochody, a milenialsi z kieszonkowym tatusiowym penetrują stanowiska pracy bez cienia przekonania o jakiejkolwiek korzyści z wykonywanej pracy. Pokolenie Y odrzuciło tak naprawdę ogromną ilość tego, w co święcie wierzyli rodzice: kasa, klasa, kasta. Mało tego, te dwa pokolenia XundY wyrównały różnice postrzegania świata między Wschodem i Zachodem. Bunt się zasymilował w XY i milenialsi akceptując zastrzeżenia poprzedników, zanurzyli się w otchłanie wymoszczone, ni mniej ni więcej niż przez Nas – urodzonych między Gierkiem, KORem i Ursusem a sukami, koksownikami i gazem na ulicach. Potworna to była mieszanka – techno, grunge, hip-hop, manga, gaming, narkotyki, Tarantino tańczy ze Stonem, Jarmusch z Andersonem też tańczą, przy stoliku siedzą Maklakiewicz z Himilsbachem i piją wódkę z Iggy Popem i [bla,bla,bla]

Podobno filmem sztandarem dla pokolenia X byli (są?) Sprzedawcy (org. Clerks. Czy się podobał? Jasne! Wielu z nas nie zdawało sobie sprawy z tego, że oglądają swoją przyszłość w instytucjach zapewniających działanie widzialnych i niewidzialnych Mrodorów. Kupno – sprzedaż, kupno – sprzedaż, pieniążki z rączki do rączki, a niech to!

Ale zacznijmy od początku…


1  Dla wszystkich tych, którzy nie wiedząc jaka jest pseudoetymologia neologizmu „Plan Balcerka“, i oczywiście nie znając samego słowo „etymologia“ czy „neologizm“, pomijając już zupełnie „przedrostek“ „pseudo-“, wyjaśniam – bluźniercza gra słow i neologizmów dotyczy „Planu Balcerowicza“ i Balcerka z Alternatyw 4. Jednym słowem – Balcerkowe metody Balcerowicza. Tylko Balcerek miał jedną cechę, której nie dane było mieć piewcom Wolnego Rynku – empatię godną ludzi honorowych. Jeśli przyglądacie się wspólczesnym Mordorom, to można to porównać do mentalności 99% wyższej kadry kierowniczej każdej ze współczesnych dużych firm. Bezwzględność półświatka pozbawiona honoru i wprowadzona w drogich garniturach i perfumach na salony. Zestawienie to zupełnie paradoksalne (bo każdy lubi Balcerka), ale pozbawione zupełnie przypadkowości i mimo wszystko bardzo klarowne i logiczne. Z całym szacunkiem oczywiście do twórczości reżyserskiej Stanisława Barei i niezapomnianej roli Wotolda Pyrkosza w Alternatywach 4, jako Balcereka, którzy z pewnością zrozumieli by wszystko z tego, co napisane powyżej i później poniżej. Oczywiście, gdyby żyli. Pozbawiam też tym samym szacunku dla sterujących centralnie decentralizacją ciał i dusz w latach dziewięćdziesiątych. Przekładając zwrotnicę dziejów zapomnieli o pieśni drużnika z Asa Kondratiuków:

Niech ryczy z bólu ranny łoś, zwierz zdrów przebiega knieje.

– Ktoś nie śpi, żeby spać mógł ktoś, to są zwyczajne dzieje.

To tak w sumie, żeby jeszcze bardziej pogmatwać.

Witaj, świecie!

Witamy w WordPressie. To jest twój pierwszy post. Edytuj go lub usuń, a następnie zacznij pisać!