Indianie i Ameryka

– ochrona przyrody w Stanach…

– legalizacja marihuany w Meksyku, Argentynie, Urugwaju

– Bolsanoro i wypowiedź Pedra

– film „Masakra na stadionie“

– papież Franciszek (film)

Urugwaj

Netflix ma w swojej ofercie film Emira Kustoricy pt. El Pepe. To opowieść snuta przez Kustoricę i José Mujicę, słynnego El Pepe, gdzie współczesny Urugwaj przeplata się z tym, co

Żart i bezpośredniość wypowiedzi Mujicy najlepiej obrazuje spotkanie z Barrackiem Obamą. Oficjalne ujęcie kamery dla mediów nie wychwyca tego, co tak naprawdę dzieje się podczas tej wizyty. Prezydent malutkiego kraju Ameryki Południowej wypowiada się bardzo kwieciście o stosunkach urugwajsko-amerykańskich. W pewnym momencie pada kwestia:

– W dzisiejszych czasach trzeba znać angielski. Nie da się inaczej. Będziecie musieli stać się dwujęzyczni. Nie ma innego wyjścia. Bo siła Latynosek jest godna podziwu. Zapełnią ten kontynent ludźmi mówiącymi po hiszpańsku i portugalsku.

W ujęciu oficjalnym Obama potakuje głową ze zrozumieniem. Można by rzec, że pochyla się nad problemem. Siedzi bokiem i nie widać dokładnie mimiki twarzy. Przez chwilę pokazane jest ujęcie jego twarzy z innej kamery, która nie kręciła oficjalnego materiału. Na twarzy prezydenta USA widać spłoszenie spowodowane wypowiedzią El Pepe.

Żadnej etykiety dyplomatyczne, tylko kawa na ławę! Zdominujemy was za sprawą naszych pięknych Latynosek i będziecie musieli nauczyć się hiszpańskiego i portugalskiego. Po prostu nie macie wyjścia!

Poprzez tę wypowiedź nikogo nie obraził, no może pojedyncze osoby o skrajnych poglądach feministycznych. W sumie etykieta dyplomatyczna nie doznała uszczerbku. Tylko żarty można odczytywać jak torę, na różnych poziomach. A ujęcie z drugiej kamery twarzy Obamy świadczy, że nie do końca to był żart.

Stany Zjednoczone

Od wielu lat Stany Zjednoczone przyglądają się eksperymentowi pod roboczą nazwą „Ameryka Łacińska“. Czasem zainteresowanie USA widać luźniej za pomocą zastrzyków finansowych. Czasami jednak rozprawiają się bezpardonowo za sprawą przewrotów, junt wojskowych i rządów dyktatorskich.

Bycie nadzorcą „niewolników“ zaczęło wymykać się USA spod kontroli w momencie, którego inicjacja i początkowy proces nic z nie znamionował. Stany Zjednoczone trzymały w XX wieku przysłowiową „łapę“ na wenezuelskiej i meksykańskiej ropie. Kuba, jak to Kuba, po kryzysie nuklearnym pozostało tylko zakręcać Stanom kurki do wszystkiego. No i były dziwne kraje jak Kolumbia czy Meksyk, w których na podobnych zasadach do junt i dyktatorów część władzy była w rękach karteli narkotykowych.

Eksperyment z dostawcami narkotyków dla Amerykanów z północy dawał „pozytywne“ efekty – po prostu kasa lała się strumieniem, amerykański rząd był po Nixonie „twardym dilerem“ z własnym systemem nagród i kar pod swoją kuratelą. Narkotykowi bossowie z dalekiego Południa byli na każde wezwanie. Wcale nie musieli oficjalnie współpracować z USA. Wystarczyło, żeby odrobinę zmienić jakiekolwiek prawo, aby wymóc „krwawe akty terroru“ na kolumbijskiej mafii. Wszystko jak w teatrze lalek. Do tego w Stanach prohibicja narkotykowa i surowe prawo spowodowały wzrost zatrzymań za posiadanie i używanie, co doprowadziło do rozrostu systemu więziennictwa. I żaden polityk z Waszyngtonu nie zaprzeczy, że więziennictwo to intratny interes warty ogromne pieniądze, bo często amerykańskie wiezienia są zarazem przechowalnią darmowej siły roboczej. W czym tak naprawdę niczym to się nie różni od chińskiego systemu penitencjarnego.

Wszystko kręciło się do czasu, kiedy zauważono, że opioidowej fali nie udało i nie da się zatrzymać w żaden sposób. Do tego kotła dorzucono dodatkowo bogatszą część społeczeństwa, uzależnioną od kokainy, a palenie i posiadanie marihuany wiązało się ściśle z przysłowiem „na dwoje babka wróżyła“. Ci, którzy nie interesują się polityką, może nie pamiętają, że tekst Kazika Staszewskiego „Bill Clinton palił trawę, ale się nie zaciągał“ nie wziął się znikąd. Przyszła więc pora na luzowanie prawa – tak postanowili amerykańscy politycy wraz z ONZ i WHO. Ledwo Kalifornia spróbowała legalnej trawy, stało się coś, co „nowoczesne“ amerykańskie społeczeństwo zaskoczyło, możliwe że polityków też.

Kanada

Kanada zalegalizowała marihuanę w całym kraju. Duże tąpnięcie w sytuacji, kiedy dwa państwa Ameryki Północnej, które łączy wszystko, co związane z zachodnim podejściem do wszystkiego. Co prawda Kanada w wielu przypadkach pokazywana jest w USA jako oaza odosobnienia dla skazańców, dłużników czy osób nie przystających do zbiorowego marzenia o złotym śnie Amerykanów. A że jest trochę podobnie jak w Stanach, to już duży komfort w porównaniu z Meksykiem, który dziki jest jak z filmów Tarantino.

Kanada legalizacją zaprzeczyła wszystkiemu, co w Stanach ukonstytuowało się oficjalnie jako złe. W najłagodniejszej wersji karkołomne tłumaczenia Billa Clintona, który „palił trawę, ale się nie zaciągał”. W najgorszym scenariuszu czekało więzienie albo kulka na ulicy. Kanada postanowiła nie trwać w tym status quo z czasów politycznej reakcji na rewolucję kulturalną lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych XX wieku. Rezonujące na cały region oszustwo Nixona zostało ujawnione.

Liberalizm kanadyjski nabrał świeżości po decyzji w sprawie marihuany. W międzyczasie wybiło na powierzchnię szambo ukrywanej przez lata kroczącej latami i systemowo zaplanowanej eksterminacji Indian. Niemcy dopiero wobec stanięcia pod murem przyznały się do holokaustu, choć do dziś trwa przełykanie problemu przez wszystkich uczestników II wojny światowej. To Wielka Brytania stworzyła pierwsze obozy koncentracyjne dla mieszkańców Południowej Afryki – nikt się nie pchał z przeprosinami. Szwedzi skrywali gdzieś na dnie swojego zbiorowego sumienia wymyślone przez ich dziadów i pradziadów opaski jako system znakowania Żydów – dopiero w ostatnim dwudziestoleciu coś drgnęło z sumieniem. Stany Zjednoczone rozpoczęły zabawy z komorami gazowymi – mało że nie przeprosili, to pewnie uznali ten wynalazek za dobry towar eksportowy.

A Kanadyjczycy zauważyli, że się wylało, więc należy pochylić głowy i rozpocząć wyjaśniać niewyjaśnione. Przez lata wszystko było traktowane na zasadzie „wiejskiej plotki”. Dziwnym trafem (a może wcale nie dziwnym) mordy na Indianach dostały się do publicznej debaty m.in. za sprawą książki 27 śmierci Toby’ego Obeda Joanny Gierak-Onoszko. Na moment cała dyskusja przeniosła się nawet do Polski w związku z licznymi próbami przeprowadzenia wywiadów dla mediów kanadyjskich. Może właśnie dlatego nie był to dziwny traf, że rodaczka Karola Wojtyły stała się po częsci katalizatorem procesu rozgrzeszenia.

Cała maszyna ruszyła, Jan Paweł II w zakrwawionych rączkach małych dzieci, pod pomnikiem tysiące pluszaków jako indiański gest rozpaczy i smutku nad zamordowanymi w internatach. Troudeau może nie rozpacza, ale przyjmuje wszystko na siebie w imieniu narodu. Gorzej już nie będzie, przynajmniej po tej stronie granicy. Prędzej czy później podobne katharsis spotka Stany Zjednoczone i oby nie miało być tak samo, jak w przypadku BLM, czy innych konfliktów rasowych w Stanach – zawsze lała się krew. Za tak skrajną biegunowość rozwiązania problemu u dwóch sąsiadów wcale nie odpowiada sentyment do któregoś z tych krajów. Po prostu Amerykanie (biali w szczególności) są jak gracze w footballa w uniwersyteckiej lidze. Każdy walczy do utraty tchu, nie mogąc się zatrzymać, nie są w stanie choć chwilę pomyśleć, dokąd biegną. Reszta w rękach mediów, wpychających informacje, które zawisną gdzieś na tablicy korkowej w mózgu – tak postępuj, tych możesz lubić, tamtych nie, tego zabij, tego nie.

Oczywiście to uogólnienie i może nawet odrobinę niesprawiedliwe, ale kalkulacja jest prosta: Amerykanie są tak podzieleni między sobą, że małym problemem będą Indianie przy próbie pogodzenia McDonalda z Burger Kingiem, Coca Coli z Pepsi Colą, demokratów z republikanami itp., itd. Wszystko żeby bez niedomówień określić swoje stanowisko: przepraszamy czy nie, strzelamy czy nie, przyznajemy się do tego, że nie jesteśmy najważniejsi na świecie czy znowu robimy szopkę z CIA, FBI, DEA czy innymi świństwami? Tylko czy oby na pewno jedynym wyjściem z sytuacji będzie zakopanie tematu następnymi trupami, hakami lub innymi formami perswazji i przymusu.

Temat Indian był tematem tabu, temat narkotyków również. Temat wiary również. Patriarchat także. Teraz wszystko zaczyna się sypać. Misterne symulacje rodem z filmu Truman Show nie spełniają swojego zadania. Społeczeństwo przestało kupować ten tani film na kredyt. Zhardziało 1968, lata ’80 to już punk rock, Raegan i Tatcher, a po latach na dokładkę Donald Trump. Z pewnością oglądał wszystkie relacje z pogranicza amerykańsko-meksykańskiego za pośrednictwem filmów poważnych, ale mimo wszystko hoolywoodzkich. Tak samo jak o narkotykach i ich produkcji wie zapewne więcej z Breaking Bad niż z raportów DEA.

Meksyk i Brazylia

Tak, tak! Tarantino i Rodriguez ostrzegają, nie wkraczaj do Meksyku bez maczety albo dobrego karabinu. Doniesienia w mediach zdają się potwierdzać wizje reżyserów. Trump buduje mur graniczny oddzielający południowego sąsiada. W tym samym czasie mafia buduje profesjonalne tunele z kolejką górniczą do przemytu narkotyków. Najdłuższy sięgał przedmieść San Diego. Tarantino nie zdążył wymyślić takiego scenariusza, życie przerosło fikcję.

Meksyk był i w pewnej mierze nadal jest hurtownią, gdzie zgromadzone jest „całe zło” i w zależności od koniunktury czasami płynie do Stanów strumyk, czasami jednak rwący potok marihuany, kokainy i innych używek. Ale w momencie kryzysu związanego z pandemią w Meksyku jedną z pierwszych osób, które zainteresowały się problemem i próbowały go rozwiązać, nie były oficjalne władze tylko córka El Chapo wraz z kartelami zajęła się pomocą. Podobny przypadek miał miejsce w Brazylii, gdzie władające slumsami osławione fawele pierwsze wprowadziły pomoc i namiastkę kwarantanny na swoich terenach. Jak w tych dwóch przypadkach można bronić oficjalnych władz, szczególnie prezydenta Bolsonaro, który ciągnie na dno wszystko, co w Brazylii ma jeszcze pozytywny wydźwięk. W przypadku Meksyku nie jest aż tak źle, a dodatkowym światełkiem nadziei może być pozornie drobny szczegół w postaci zmiany warty na cokole pomnika Kolumba. Jak zapowiedź czegoś, co bardzo możliwe nastąpi, Kolumb schodzi z piedestału na rzecz kobiety z plemienia Olmeków. Wiadomo, że każde tąpnięcie w stabilizacji, każda rewolucja, każda wielka przemiana, zazwyczaj zaczyna się lub współtowarzyszy obalaniu pomników lub zastępowaniu głównego bohatera na cokole.

Wracając jeszcze na chwilę do Brazylii i polityki Bolsonaro przypomina mi się rozmowa ze znajomym Portugalczykiem, którego zapytałem o Bolsanaro i ogólniej, o spojrzenie Portugalczyków na swoją byłą kolonię, której pozostałości tkwią w języku i wielu innych aspektach życia? Odpowiedział

Kolumbia

Jeszcze o Urugwaju słów kilka

Wspominany Urugwaj dawno miał już to za sobą, uznając legalizację marihuany za najlepszy pomysł w walce z mafią a pośrednio też i z Waszyngtonem. Później taką decyzję podjęto w Argentynie, następnie w Meksyku. Można tylko domniemywać, że jest to próba odparcia przez te państwa machinacji przy narkotykach/używkach, których dopuszczali się i cały czas dopuszczają amerykańscy politycy z kolejnymi prezydentami na czele. Jeśli to prawda, to państwom regionu, które się zdecydowały się na taki krok, wypada pogratulować długofalowego spojrzenia na politykę zagraniczną obu Ameryk.

Kuba

I aż się ciśnie na usta myśl o Kubie, która mogłaby, tak samo jak Stany Zjednoczone w Afganistanie, mieć zamiast jednego elementu eksportu kontrowersyjnego, czyli cygar, dwa albo nawet i trzy. Przy sprzyjających wiatrach popytu na różnorakie wersje marihuany Kuba mogłaby być jednym z najważniejszych dostawców każdego rodzaju cannabis. A jeśli Kuba chciałaby pokusić się o zagranie typowe dla USA, to chyba najlepszym modelem byłyby plantacje koki.

W tym przypadku mała wyspa obok Florydy mogłaby wpływać „podskórnie” na sytuację w regionie: sytuacja idealna – marihuana na sprzedaż, biznes się kręci. Gorzej, jeśli USA postanowią coś majstrować. Wtedy Kuba blokuje dostawy kokainy na Wall Street. Białe kołnierzyki proszą o łagodne rozwiązanie sytuacji, bo bez koki nie da się pchać giełdy i całego rynku jako takiego.

Oczywiście są to tylko sytuacje wyimaginowane, choć kusząca może się wydawać wizja, że to nie WTC czy bomba atomowa stanowić może zagrożenie dla państwowości USA. Wystarczyłoby przejąć rynek narkotyków, by móc go później destabilizować i wpływać na wydarzenia.

Argentyna i Watykan

Wracając ponownie do filmów, warto obejrzeć film pt. Masakra na stadionie. Dla osób, które słabo orientują się w amerykańskiej polityce regionalnej, może to być doskonała lekcja geopolityki.

Tak, jak w wielu przypowieściach o „Dawidach i Goliatach“, tak i w tym przypadku doszło do odwrócenia ról. Faworyt, mając w dłoni wszystkie atutowe karty, nie spodziewał się, że tworząc narkotykowe plantacje i kanały przerzutu, doprowadzi do powolnego upadku na Południu i do uzależnienia znacznej części własnego społeczeństwa, od Bronxu po Wall Street. Spoglądając na całość w tym ujęciu może rzeczywiście mina Obamy podczas rozmowy z Mujicą wcale nie jest zaskakująca. Jako władcy wszechświata Stany działają pod wpływem pychy i nie rozumieją nawet swoich hoolywoodzkich produkcji, gdzie czarno na białym bite jest ludziom do głów, żeby zachowywali jakikolwiek kręgosłup moralny. I jako pyszni zwycięzcy wszelkich wojen idą powoli na dno własnych słabości. Tak samo było z Rzymem, Napoleonem czy Hitlerem.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *