Taniec

Idę. Omiatam spojrzeniem wszystkie sklepy, spoglądam na nastolatków lansujących się w podartych ciuchach, które kosztowały jedną czwartą pensji ich rodziców. Przesiadują połowę dnia w fotelach, przy których można podładować sztrum w komórce. W sumie doskonałe miejsce na pełnowartościowe wagary – ciepło, prąd, wifi – to wystarczy, żeby przesiedzieć tutaj do 15:00 – 16:00, kiedy już oficjalnie będzie można się udać do domu, żeby nie było gadania, że za wcześnie się wróciło ze szkoły

Wokół sklepy, wszystkie pod jednym dachem, choć to już raczej nie dach, tylko przeszklone zbrojenia w górze, skonstruowane po to, żeby mieć wrażenie przechodzenia po otwartej przestrzeni niby-miasta. Nawet zimą można chodzić w tym miejscu w firmowej koszulce. Już nie jest kwestią gdybania, że ktoś z włodaży tego przybytku zbytku wpadnie na pomysł, żeby przy drzwiach wejściowych postawić szatnie dla odwiedzających, to już się dzieje. Już tylko krok od filharmonii, opery, galerii, gdzie podąża się do szatni, by później móc rozkoszować się oferowanym produktem. Tylko tutaj z wysoką kulturą będzie związany może Stradivarius, lecz tylko przez nazwę.

[…]

Wychodzę na papierosa. Schody, schody, schody, schody. Jestem na zewnątrz. Kręcę, zapalam. I dumam. Przy okazji przyglądam się wszystkiemu wokół. I patrzę, i nie wierzę!

On, ona i fotograf. On w garniturze, ona w koktajlowej wersji sukni ślubnej, za nimi lekko przygarbiony fotograf, który czuje powagę sytuacji. Wychodzą przed wejście główne i ustawiają się przy szklanych ścianach w pozach ślubnych. On klęka chwytając jej jedną dłoń, ona kładzie drugą na jego głowie, w tle za szkłem witryna sklepu jubilerskiego. Przez moment myślę, że to jakaś sesja reklamowa, ale nie, przenoszą się w inne miejsce całą trójką i robią znowu ckliwe pozy i znowu inne miejsce, pstryk, pstryk, pstryk. Jakby byli w Parku Oliwskim lub na Starym Mieście. Romantyzm naszych czasów – witryny drogich sklepów i zapachy drogich perfum w mikroklimacie aroma i audio marketingu.

Wieczorem wszystko się uspokaja. Chińskie jedzenie w defensywie, jedynie kurczaki mają branie, bo są otwarte o godzinę dłużej niż reszta sklepów. Tam nie patrzy się z nienawiścią na klienta wchodzącego pięć minut przed zamknięciem.

Słynne pięć minut! Znamienne pięć minut! Autobus 21:12, wstępny raport zrobiony, kasa policzona, karty się zgadzają, jest 20:54. Brzęczą drobniaki w każdym miejscu centrum handlowego, galerii, pasażu. Człowiek czuje się jak w oficjalnej mennicy NBP. Dźwiek przeliczanych stanów kas wszelakich przypomina Money Pink Floyd. To zbliża się koniec.

I wchodzi ten jeden, ta jedna, ten, na którego, ta, na którą będziesz klnął w skrytości, nikt tego nie usłyszy, a widzieć będziesz tyłek autobusu 21:12! I już nie w skrytości, na cały głos wykrzykniesz KURWAAA!

A to tylko mały bibelocik był, nabity na kasę 21:03. No wprost nie można było się zdecydować, ja taka niepewna jestem, och, ach, a może są inne kolory. Karta, gotówka,karta, może karta, nie gotówka. Gotówka?! KURWAAA!!! Ale tu jeszcze w skrytości ta kurwa leci, ale to już znamienna kurwa, zwiastująca widok tyłka autobusu. No bo ile można się zastanawiać nad wyborem wstążki? Kolor, faktura, materiał, co jeszcze?

Wychodzisz 21:08, wybiegasz, i wiesz, że może sprint byłby tu dobry, ale niestety masz do przebiegnięcia około 800 metrów, też olimpijska dyscyplina, ale z przeszkodami. I tempo nie to, bo kilometr w podstawówce biegłeś 3:15, a teraz papieros goni papieros zamiast rekordowego wyniku. I całujesz tyłek autobusu, wznosząc modlitwę o kurewski rozpiździel w domu ostatniego klienta! Niech się powiesi na tej idealnie dobranej wstążce! KURWA!!!

Tak toczy się normalne życie. Każdy pracuje, żeby później oddać się orgii wydawania pieniędzy. Tu już nie chodzi o zakup potrzebnego do egzystencji produktu. Tu włącza się karykaturalna wersja piramidy potrzeb Maslowa. Zadbać o podstawowe potrzeby do przeżycia i bezpieczeństwa, później akceptacja i miłość, szacunek i uznanie, a na końcu samorealizacja, harmonia, piękno, wiedza, rozumienie. Aby więc dojść do perfekcji w samorealizacji kupuje się poradniki surfowania w weekend, poradniki bycia bogatszym niż biedniejszym, wszystkie inne poradniki rozwojowe, których i tak się nie przeczyta. Aby dośwadczać piękna na codzień i od święta wydaje się pieniądze na chińszczyznę w opływających w plastikowy chrom i agresywny róż sklepach z wyposażeniem domu. Wiedza! Co można powiedzieć o wiedzy? Trzeba wiedzieć, że do jakiegoś sklepu się nie chodzi, bo to obciach, do innego zaś jak najbardziej, że ten samochód, który stoi na korytarzu, to taki a taki model i kosztuje tyle i tyle, że jak iść na kawę to tylko tam i tam. Czy jest rozumienie, ostatnia sprawa do załatwienia ze szczytu piramidy tego, jak mu tam, Maslowa. Czy jest rozumienie tego, że tak naprawdę jesteśmy uwikłani w dziewięćdziesięciu dziewięciu procentach w odruchach, fobiach, nawykach wpojonych przez reklamy i często nie wyszliśmy poza podstawę potrzeb ludzkich, żeby wszystkie pieniądze przejeść miesiąc w miesiąc. Żeby to co nawpychaliśmy do domu na wiosnę wyrzygać później na śmietnik przy zmianie sezonu na jesienno-zimowy.

Miesiąc za miesiącem, na narodziny Chrystusa i na jego śmierć, na wakacjach, na feriach, w dzień powszedni i w święta cały czas pozbawiamy się siebie, żeby pójść zarobić w pocie czoła a później lekką ręką wydać u innych, którzy w tym czasie nie mają wolnego tylko muszą nam służyć osiem czy dwanaście godzin dziennie. Choć przez chwilę pragniemy poczuć moc pieniądza i usługi, i być u lojalnego sługi. Nie rozumiejąc, że wszyscy jesteśmy w maszynie zwanej Arbajt.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *