Witam na stacji

– Witam na stacji paliw.

– Nie wiem, trójka, czwórka, tam na samym końcu.

Tak więc ja witam, a ten drugi porozumiewa się ze mną specyficznym, zrozumiałym tylko dla niego kodem. Zresztą nie wymagajmy zbyt wiele, słowo „witam” nie powoduje w drugim człowieku reakcji łańcuchowej, która wydobywa z jego ust słowa „dzień dobry”. Mamy zamiast tego bardzo popularne stwierdzenie „nie wiem”. Przypomina to trochę rozmowę przeprowadzoną pomiędzy głównym bohaterem filmu Dzień świstaka i jego „znajomym” sprzed lat. Problemem w tamtym przypadku był fakt, że jednym z nich był przedstawiciel ubezpieczeniowy. Tu nie ma nawet „znajomych”, tu liczy się każdy litr, każdy sprzedany batonik. Wszystko w myśl zasady: twój znajomy lub krewny jest klientem i należy mu coś zaproponować, bo prywaty nie ma, jak nie chcesz zaproponować znajomemu lub krewnemu, to niech on da ci pracę!

– To będzie czwórka proszę pana. Proponuję dwa Prince Polo za pięć złotych.

– Nie piję tego gówna. Wie pan ile w tym wszystkim jest chemii?

– Dwadzieścia złotych, dwadzieścia pięć groszy.

– Drogie macie to paliwo.

Nie wie, co mu się proponuje, ale wie, że chemia. Przyjechał z własnej nieprzymuszonej woli, ale ponarzeka na cenę paliwa, bo wypada, bo to jest standardowe podtrzymywanie rozmowy przez klienta. Jednym słowem: co za ociomon! Czasami włącza się irytacja, taki zdroworozsądkowy nerw.

– Płaci pan kartą czy gotówką?

– Kartą. Chwileczkę, ta nie, ta też nie, spróbujmy tą. Możemy zbliżeniowo…

Swoisty język, którym posługuje się klient nie jest dla nas żadnym szyfrem, dla innych tak, dla nas nie. Powyższą wypowiedź o kartach tłumaczymy sobie w głowach następująco: „Kartą. Chwileczkę, na tej nic nie mam, na tej również nic nie mam. Może spróbujemy zbliżeniowo, jak nie będzie połączenia z bankiem to na pewno uda mi się zapłacić”. Także tutaj wychodzi więc na powierzchnię permanentne ociomoństwo. Najważniejsze to zachować twarz, a najlepiej zwalić winę za wszystko, co go spotyka, na szarego pracownika stacji.

– Nie przeszła. Odmowa proszę pana.

– Jak to nie przeszła. Przecież mam pieniądze na koncie. Coś jest u was z połączeniem!

– Zazwyczaj jak jest odmowa to niestety jest brak środków. Ma pan gotówkę?

– Co pan sugeruje?! Że nie mam pieniędzy?! Zapłacę gotówką!!! Pańska obsługa pozostawia wiele do życzenia!!! Ile to było?

– Dwadzieścia złotych, dwadzieścia pięć groszy.

– Proszę!

– Brakuje dwudziestu pięciu groszy.

– (Grrrrrr!!!!!)

I rzuca brakujące dwadzieścia pięć groszy. Co za o…

I jak rzucił dwadzieścia pięć groszy, z którego śmiałem go niby okraść, tak zdarza się wiele sytuacji przedstawiających przekrój polskiego (i nie tylko) społeczeństwa. Wszystkie cechy charakteru, z tymi złymi na pierwszym planie.

Nie wiedzieć czemu pracownik stacji obsługujący klienta jest narażony na kłótnie rodzinne, odbywające się z dala od stacji benzynowej. Nie tylko kłótnie rodzinne odczuwa sprzedawca na stacji, także nie obudzenie się na czas, problemy dzieci w szkole, stan polskich dróg, że zajechał drogę, że wszystko w życiu klienta jest do dupy.

Stojąc na kasie i przyjmując na siebie tę w wielu przypadkach nieokreśloną masę sfrustrowanych ludzi, czujemy się jak gąbki wchłaniające przez każdą porę skóry ich złe samopoczucie, ich wkurw na świat. Wiemy skąd takie nastawienie, czasami próba łagodnego rozwiązania konfliktowej sytuacji, czasami, że się tak wyrażę, rekurw i cała maszyna rusza na całego.

Pierwszą z przyczyn jest trywialne „wstanie lewą nogą”. Właśnie w tej chwili pan Stanisław wstał tą lewą nogą w swoim mieszkaniu, jeszcze nie odczuwa skutków takiego zajścia, jeszcze z lekka jest zaspany. Łazienka – zapomniał kupić wczoraj pastę do zębów, lewa noga daje znać o sobie – pierwszy tego dnia wkurw. Pan Stanisław nie poddaje się, obmywa twarz, z ust lekko sączy się nieświeży oddech, trudno – kuchnia. W kuchni niby wszystko jest w porządku, ale w cichości ducha pan Stanisław zaczyna narzekać, że woda zbyt długo się gotuje, że chleb starszy niż nowszy, pojawiają się następne mikrowkurwiki. Zjada, wypija, wychodzi. Śnieg, mróz, samochód – wkurw już powyżej normy przypadającej na zwykły dzień. Ten dzień jest „na lewą nogę”. I po odśnieżeniu, wyskrobaniu szyb i spojrzeniu na zegarek mamy typowego klienta wkurwionego. Lewa noga daje znać o sobie – światełko rezerwy. Więc wyprawa w nowy dzień zaczyna się od stacji paliw. Szybkie tankowanie za dwadzieścia złotych i sklep.

– Witam na stacji paliw.

– (foch) – dwadzieścia złotych wygrzebane i już prawie podane…

– Proponuję gumy Orbit.

– A co, niby mi z ust śmierdzi? – taki niby żart, a jednak pojawia się u pana Stanisława wspomnienie pasty do zębów.

I już nie ma żartu, już jest „lewa noga” i czujemy jako sprzedawcy, że może być wkurw i nawet ten słynny rekurw sprzedawcy. Pan Stanisław, cały czerwony, powstrzymuje się jednak i wychodzi, słysząc za sobą słowa „dziękujemy za wizytę i zapraszamy ponownie”. Odpowiada więc niby tylko do siebie „pierdol się!!!”, drzwi się zamykają. Pan Stanisław odjeżdża myśląc, że powiedział, ale nie zostało usłyszane i tu się jednak myli. Sprzedawca usłyszał, zanotował, przy najbliższej okazji spowoduje, że pan Stanisław przypomni sobie o swoim „dniu lewej nogi”. W sumie może sobie nie przypomni i będzie następnym razem myślał, czuł, że ten sprzedawca najchętniej skopałby mu tyłek za wulgaryzmy, o których już nie pamięta.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *