Filozofia

– dobro – państwo, prawo, demokracja, społeczeństwo, kościół, policja, lekarze, uniwersytety itp

– zło – muzyka, literatura, używki, bezrobocie, bieda, choroby psychiczne, brak wykształcenia, łamanie prawa itp.

– dobre – po prostu dobre;)

– złe –

Dobro jest złem.

Zło jest dobrem.

Snimy. Słyszałem opowieści, które próbowały wymusić na słuchaczu moment zastanowienia: czy Życie to sen, a Sen to życie? Dobry trening dla mózgu, ale jeśli spróbować jakkolwiek ten problem rozwiązać, to nie jest to tak naprawdę zabawa. Każde pytanie sugeruje odbowiedź, czysta logika, krystalicznie czyste algorytmy. A czy mamusia i tatuś, babcia i dziadek nie mówili: ciekawość to pierwszy stopień do Piekła? Każde zadane pytanie i każda odpowiedź jest ciekawością. Idziemy więc wszyscy do Piekła!

Ciekawe też to pytanie: czy Życie to sen, a Sen to życie? Odpowiedź zaś nie z tego świata jest. Zaczynamy się uczyć, rodzice wysyłają nas do przedszkola, poidstawówki, później rozpoczynamy po części własne wybory idąc do liceum lub technikum, następnie studia. Na samą naukę w nieprzebranych instytucjach edukacyjnych oddajemy tak dużo naszego życia, że wydaje się wręcz nieprawdopodobnym, że możemy iść drogą ślepca, roić sobie i śnić marzenia, nie zdając sobie sprawy, że obok nas odbywa się Życie, a my możemy zupełnie realnie śnić na jawie. Sen lunatyka.

Sen lunatyka jest jednostkowy i jest czymś przerażająco dziwnym. Dziwny, bo wykonujesz czynności fizyczne i fizjologiczne jak dobrze naoliwona „maszyna do życia“. Twój umysł został zwolniony z zadania pełnego towarzyszenia w wykonywaniu dodatkowej obróbki życia. Został uwolniony od odpowiedzialności za czyny ciała. Dziwne, prawda?

Dlaczego jednak przerażajace? śpisz, jest pełnia. śnisz sobie o tym, że bardzo musisz zrobić siku. W śnie pojawia się burza z piorunami, wyładowania atmosferyczne łączą się ogromną ulewą, strumienie wody zalewają wszystko dookoła. Tymczasem na jawie zamiast spać w zasikanej pościeli wychodzisz z pokoju, podchodzisz do drzwi wejściowych. Przekręcasz sprawnie zamek i wychodzisz na klatkę schodową. Stajesz pod licznikami energii elektrycznej i zaczynasz pod nimi sikać. Tymczasem w domu matka mówi do ojca, że chyba ktoś się włamuje, bo słychać dziwne dźwięki w okolicach wejścia do domu. Ojciec idzie do kuchni i wybiera metalowy tłuczek do mięsa jako najlepszą w tym momencie broń obronną. Idzie do drzwi i widzi, że są uchylone. Odchyla je i w tym momencie ktoś włącza światło na klatce. Oślepiony zamachuje się, ale napastnik sięga mu do pasa. Zaczyna powoli zauważać kałużę sików na lastryko i swojego syna w pidżamie. Pyta się go, co tutaj robi, a syn odpowiada, że siku, po czym mija ojca, wchodzi do domu i idzie do swojego pokoju położyć się do łóżka. Rano jest piękna pogoda, ale nie wiesz zupełnie dlaczego tak bardzo chciałbyś, aby czuć było powietrze przed burzą i pioruny w oddali. Dopiero po kilku latach dowaidujesz się o śnie.

Inny przypadek. Wychodzisz nocą w pidżamie na podwórko. Wszystko jest jasne od światła Księżyca. Masz łopatkę i wchodzisz do piaskownicy. Zaczynasz kopać, kopanie zajmuje ci dość dużo czasu, ale wiesz, że jak dokopiesz się do krat na dole piaskownicy, to potwierdzi to wszystkie opowieści, że całe miasto jest połączone bunkrami i kanałami ewakuacyjnymi. To by ozanczało, że zadbano również o dzieci, bo jeśli będą kraty, to podczas zabawy w piaskownicy, kiedy będzie nalot, będzie można wejść do systemu kanałów i będziemy uratowani. Pomyślałeś nawet o tym drugim systemie miasta, który ma ujścia wody obudowane kościołami, żeby je chronić. Będziesz musiał do zbadać. Dokopałeś się wreszcie do krat, wszystko ma sens. Wychodzisz z paskownicy i widzisz rodziców, którzy przyszli cię odprowadzić do domu, do łóżka. Ten sen pamiętasz i też dowiadujesz się o tym snie od innych kilka lat później. Relacje matki i ojca są zbieżne: obudzili się w nocy i zobaczyli, że cię nie ma. Wyszli na korytarz i zauważyli odkręcony zamek w drzwiach. W pidżamach wyszli na podwórko, zobaczyli cię kopiącego w amoku wielką dziurę w paskownicy. Byli przerażeni, nic nie rozumieli, odprowadzili cię do domu, do łóżka.

Może jeszcze inny? Dlaczego by nie? Dobra! Wiesz, że siedzisz w szafce pod telewiorem, widzisz siebie tam siedzącego, jakbyś siedział na łóżku rodziców. Zasnąłeś w tej szafce i obserwujesz swoje ciało, jakbyś oglądał telewizor. Więc oglądasz, pomimo dość monotonnej akcji. Nagle jakieś poruszenie w miejscu, w którym siedzisz. Budzą się twoi rodzice i zaczynają cię szukać. NIE MA, NIE MA GO. Oni biegają w poszukiwaniach a ty siedzisz i oglądasz ten film z sobą leżącym w szafce pod telewizorem. Matka chwyta za telefon, żeby wezwać służby. Drgnąłeś. Stuknięcie w szafce. Wszystko zastygło, matka z telefonem w dłoni, ojciec wpatrzony w ścianę. Budzisz się, rodzice mówią ci, że znalazłeś w nocy idealną kryjówkę. śmieją się.

Można cytować te opowieści z oddziałów dziecięcych psychiatryków non stop. To były przykłady jednostkowe, sny-nie-sny konkretnych osób.wróćmy jednak do głównego tematu. Czy życie to Sen, a sen to Życie? Czy Życie to sen, a Sen to życie?

Czy może nas korcić, żeby przenieść doświadczenia somnabuliczne dzieci z objawami choroby psychicznej na całą Ziemię? Na cały ród ludzki? Istnieją Indianie, którzy o tym mówili wielki temu. Nomadowie Ameryk. Tylko oni się przemieszczali gwałtownie jak na standardy sprzed Jezusa, bardziej w okolicach Buddy. Mówili, że Ziemię spowija sen. Stworzyli Majów, Azteków oraz Inków. Ziemię spowija sen? Sen Ziemi? Czy nadal nas korci, żeby przenieść doświadczenia somnabuliczne dzieci z objawami choroby psychicznej na całą Ziemię?

Chodzę wśród ludzi i widzę marionetki na sznurkach. W pracy, w sklepie, w kinach, w internecie…

Niestety trzeba odrobinę pogdybać.

Wtedy też trzeba byłoby przewartościować wszystko, co nas otacza, na zasadzie lustra. Jak u Alicji? Może. Najbogatszymi musieli by zostać biedni, najzdrowszymi najbardziej chorzy, ci źli, których się tak boimy, musieliby być tymi najbardziej zauwanymi obrońcami. Ci pokątni sprzedawcy narkotyków staliby się jedynymi wiarygodnymi konowałami, którzy udostępnialiby somę, księża pedofile wiadomo, tapeta rumpl z centrów handowych odpadałaby z łoskotem porównywalnym z walącymi się budynkami podczas PW44. Straszne? To nie jest zbyt miłe, bo sami się malujemy, kupujemy w aptekach, widzimy krzywdy wyrządzane przez złych i odruchowo utrzymujemy status quo. To brzmi gorzej niż rewolucja.

Ale gdyby spojrzeć na to jak na długo oczekiwaną i skrywaną małą, prywatną zemstę? Gdyby dać wam taką moc, że po dwudziestu latach psychicznej opresji excella, swego szefa, prezesa, zarządu, mógłbyś w mniej lub bardziej sutelny sposób pokazać im, że to ty tu rządzisz. I uśmiechasz się jak Joker, podkopujesz to wszystko, zwracasz się w mailach do przełożonych co najmniej powściągliwie, co najmniej! Zmieniając w excellu dane, które są twoim tworem a nie wynikiem badań czy wyników firmy, myślisz o udupieniu kierownika obszaru. i okazuje się, że to całkiem fajne, powoli zawala się sen Ziemi. Tak już lepiej? Już nie jest to takie brzydkie i niedobre, i że trzeba się z tego wyspowiadać? Cudowne prawda? Wystarczy w tej rozpaczy niemożności porzucenia tak pięknego snu o opiece i zaufaniu w emeryturę znaleźć takie małe osłody, które jak kropla skałę zaczną drążyć spruchniały sen.

Moje królestwo nie z tego świata jest!

– Czy Ty jesteś Królem Żydowskim?

– Czy to mówisz od siebie, czy też inni powiedzieli ci o Mnie?

– Czy ja jestem Żydem? Naród Twój i arcykapłani wydali mi Ciebie. Coś uczynił?

– Królestwo moje nie jest z tego świata. Gdyby królestwo moje było z tego świata, słudzy moi biliby się, abym nie został wydany Żydom. Teraz zaś królestwo moje nie jest stąd.

– A więc jesteś królem?

– Tak, jestem królem. Ja się na to narodziłem i na to przyszedłem na świat, aby dać świadectwo prawdzie. Każdy, kto jest z prawdy, słucha mojego głosu.

– Cóż to jest prawda?

Czymże jest ta prawda? Każdy, kto prześledził dalej ewangelię Jana, zna odpowiedź. Będąc lub podając się za króla, czegoś, czego nie ma, jest się zmuszonym ponieść konsekwencję wywyższenia w „jedynym i właściwym“ śnie. Ciężko pojąć, że może istnieć coś, jakiś wymiar lub wymiary, w którym Jezus jest królem, w innych zaś trzech wymiarach jest kimś, kto dostaje koronę cierniową, zostaje przekłuty ćwiekami, niesie krzyż, który jest ciężki jak głaz. Padając zaś pod nim jest opluwany i znienawidzony przez wielu. Paradoksem życia na Ziemi jest zaś to, że po dwóch tysiącach lat ten sam Jezus jest tarczą, która chroni jego obrońców przed tym samym procederem, który nie był w smak Żydom i po części Rzymianom wiele wieków temu.

Jezus trwa, stoją za nimi ci, którzy skryli się, żeby cały splendor Jezusa zasłonił oczy niedowiarkom, póki się da, wykorzystywać koniunkturę na życie wieczne. Tylko Jezus nie był królem tego świata, tylko tamtego, nie wiadomo jakiego. Gdyby tylko mógł poznać informacje sprzed kilku wieków, które przekazywał światu pewien brzuchomówca, możliwe że nie popadłby ani w nadmierną megalomanię, ani nie zniszczyłby w istnie tarantinowski sposób swych ostatnich chwil na tym padole.

Córka…

Stan na pierwszą ćwierć XXI wieku jest dość obłędny. Ludzie w sutannach są pod ochroną konkordatów wkładają w swoje usta słowa Jezusa, myśląc że słowa króla ochronią ich przed sądem, obojętne czy ludzkim czy wiecznym. Politycy dokonują nieustannych „coming out‘ów“, które pokazują ich próżność, służalczość nie wiadomo komu i ambicje nieprzystające ludziom zdrowym na umyśle. Zamknięci w bańkach medialnych i siedzibach rządów, parlamentów i innych przybytkach władzy. Z kolei inni ludzie trafiają do szpitali psychiatrycznych z objawami schizofrenii, w wielu, jeśli nie pokusić się o stwierdzenie „prawie wszystkich“, przypadkach mają stwierdzoną megalomanię, sami wiecie: „jestem jezusem, jestem napoleonem, jestem kolbe, jestem…“. Jakby zamknąć w jednym miejscu wszelkich spóźnionych pretendentów do głównych ról w życiu. Dwa parlamenty, dwa rządy, dwa królestwa.

Ameryka. Prawdziwi Amerykanie siedzą w kręgu oczekiwania ponad pięćset lat. Na bębnach wybijają czas! Usta nucą smutną pieśń. Przybysze z innej planety, którzy mieli dać wszystkim wolność, okupują wszystko dookoła ich kręgu, zawłaszczają, karczują, marsz z pochodniami trwa. Amerykanie nie pojmują do dziś, jak Ktoś może zabrać Wolność, zniewolić, by później odrobinę poluzować i podarować namiastkę tego, co kiedyś mieli, ograbiając ją nawet z dużej litery. Tak, tak się nazywa odpodmiotowienie a tym samym urzeczowienie. Jakby pozbawić Wyjątkowości i Boskości w tej całej masie słów bez pokrycia. Później to już idzie łatwiej, bo przedmioty można kupić i sprzedać. Wolność również. Kupię sobię wolność. A czy Wolność możesz też kupić? Może są w pakiecie Dwa w Jedym. Dwa rządy, dwie historie.

W powietrzu czuć morowy smród zarazy poprzednich wieków. Jakie czasy, taka zaraza. Ta jest cicha i sterylna, jak śmierć i jarzeniówki w szpitalach. Nikt nie wie, co, gdzie i jak. Prawie nikt nie rozumie, co ma myśleć. Myśli ludzi oderwanych od zwykłych kolein życia zalepione są folią, pod którą kipi od prób wyjaśnienia niedogodności życia. Niewydolność oddechowa społeczeństw przeniosła się na niewydolność pobierania, analizowania i wydalania informacji. Niedotlenienie, plastik i nieprzetworzone informacje, zalegające w rdzeniu kręgowym. Kiedy nastąpi ten słynny flashback rdzeniowy? Tykająca bomba psychiatryczna. Żony oddają swych mężów do psychiatryków, same rozpoczynają terapię antydepresantami. To są ostatnie kroki, nie da się załatać braków w rzeczywistości, psychotropy to nie LSD, meskalina czy konopie kilka lat temu. Co się zobaczy to się już nie odzobaczy. Terapie, psychoterapie, kursy samodoskonalenia, nauka języków, yoga. Później jest już łatwiej. Żona odwiedza męża w szpitalu, mówi o dzieciach, że jego ojciec miał zawał. Machina podpowiada każdy krok: musimy go przywrócić społeczeństwu, musi się socjalizować, najmniejszą komórką społeczną rodzina. Później to już będzie z górki. Do odratowania, wszystko jest do odratowania, śladów nie będzie. Wystarczy tylko brać leki i odbijać kartę normalności u psychiatry. Jak ci się powinie noga to rentę damy. Huxley by się uśmiał? Raczej by się zasmucił. Całkiem możliwe, że Faucault delikatnie wygiąłby usta.

Uniwersytety, uniwersytety!1

Think tanki!

Wirtualna rzeczywistość!

Media! Czwarta władza!

Korowód śmierci!

Przyroda!

A Amerykanie dalej siedzą w kręgu, Aborygeni dmią w rogi…

Sytuacja nie jest komfortowa. Wielki Sen Ziemi może się skończyć, wszyscy mogą się ocknąć i ujrzeć siebie na nowo. Nie będzie to jednak dla większości dobre wybudzenie…

Opowieść o pisarzach

Cervantes! – polski odpowiednik

Wielu grzeszyło przeciwko kodeksowi Snu. To ta droga, w trakcie której zbyt wiele pokus powoduje powolny rozpad osobowości misternie skonstruowanej przez system nakazów i zakazów. Wszystko prowadzi na samo dno. Jak wiele słyszeliśmy opowieści o tych świętych pańskich, którzy grzeszyli, bluźnili i opluwali, by potem stać się wyniesionymi na ołtarze za swoje zasługi po nawróceniu na ścieżkę pana. Zawsze też myślimy, że ścieżki tych świętych są niewyobrażalnie ciężkie, osiągnięcie takiej pokory, odwagi i innych przymiotów jest czymś na miarę dwunastu prac Heraklesa. I to po plugawym i kłamliwym życiu. To po prostu jest niewyobrażalne, nie jesteśmy bogami. Przyjrzyjmy się sobie samym: dom, praca, dzieci, kredyty, hipoteki, mandaty, brak snu, depresja – to wszystko trzeba trzymać w kupie, nie odchylać gardy i brnąć, może nawet do więzienia, do psychiatryka czy zwyczajnie do piachu.

Tołstoj! – polski odpowiednik

Co może obudzić lunatyka?


1  Uniwersytet (łac. universitas magistrorum et scholarium „ogół nauczycieli i uczniów”) – najstarszy rodzaj uczelni o charakterze nietechnicznym, której celem jest przygotowanie kadr pracowników naukowych oraz kształcenie wykwalifikowanych pracowników.

W Polsce wyraz „uniwersytet” może być używany w nazwie uczelni, której jednostki organizacyjne posiadają uprawnienia do nadawania stopnia naukowego doktora co najmniej w dziesięciu dyscyplinach, w tym co najmniej po dwa uprawnienia w każdej z następujących grup dziedzin nauki:

· humanistycznych, prawnych, ekonomicznych lub teologicznych

· matematycznych, fizycznych, nauk o Ziemi lub technicznych

· biologicznych, medycznych, chemicznych, farmaceutycznych, rolniczych lub weterynaryjnych.

Cechą charakterystyczną uniwersytetów jest autonomia, która sprowadza się do stanowienia rozległych uprawnień statutowych o charakterze samorządowym[1]. Cechą uniwersytetów jest również wolność akademicka, czyli wolność nauki i nauczania[2].

Wyróżnić można cztery modele uniwersytetu:

· model Kanta – państwo interweniuje jedynie w niektórych aspektach działalności uczelni

· model Humboldta – państwo odgrywa rolę drugoplanową i nie ingeruje w wewnętrzne sprawy uniwersytetu[3]

· model Napoleona – państwo zachowuje pełną kontrolę nad działalnością uniwersytetów

· model brytyjski – państwo nie jest właścicielem uniwersytetów, wspiera je jedynie w ich działalności[4].

·

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *