Jezus umarł za cudze grzechy, ale nie za moje!

W słuchawkach Patti Smith, na kartach książki Patti Smith, w głowie Patti Smith. Przeżywanie lektury w sensie totalnym – nigdzie mi się nie spieszy z przewertowaniem kartek do samego końca.

***

Dzisiejszy poranek – prawie noc. Autobus. Do pracy. Czytam Poniedziałkowe dzieci Patti Smith. Ledwo kilka stron przeczytanych, nagle jeden fragment otwiera nieprzewidzianą podróż:

Na szesnaste urodziny matka podarowała mi książkę The Fabulous Life of Diego Rivera. Porwał mnie rozmach jego fresków, opisy podróży i perypetii, jego romanse i praca. Tego lata znalazłam zatrudnienie w fabryce, gdzie nadzorowałam produkcję kierownic do rowerów trójkołowych. Było to ponure miejsce. W trakcie pracy na akord uciekałam w marzenia. Pragnęłam przystąpić do bractwa artystów: głód, stroje, proces twórczy, modlitwy. Przechwalałam się, że pewnego dnia zostanę kochanką artysty. W moim młodym umyśle wydawało się to najromantyczniejszą rzeczą pod słońcem. Widziałam siebie jako Fridę Diega, muzę twórcy. Śniłam o poznaniu artysty, którego mogłabym kochać, wspierać i u którego boku bym pracowała.

I w tym autobusie zacząłem się cofać w czasie. Przypomniał mi się wyjazd z rodziną do Poznania z miesiąc wcześniej, by obejrzeć odrobinę twórczości Fridy Kahlo i Diego Rivery. Później zaś cofnąłem się do wakacji zeszłego roku, kiedy to razem z mą nie-żoną i naszą muzyczną przyjaciółką wyruszyliśmy do Doliny Charlotty na koncert Patti Smith. Piękne chwile.

I to wszystko działo się między przystankami Siedlce i Szczęśliwa. I na tym polega literatura – możliwość nieustannej podróży, podróżujemy z punktu A do punktu B, przy okazji odwiedzamy inne punkty na mapie, która istnieje tylko w nas. Suma doświadczeń stanowi o pełnym odbiorze tekstu. Patrząc przez okno autobusu na poranek – prawie noc.

***

I tak jeździłem ponad miesiąc po mieście powtarzając prawie codziennie czynności, które stały się mantrą. Wychodzę z domu, włączam w odtwarzaczu którąś z płyt Patti Smith, idąc izoluję się powoli od zgiełku i prędkości miasta, przekraczam próg kolejki, autobusu, siadam i wyciągam Poniedziałkowe dzieci. Wyprawa do pracy, powrót do domu, ommmm.

Porównanie tego procesu do mantry przypomina mi pewne wydarzenie z festiwalu w Glastonbury. Patti Smith na scenie powiadamia publiczność, iż chciałaby kogoś przedstawić. Człowiek wartościowy, w pewnych kręgach wielbiony, w innych znienawidzony, zwykły i niezwykły człowiek. Przedstawiła wielotysięcznemu tłumowi zwykłego człowieka, Dalajlamę. I to połączenie jest znamienne. I słowo mantra jest teraz na właściwym miejscu, doskonale się dopełnia. I jeśli dodamy do tego wszystkiego wyśpiewany przez Patti Smith fragment jej wiersza, to znów będzie można powiedzieć, że to monumentalne Koło Dharmy, rzeczywistość staje się nierzeczywista, tak jakbyśmy uczestniczyli w jakiejś boskiej kreacji:

Jezus umarł za cudze grzechy, ale nie za moje.

Słowa te mają dziś potężną siłę, na początku lat siedemdziesiątych zeszłego wieku musiały być piorunujące.

Napisałam te słowa kilka lat wcześniej jako deklaracja istnienia, jako przysięgę, że będę brała odpowiedzialność za własne czyny. Jezus Chrystus był człowiekiem, przeciwko któremu warto się buntować, bo sam był buntownikiem.

Lenny zaczął grać klasyczne akordy rockowe, od E przez D do A, a ich połączenie z wierszem bardzo mnie podekscytowało. Trzy akordy zlały się z mocą słowa.

– Czy to są akordy do prawdziwej piosenki?

– Tylko do piosenki pełnej chwały – odpowiedział Lenny, intonując Glorię. Richard poszedł w jego ślady.

I tak powstało dzieło z podwójną wymową, może nawet z potrójną – Dylan, Smith, Dalajlama. Ale to już tylko moja interpretacja.

Poniedziałkowe dzieci to opowieść o początku, początku historii prywatnej Patti i Roberta Mapplethorpe’a – pary, która miała z czasem wyznaczać kierunek w poezji ubranej w rock&rollowy strój oraz w fotografii łamiącej dotychczasowy porządek estetyczny. Ich początki to również początki ruchów wolnościowych, wkraczanie i spadanie ze sceny życia takich postaci jak Janis Joplin, Jim Morrison, Jimi Hendrix, Andy Warhol i inni. Wszystko zaś dzieje się przede wszystkim w Nowym Jorku, tyglu kulturowym, którego obraz przewija się przez całą książkę. Hotel Chelsea – istna artystyczna wieża Babel, Fabryka – siedziba świty Andy’ego Warhola, Alan Ginsberg, Bob Dylan. Znalazło się też miejsce w tym korowodzie dla Williama Blake’a i Arthura Rimbauda…

Teraz to Patti Smith jest damą rock&rolla, każdy interesujący się muzyką opartą na gitarach elektrycznych i perkusji patrzy na nią z podziwem. Poezja i rock&roll, rock&poetry, tak jak jej idol od wielu, wielu lat, Bob Dylan.

Nie brak w książce informacji o genezie wielu utworów, o kluczu interpretacyjnym do płyty Horses, o okładce do niej, o sensie symbolicznym płyty Radio Ethiopia, choć chyba żadnym słowem do niej nie nawiązuje.

Dużo smaczków dla fanów, choć może niewielu zadaje sobie pytanie: jak było na początku, było ciężko Patti?

Poniedziałkowe dzieci pokazują, że dochodzenie do statusu gwiazdy to ciężki kawałek chleba, próba charakteru i tkwiące w człowieku upór i przekonanie, że wszystko to ma jakiś nieokreślony, ale zapewne miły cel, do którego warto dążyć. Nikt niczego nie obiecuje, nikt od razu nie stawia na podium dla zwycięzców. Znamienne słowa autorki:

Wielu nie dotrwało. Candy Darling zmarła na raka. Tinkerbelle i Andrea Whips odebrały sobie życie. Inni padli ofiarą narkotyków i pecha. Polegli, mając upragnione gwiazdorstwo prawie w zasięgu ręki. Zbrukane gwiazdy spadające z nieba.

Nie czuję się zrehabilitowana jako jedna z tych, którzy przeżyli. Wolałabym, żeby wszystkim się powiodło, żeby utrzymali się w siodle. Jak się okazało, to mnie los obdarzył jednymi z najlepszych koni.

Zawiozły ją daleko dalej, niż pewnie zakładała, choć czytając niektóre ustępy ma się wrażenie, że oboje z Robertem wiedzieli doskonale jak wysoko zajdą. Gdy czyta się fragmenty dotyczące pierwszych występów publicznych ma się pewność wielkiej determinacji, gdy dochodzi do jednego z ważniejszych wystąpień publicznych uformowanego zespołu z Patti Smith jako głównym filarem, to już się jest przekonanym, że tu zabrzmi Gloria z całą mocą, w piosenkarce zaś nastąpi wybuch mocy, endorfin i ekstazy na niespotykaną skalę.

Endorfiny tak, narkotyki nie, raczej nie. Dziwili się w środowisku, w którym orbitowała, że nie daje sobie w żyłę. Tak jak jeden z reżyserów, u którego grała w offowym przedstawieniu, który uzmysłowił sobie, że nie jest też lesbijką (bo wszystko wskazywało, że jest i narkomanką, i lesbijką), i zapytał wprost, co ona tak właściwie robi w życiu. To takie nudne przecież i takie niemodne, być outsiderem i nie podążać za ogólnie przyjętymi wzorcami dekadencji i wyuzdania. A tu tylko z rzadka trawka i bodaj raz MDA, i nic więcej. Nawet papierosy się na nią obraziły. A wszyscy myśleli…

A ona tak po prostu, tak banalnie, przez długi czas

próbowała za wszelką cenę utrzymać się w siodle. Fascynacja literaturą przyczyniła się do znalezienia pracy w nowojorskiej księgarni Scribnera, księgarni z tradycjami, handlowała książkami wyłowionymi na pchlich targach. Razem z Robertem konstruowali wisiorki z różnych świecidełek, które później sprzedawali.

Pomysłowym podejściem na zdobycie środków do życia było pisanie recenzji do czasopism rockowych. Niby nic w tym fantastycznie ciekawego i śmiesznego, ale sprawa wygląda zupełnie odmiennie w przypadku, kiedy dowiadujemy się, że pieniądze za sprzedaż czarnych krążków dostarczonych do przesłuchania znacznie przekraczały honoraria za pisanie recenzji tychże płyt.

Patti Smith pisze dużo, dużo jest faktów, dużo jest spostrzeżeń, czasami rytm książki się załamuje. Nie jest to jednak zbyt męczące, po prostu przeskakuje się w inny rejon jej życia. Jednak może to niektóre osoby drażnić, tak jak zdarza się nam nerwówka, gdy w jakiejś książce zdarzają się literówki albo słabe tłumaczenie. Całkowicie to rozumiem, ale w przypadku Smith poddałem się urokowi tej opowieści. Elementem, który zaś przypieczętował moją chęć przeczytania całości, było nieprzerwane wrażenie uczciwości wobec odbiorcy. Żadnych prób wywyższania się, pouczania, piętnowania, wszystko z szacunkiem do siebie, do współuczestników w jej życiowej przygodzie i do czytelników. Pięknie się czyta o rozstawionych po całym pokoju plastikowych kubkach z uryną, bo najbliższy dostępny bez proszenia ustęp był dwie przecznice dalej. Pięknie się też czyta, że po śnie ukazującym ukryte w Abisynii ostatnie teksty Rimbauda postanawia wyruszyć do Etiopii na poszukiwania tychże rękopisów. Takie fragmenty uczłowieczają i zaczarowują jednocześnie, a ja lubię, gdy ktoś jest człowiekiem, gdy wie, że między fanem i artystą jest bardzo nikła granica, może nie ma żadnej, i że każdy ma marzenia. Wszystko jest tak ludzkie.

* * *

Gdy kończyłem czytać Poniedziałkowe dzieci ponownie byłem pasażerem autobusu. Siedzę, jedno zdanie, zatyka mnie z bólu, następne zdanie, w duchu łkam, następne, wyję wewnątrz siebie. Siedzę, nie można pokazać tym ludziom w autobusie, że boli, że tak bardzo wzrusza. Wreszcie wysiadłem, w słuchawkach Horses. Idę, dźwięki mnie przerastają, zrywam słuchawki. Tak bardzo dźwięk zespolił się z pismem, tak bardzo bolało.

* * *

Wiele słów napisałem o Patti Smith, ale tak właściwie to ta książka jest spełnieniem obietnicy danej Robertowi, że wydarzenia, których byli głównymi aktorami, zostaną przez Smith opisane. I tak naprawdę ta książka jest w dużej mierze o nim, dla niektórych osób może przede wszystkim o nim. Uzmysłowiłem to sobie dopiero pod sam koniec opowieści, powstrzymując ryk. A w tle jeszcze pobrzmiewało horses, horses, horses …

Chrystus miasta

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *