Upadłe Syzyfy

Gdańsk

Przemyka się. Raczej zdecydowanie i raczej szybko. Trzeba dojść do miejsca na czas. W dzień raczej mknie się w słuchawkach szczelnie odgradzając się od tłumnego tumultu. Wieczorem, w nocy już niekoniecznie.

Tunele, przejścia podziemne, symboliczne bramy między miastami i dworcami.

Dzień jeszcze nie jest taki zły dla tych miejsc. Jeszcze da się w miarę szybko zanonimowieć, przemknąć niezauważonym w zbitej masie ludzi, simloków, pasztecików, automatów biletowych, gazet, ciuchów znikąd, róż, różyczek, grajków, trzech kubków. Naprawdę da się zniknąć!

Gorzej nocą. Jeszcze spoglądamy w światła miasta zabijające ciemność nieba i przekraczamy próg, za którym nie spodziewamy się zbyt wiele dobrego. Neony zostały zastąpione świetlówkami, które próbują zaistnieć na stałe, ale startery zmuszają je do ciągłego mrugania.

Atmosfera strobo…

Kratownice podwieszanego sufitu zastąpiły niebo, gdzieniegdzie zerkają oczy Matrixa dające pozorne wrażenie bezpieczeństwa. Ściany i podłoga w lastryko. Lizol i mocz. Teraz to czuć. Rolety, rolety, rolety, róże, róże, różyczki…

Nie wierzysz w to, ale okazuje się, że wszyscy się tu znają. Każdy odgłos, każda rozmowa, wszystkie dźwięki odbijają się echem od każdego zakamarka. Słyszysz to, bo przecież mamy wyłączoną muzykę w słuchawkach, żeby nasłuchiwać. Słyszysz te mruczanda, te przekomarzania pijaków ze staruszkami sprzedającymi nieswoje kwiaty, żeby dorobić do emerytury. Te narkomańskie prośby o chleb z makiem, a chleba nigdzie do szóstej nie będzie. Więc pozostanie mak, makiwara, heroina dla biedaków. Taki chleb powszedni. Bezdomni stłoczeni przy garkuchni dla biednych, by później zasnąć w objęciach oczu Matrixa, bo to jedyna gwarancja bezpieczeństwa albo bardziej gwarancja dokumentacji pobicia czy śmierci.

Wszyscy się znają, żyją, obcują, wspierają, wykańczają…

Idziesz i zastanawiasz się, co tu się kurwa dzieje?! Przecież w dzień niby tyle ludzi, a idzie się szybko i sprawnie. Raz, dwa, raz, dwa!

Teraz też niby kroki tę samą marszrutę odprawiają. Ale teraz psychika nie jest odcięta od miejsca, nie ma muzyki w uszach, które odetną od plugastw i westchnień zwielokrotnionych przez tubę tunelu. Słuchasz innej muzyki, muzyki twoich obaw, twojego strachu. Nie widzisz wyjścia z tunelu, opanowali cię ci, którzy żyją tu dwadzieścia cztery godziny na dobę…

Stary Cygan z brodą potrząsa obciętą puszką od Tigera, drobne grają muzykę do słów “Pan da”, “ja stary”, “ja biedny”, “Pan da”. Dwa wyjścia dalej Cyganka z dzieckiem przy piersi, choć dziecko nic nie je. Bo maluch jest otumniony odrobiną alkoholu, żeby nie płakał przez tych kilka godzin modlitw matki o pieniądze na nie-jedzenie, samo jedzenie wyrzucają. Wszyscy później zostaną odebrani przez swoją “ochronę”, razem z tymi co pod kościołami. Doskonale wpasowani w tunel i dworzec.

Przy schodach na jeden z peronów stary dziad z akordeonem. Naprawdę ciężko go nazwać dziadkiem. Fałszywe akrody rozchodzą się po tunelu. Zastanawiasz się jak można tak zawodzić na tym instrumencie. Myśli kierują się ku odtworzeniu hipotetycznej sceny sprzed godziny lub dwóch, kiedy dziad zamaszystym ruchem dłoni dokonuje rozboju na prawdziwym akordeoniście, niechby nawet Cyganie. Wyrywa mu harmoszkę i godzinę później uskutecznia zarobek na własną rękę tym razem dokonując gwałtu na uszach tych nielicznych, którzy odważyli się tamtędy przechodzić. Czapka rzucona na lastryko zieje pustką a pet w ustach przeszkadza w klnięciu na tych skąpych skurwieli:

– Ładnie ubrani, wypolerowani, cuchnący drogim perfumem, z brzuszkami pełnymi, a kurwa udają, że grosza nie mają, kartą machają, tylko karta, skurwiele!

Każde miasto posiadające dworzec kolejowy tak ma. A jeśli nie ma dworca PKP to zawsze znajdzie się jakiś pekaesowy, który jakąś naturalną siłą tworzy miejsce do życia dla wyrzuconych poza nawias dobrobytu.

Jak to może wyglądać? Takie zasiedlanie? Gdzie jest jego początek? Wychodzisz z domu do którego już nie wrócisz i zastanawiasz się, gdzie ci będzie dobrze, jakie miasto najmilej wspominasz z tamtej krawędzi życia. I syzyfowa praca się kończy, kamienia na górę dzień w dzień już nie wnosisz. Przekraczasz krawędź, za którą wszystko prowadzi w dół, na samo dno. Jeszcze nie wiesz, że tak będzie, jeszcze się łudzisz, że los się musi odmienić, ale życie już zadba o wiecznych tułaczy. Masz jeszcze kilka złotych w kieszeni, idziesz na dworzec i przyglądasz się rozkładowi jazdy pociągów. Gdynia o 18:26. Kiedyś tam byłeś, miło było, w Sopocie dobre imprezy i poranki na plaży leczące kaca. Miłe wspomnienia i do tego nie spotkasz żadnego znajomego ze szkół wszelakich, do których chodziłeś, bo to 500 kilometrów od Rzeszowa.

***

Znałem takiego jednego upadłego Syzyfa. Wędrował po Polsce z “siostrą” i jej “mężem” i w trójkę osiedli w mieście portowym, ale już nie szukając portu i statku do zamorskich krain, ale tak najzwyczajniej w świecie przycupnęli na dworcu.

Cały czas razem, rozdzielali się bardzo rzadko. Tylko ten jeden, odchodził od tej mikro grupy. Szwendał się za papierosami i nigdy nie był pijany, w sumie to nawet nie dało się wyczuć, wywąchać w nim bezdomnego. Ot taki ubrany w brudną bundeswerkę pan spod kufloteki z zarostem.

I niewiarygodnie żylasty, brak jakiegokolwiek zbędnego grama tłuszczu. Coś na kształt wytrawnych wspinaczy po skałkach.

Raz się ogolił na łyso i to mnie przeraziło i zafascynowało, bo stał się kimś zupełnie innym. Rysy twarzy się wyostrzyły, pojawił się błysk w oku, tak jakby te wcześniejsze zmierzwione włosy zasłaniały w nim wszystko, łącznie z człowieczeństwem. I jakby tym ogoleniem głowy spowodował zmianę w sobie, zmianę której nie mógł zatrzymać. Jakiś powrót do stanu sprzed. To tak, jakby brudnym i schorowanym pojawić się w rodzinnym domu po kilkudziesięciu latach i nie móc przestąpić progu mieszkania, bo wszystkie furtki zostały bezpowrotnie zamknięte. Bo nigdy nie da się wrócić do stanu sprzed bez rozczarowań i załamań.

Dwa miesiące później widziałem go o kulach. Złamał nogę. “Siostra” powiedziała później, że przechodził przez ulicę i potrącił go samochód. Zbierają na leki, żeby go nie bolało i żeby nie wdało się jakieś gówno. Cała noga spuchnięta. Próbują go namówić na doktora, ale on jest uparty jak w Afganistanie.

– W Afganistanie?

– No bo mój “brat” służył w jednostkach specjalnych w Afganistanie, ale po powrocie się rozklekotał. To najtwardszy człowiek, jakiego znam, ale już rozregulowany, rozklekotany na amen.

– Jak to?

– Przyjechał, zaczął pić, żona nie wytrzymała tego ciągłego pierdolenia o trupach i o strachu! A wszystko zakrapiane wódką! I go wyrzuciła.

Chodził po dworcu, po tunelach tak z dwa, trzy tygodnie. W dniu, kiedy miał się stawić na kontrolę w szpitalu, poszedł jak przykazano. Jedno przejście dla pieszych dzielące go od czerwonego krzyża i czerwone światło. Wyjście lub raczej wyjście gwałtem, prosto pod samochód. Pęknięcie czaszki. Tydzień śpiączki. Śmierć.

Lębork

Wszyscy ściśnięci na środku poczekalni. Na ławkach przy ścianach pokładają się bezdomni. Delikatne kubeczki z białego plastiku wypełnione Wiśnią. A na zewnątrz niedużo, tak z -2, -3.

Wyszedłem na zewnątrz, bo śmierdzący zaduch nie pozwalał myśleć. Odsypałem ze śniegu jedną z ławek i usiadłem. Papieros. Podchodzi jeden z przebudzonych.

– Papierosa na ogrzanie pan ma?

– Nie mam.

– A pali pan.

– Tu masz trochę tytoniu i bibułkę, skręć sobie jak tak bardzo potrzebujesz czegoś na co cię nie stać.

– Nie potrafię skręcać.

– Trudno, twoja strata.

Końcówka. Prawie kip. Następny.

– Szefie, ma szef papierosa?

Nie wytrzymałem, wstałem i podszedłem do ochrony dworca.

– Panowie nie widzą i nie czują?

– A czego?

– Ludzie stoją ściśnięci w środku, na ławkach śmierdzi bezdomnym, Winko Kurwa, papierosek. Dobrze, że są wychowani i papierosek na zewnątrz!

– Spokojnie, panie szanowny, już doprowadzamy wszystko do porządku.

Poszli do środka i szturchają każdego po kolei.

– Wychodzą! Ludzie się denerwują na was. Kloss! Biba! Wietrzenie!

– Już, juuuż.

– Reszta też!

– Yhy, juuż!

Wyszli na zewnątrz i stanęli w takiej samej gromadce, jak chwilę temu stali podróżni w budynku dworca. Tyle że na zewnątrz, takie tam -2, -3.

Wtedy dopiero doszło do mnie, że chyba to nie jest takie proste. To jest ich dom. Nieszczęsny dom, śmierdzący lizolem, do którego cały czas brudnymi buciorami i niewyparzonymi językami wkraczają ci, którzy między Słupskiem a Trójmiastem zapragnęli tańszego środka lokomocji. Pragnący wyzwolić się ze smrodu dworca pojadą w te i wewte, a upadłe Syzyfy znów zewrą szeregi i spokojnie udadzą się na Winko Kurwa i spoczynek. Póki nie zamkną stacji o 21:00. Później trzeba będzie wtulić się w mur stacji, bo Lębork to małe miasto i mało tu tuneli, podziemnych korytarzy.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *