Cyganie – wersja alternatywna 1

Akwizytor

Wyobraźmy sobie, że jest połowa lat dziewięćdziesiątych zeszłego wieku. Zamierzchłość. Młody człowiek próbuje sił w zamiataniu cmentarnych alejek, żeby zarobić na dobra, które spływają lawiną z zachodu Europy. Chce ten człowiek dżinsu Lewisa i kauczuku Martensa. Już nie wystarcza picie Coca-Coli w markecie! Chce ten człowiek uszczknąć trochę tortu, zarobić na nowy komputer, który kilka lat temu można było kupić tylko w Pewexie lub Baltonie.

Kolega w skrytości wyznaje wielką tajemnicę – słuchaj, możesz szybko zarobić, szybko i dużo!

Oczarowanie wizją! Czy przyjmą? Jak nie przyjmą?

Żeby przyjęli!

Pierwszy miting. Wchodzi ten młody człowiek z rana do sali wypełnionej ludźmi dobrej woli. Jest wspaniale! Wszyscy śpiewają w rytm podsuwanych przez menadżera rytmów:

“Je, je, je, je, Szlapa szaleje”

“Kto osiągnie dzisiaj dzwon?! Może to będzie ON, ON, ON!”

Wszyscy pląsają w rytm, rytm, rytm! Są niewiarygodnie rozanieleni! Możliwość szybkiego zarobku w niewiarygodnie szybkim czasie! W tle cały czas cover UB40 z Presleya: “I can’t help falling in love with you”. Znamienne!

Wyruszamy na łowy!

Czy Cyganie się z nas śmieją? Myślę, że tak. Był na przykład kiedyś jeden komik, który pracował w jednej z tych firm z początku lat dziewięćdziesiątych. Tych firm, które tak znakomicie wkomponowywały obce brzmienia w polskie nazwy firm. Te wszystkie końcówki -EX albo Y na początku. Tak, żeby było bardziej peweksowsko albo nowojorsko. I w takiej firmie pracował ten komik. Nawet się dochrapał wyższego stanowiska, każdy się wtedy piął po drabinie sukcesu. Komik potrafił motywować ludzi do działania. A działanie w firmie polegało na dobrej sprzedaży. Komik był więc na właściwym miejscu. Każdy dzień był wyzwaniem, ale to wyzwanie trzeba było z rano podsycać, żeby pod koniec dnia spełnić marzenie – zadzwonienie w dzwon, który informował, że znalazł się człowiek sukcesu w tej przeogromnej masie przegranych. Komik miał tworzyć zespół, który jak jeden mąż chwyci dzwon i dzwon ten będzie słychać nawet na Wall Street. W okolicznościach wzajemnego nakręcania psychiki na sprzedaż Dóbr przy kawie i papierosach zapraszano wszystkich na pustą salę i wchodził nasz bohater. 8:00 rano – show must go on! Jego zadaniem było doprowadzić do wrzenia, które później rozlewało się po mieście, a na koniec dnia skapywało niczym czyste złoto i tworzyło spiżowy dżwięk sukcesu następnego szczęściarza! Od ósmej do dziewiątej trwało przedstawienie, później nie była potrzebna ani kawa, ani jedzenie. Ważna była sprzedaż.

Ktoś spyta, czy to była jakaś piramida albo początki jakichś spotkań patelniowo-garnkowych. Całkiem możliwe – może jedno, może drugie, może wszystko razem. A może nic z tych rzeczy. Wiem natomiast, co było towarem.

I tu po raz pierwszy Cygan zaśmiałby się donośnie.

Zajmowano się sprzedażą tajemniczej usługi. Na poranny start każdy z pracowników wyposażony był w trzydzieści formularzy. Każdy formularz, choć lepszą nazwą byłby certyfikat, był przedzielony perforacją na dwie części. Za trzydzieści złotych klient dostawał jedną z nich, druga część wędrowała do segregatora firmowego.

Co gwarantował formularz-certyfikat?

Proszę Państwa! Gwarantował on uczestnictwo w Wielkiej Loterii gazety „Miliarder“! W każdym wydaniu gazety publikowano w dolnej części, tej zwyczajowo przeznaczonej na komiksy, numery dowodów osobistych, które wygrywały oszałamiające nagrody, istne miliardy!

Na początku ludzie stali pod kioskami i czekali na dostawę prasy, żeby kupić „Miliardera“ i sprawdzić czy wygrali. Z czasem pomysł się trochę znudził, ale za trzydzieści złotych można było powierzyć swoje szczęście wyspecjalizowanej firmie, która gwarantowała powiadomienie o wygranej. Wszystko było w polskich warunkach jak sen! Można spać spokojnie a oni nie pozwolą nam przegapić wielkiej okazji na odmianę życia! Gwarantowali również egzemplarz „Miliardera“, gdzie został wydrukowany ten jedyny właściwy numer dowodu, a posiadanie tego jedynego egzemplarza było warunkiem niezbędnym w celu odebrania brylantów, szafirów, milionów!

Ciężko się nie skusić, prawda? Do dziś mamy z tym kłopoty, a co dopiero wtedy. Zazwyczaj w takich przypadkach wodzeni za nos są wszyscy lub prawie wszyscy. Łącznie ze sprzedawcami, nawet kierownikami i szefami firm. Bywa różnie.

Tu Cygan zaśmiał się drugi raz!

Aż mnie korci, żeby zrobić mały wtręt i ukazać prawdziwych magików zza oceanu. Obiecuję, że powrócimy do drugiego śmiechu Cygana!

[…]

Dwa lata później nie ma już firmy o obco brzmiącej nazwie, nie ma już „Miliardera“. Chłopaki z dzielnicy siedzą nocami w samochodach, blanty smażą się aż miło, rozmowy toczą się dokładnie, jak przykazał Artur Rojek. Choć czasami pojawia się coś, co jest szlagierem, przebijającym nawet cytaty Bogusia Lindy z „Psów“!

– Wiecie co? Mam dziś coś, co nas zwali z nóg!

– Jakieś jaranie?

– Coś ty! To jest coś meeega, tylko jaranie się przyda, żeby było dobre Dolby!

Damian wyciągnął powoli z kieszeni kasetę magnetofonową, oryginalną jakąś, bo nie był to żaden Takt lub MG/GM. Włożył do odtwarzacza samochodowego. Zapaliliśmy blanty i bez żadnych wyjaśnień ze strony właściciela kasety zaczęliśmy słuchać. I czuliśmy, że uczestniczyliśmy w wyjątkowej chwili. To było Objawienie!

„Musicie zrozumieć mnie i to co mówię. Rozumiecie?! [pomruk z sali] Rozumiecie?! [powli tłum w wielkiej sali się rozkręca, zaczynają się pojedyncze wrzaski Tak! Tak!] Wszyscy głośno! Rozumiecie?! [euforia „widzów“, jeden wielki ryk na sali, tupanie butami o parkiet i wszędzie echo: Tak! Tak! Tak!]. To dobrze. A teraz coś wam opowiem. [na sali jak makiem zasiał]…

Znacie pewnie bajki o królewnach, księciach i zadaniach do wykonania, żeby żyć długo i szczęśliwie. Tak też będzie i w tej bajce. Tylko w naszej bajce będzie odrobinę inaczej. Zamiast zamków baseny i korty, zamiast księżniczek te które leżą i pachną, zamiast żaby i całusa prezenty, mnóstwo prezentów! Stosy prezentów! Pewnie myślicie, że plotę głupoty? [pomruk z sali] plotę głupoty?! Tak?! [tłum na sali chórem Tak!]

Otóż nie! Nie plotę głupot! O nie! Rozumiem, że nie pasuje wam ta żaba. Odkąd świat stoi, nikomu się to nie podobało! A żaba być musi i tyle! Powiem wam w jaki sposób, a zrozumiecie, że to nie są głupoty.

[Głos zniżony do czegoś w okolicach szeptu] Dostajecie prezent. Przyglądacie się. Hmmm, niczego sobie. Papier czerpany, ładna kokardka, misterne wiązanie. W środku pewnie coś na miarę, mniam, mniam. Powoli rozwiązujecie kokardę, zdejmujecie delikatnie papier, żeby się nie pogniótł, otwieracie pokrywkę, a tam… Żaba! Kła! Kła! [koniec pierwszej strony kasety!]“

Dosyć zakopcony samochód przy bloku, na dosyć anonimowym osiedlu. Ciąg dalszy dyskusji, dwa blanty dalej:

– Tyyy, ostro, coo?!

– W sumie dość ciekawe. Komu to dają, żeby sprać mózg samym słowem?

– Matce dali, żeby się przeszkoliła?

– Kto dał? Ci słynni Oni?

– Nie. Matka nie daje rady na państwowym, bo profesor, a gówno dostaje, i poszła do jakiejś firmy, żeby sprzedawać jakąś chemię, bo habilitację ma z chemii. Poszła, bo ma doświadczenie, i dali jej to, żeby się przeszkoliła. No a ja, jak to usłyszałem u nas w domu, to pomyśłałem, że dobre w chuj, w sam raz, żeby się upalić. Jaranie plus to jest lepsze niż trip na grzybach. Zresztą nie lubię grzybów, wolę kwas…

– Ja z zasady nie kwaszę!

– Kurwa, niezły tekst! Taki z sensem i przesłaniem! Sam to wymyśliłeś?!

– Nie, chyba Brzóska Brzóskiewicz. Coś czytałem w „brulionie“.

– Zasady, kwasy, jo, jo. A co ta twoja matka konkretnie ma robić jako ta profesor od chemii?

– Jakieś proszki z Ameryki ma sprzedawać. Duża przebitka jest to może coś zarobi.

– Akurat zarobi. Jak będzie miała coś takiego, jak ja miałem dwa lata temu to się tylko wypsztyka z pozytywnej energii, a później będzie miała kaca moralnego, że wciskała jakiś chłam wszystkim znajomym i sąsiadom.

– Misiu, a gdzie ty się szlajałeś cały dzień?

– Na dworcu w Gdyni byłem.

– I co tam na dworcu?

– Aaa, uzbierałem prawie paczkę szlugów, ale najpierw bezdomniaki mnie wkurwiały, a później Cyganie mnie wywalili, bo obniżałem im zarobki przez to łażenie po prośbie…

[dwa lata wcześniej]

A to był początek tej drogi „od zera do milionera“. No i komik zachęcał, Akwizytorzy (tak, z dużej litery ten zawód, bo wtedy Akwizytor coś znaczył/nie znaczył i nie było tabliczek na drzwiach różnych instytucji z napisem „Akwizytorom wstęp wzbroniony!“) szaleli, sprzedając dosłownie wszystkim totalny chłam. Sprzedawali niepełnosprawnym intelektualnie, włazili za bramy klasztorów, że niby po zupkę, oczarowywali znudzone panie w biurze i gospodynie domowe w progach domów. Staranowaliby najchętniej coś dziewiczego, nietkniętego sprzedażą bezpośrednią, dajmy na to więzienie albo szpital psychiatryczny. I kalkulowali w swych marzeniach, że lepiej się dostać do psychiatryka, bo łagodniejsi klienci i coś nie trybi pod czaszką i łatwiej wcisnąć kupon do Szczęścia! Ci ostatni, kupujący kupony, też przez chwilę dawali się ponieść entuzjazmowi Sprzedawców i Komika, ale zaczęły pojawiać się te nieszczęsne tabliczki o Akwizytorach i psach. Całą bajkę szlag trafił.

Jednak nie do końca! Jak przystało na prawdziwą historię gansterską jeden plan się wypalał, w kolejce do realizacji czekały następnę. Jeszcze bardziej przebiegłe i bezwzględne!

W związku z zaistniałą awarią planu „Miliarder“, spowodowaną tabliczkami „Akwizytorom wstęp wzbroniony“ Komik zwołał zebranie, które miało podnieść na duchu ekipę. Wyłuszczał plan:

– Widzieliście tunel przy dworcu w Gdańsku? wpuszczają i wypuszczają, prawda? Można sobie chodzić w tunelu w tę i z powrotem non stop? Można! Nikt tam nie zakazuje wchodzić Sprzedawcom, prawda?!

– Jest taki plan, genialny i prosty! Bo o to w tym wszystkim chodzi!

– Plan polega na tym, że My będziemy uzbrojeni w róże owinięte celofanem,naręcza kwiatów, szał zapachów, szał uniesień!

– Wiele osób na dworcu odprowadza ukochanych, ciach – róża. Ktoś pędzi na randkę na starówkę, ciach – róża. Nie mówię o takich dniach jak Dzień Kobiet, imieniny Krystyny czy Andrzejki! Łowy po pachy! Trzydzieści róż dziennie i będzie Dzwon!

Oczywiście nie było tak kolorowo. Powoli acz skutecznie wszyscy wraz z Komikiem podążali ku miejscom i personom, które nie są przyjaznie nastawione do usmiechniętych młodziaków w mokasynach kupionych w wiejskim sklepie. Co innego przechodzić codziennie dwa razy na psychicznym wdechu, co innego zaś utknąć w środku na wiele godzin. Cyganów ze Słowacji i Rumunii jeszcze nie było, polscy zwyczajowo stali w okolicach totolotka na skrzyżowaniu Rajskiej i Heweliusza. Nie było im po drodze do sprzedawania róż, woleli wróżenie z kart, sprzedaż najwyższej jakości tombaku wyjeżdżającym z Trójmiasta turystom.

Byli za to w tunelu pierwsi wysiedleni przez system – bezdomni, narkomani, alkoholicy, chorzy psychicznie, ukrywający się przed poborem, więźniowie, złodzieje… Były Trepy z WSW szukające ukrywających się poborowych, Psy z wojewódzkiej komendy węszące za więźniami i złodziejami. Były złotówy grające w karty na maskach samochodów.

Byli też Badylarze Nowego Systemu, Nowej Epoki, Wielkiej, świetlistej, Wiekuistej!

Co tam taksiarze, cinkciarze czy badylarze! Teraz przyszedł czas na Nowy Wymiar Kapitalizmu!

Tak naprawdę od „Akcji Róża“ nikt już nie był taki sam. Wzniosłe idee zarobku na frajerach zostały zastąpione chwilę później staruszkami zaopatrywanymi wiadrami róż przez szefa mafii staruszkowej. Staruszki były lepsze. Nic, dosłownie nic nie musiały mówić! Jęczały trochę, trochę popatrzyły błagalnym wzrokiem i wciskały róże pijanym kochankom wracającym wieczorem do drzwi, żeby skomleć i błagać o przebaczenie. Nawet nikt staruszek nie gonił, nikt nie próbował pobić. A jeśli nawet, to zawsze był życzliwy staruszkom szef, który rozwiązywał wszelkie spory w terenie. Oczywiście wszystko nie jest takie proste, jak myślimy. Staruszki skądś się wzięły. Te staruszki po prostu zostały wplątane w sieć, z której nie mogły się wyplątać. Sprzedadzą róże, prowizja będzie, nie sprzedadzą róż, prowizji nie będzie, a na ich miejsce już czekają następne z kłopotami finansowymi. Licha emerytura, ta wtedy najlichsza, ta bez mężowskiej na dokładkę to rzeczywiście problem. Tak ze spokojnych starszych pań stały się machiną do naciągania na litość i prędkość wszekich tuneli w Polsce. Do tego wszystkiego „alfons“ wypachniony różami i cała reszta.

I przechodzili homotwistowi niemieccy turyści w wykrochmalonych, czytych i jasniutkich jak słońce strojach emeryta strefy Szengen…

Tak jak wszędzie czas posuwa walec do przodu, jak w Fargo. Przyszedł też zabrać staruszki i ich różanego alfonsa ad acta obserwatorów. Jedno przedsiębiorstwo zostało zastąpione drugim. W biznesy tunelowo-dworcowe weszli Cyganie z południa. Jeden alfons nie poradzi zgranej ekipie, gdzie od dziecka do staruszka wszyscy działają dla wspólnego dobra plemienia.

Na Rajskiej coraz mniej trójmiejskich Romów zasiedlonych przymusowo za komuny na gdańskim Chełmie. Natomiast w różnych zakamarkach Dworca coraz więcej słowackich, rumuńskich i bałkańskich braci. Bezkonkurencyjni w zajmowaniu przestrzeni publicznej, idealni w nietypowym nakłanianiu przechodniów. Wymyślanie taktyki i realizacja perfekcyjne. Jedynym mankamentem w prawie klarownie białym społeczeństwie jest kolor skóry. Sposób ominięcia bariery trudny, ale nie niemożliwy. Inwestycja w tanie dwocjonalia i monidła ze świętymi da radę zmiękczyć część tego równie katolickiego jak białego społeczeństwa.

Róże też są ich domeną! Dziś już nikt nie stwierdzi, czy Komik wraz z włodażami firmy z „Y“ na początku nazwy byli odkrywcami „metody na róże“ czy przenieśli to z przebogatej w doświadczenia zachodniej idei akwizycji. A może na początku tak naprawdę stali za tymi pomysłami paryscy Cyganie?

Nasi Cyganie najpierw wciskali skatowanym solą i pracą Polakom święte obrazki z adnotacją w języku polskim pod spodem o biedzie i ubóstwie.

Wszystko elegancko zalaminowane.

Starsi przechodzili przez przedział w skmce i wręczali święte obrazki.

Później przed przystankiem podchodziły dzieci, zabierały obrazek i wyciągały dłoń.

Z czasem do przedstawienia dołożono róże, a po gwałtownych burzach z kanarami Cyganie przenieśli się z całym asortymentem do trójmiejskich tuneli, gdzie róże stanowiły już stały element, święte artefakty stosowane było czasami, jeśli dajmy na to zamiast pary kochanków trzeba było znienacka zaczarować starszą panią wychodzącą z dworcowej windy.

Cyganie, współcześni koczownicy, utrzymujący swoje korzenie w rodach, pieśniach, języku, srebrnych laskach, kartach, kolorze skóry rodem z Indii. I właśnie ten śniady kolor skóry, który nijak nie pasuje do państw homogenicznych, takich jak Polska, powoduje największe problemy w asymilacji. Bo przecież możemy wyobrazić sobie cały cygański ród, który jest jasnej karnacji, taka typowa średnia krajowa. W tym momencie mój szkoleniowiec Komik od dzwona wraz z całą swoją świtą klaszczących w kółku i wydumanymi koncepcjami na zbicie fortuny – wszystko to byłoby marną podróbką tego, co oferowało wielowiekowe doświadczenie teatralizacji chwil życia tych odwiecznych Graczy.

A tak Biali tworzą konstrukt biznesowy, co przynosi szybki zysk, obudowując cały proceder najpierw wiarygodną nazwą z nieodłącznym zakończeniem „S.A.“ albo „sp. z o.o.“. Po tym wstępie mają w ekipie lub wynajmują kogoś, kto rozkręci szarych sprzedawców, żeby o batoniku i kilku energetykach zdołali przez cały dzień znaleźć tylu frajerów na lipny towar, żeby ci, co ich wysłali byli najedzeni szmalem. Dla maluczkich zaś Dzwon, a dla frajerów chwila szczęścia tuż przed odkryciem, że zostali wyruchani i jeszcze się usmiechali, jak „kupowali“ szczęśliwy los albo różę. Dodatkowo akwizytorzy zatrudnieni na czarno, anonimowe biuro bez żadnych znaków szczególnych pustoszało całkowicie w godzinach pracy urzędów, które mogły pokusić się o sprawdzenie czegokolwiek. Mało tego, akwizytorzy bez mrugnięcia okiem potrafili wchodzić do biur urzędów skarbowych i sprzedawać swoje certyfikaty znudzonym urzędniczkom. Wchodzili również do bibliotek, zakładów pracy chronionej, biur stoczni, portów, ZUS-u, do szpitali, dosłownie wszędzie. Byli jak dinozaur z czołówki „Flinstonów“: wyrzucano ich drzwiami to wchodzili oknem.

Czym tak naprawdę różni się to od „brudnej i nieuczciwej roboty“ Cyganów? Niczym! Nawet jeszcze gorzej, wszystko odbywa się zgodnie z zasadami „wolnego rynku“, wprowadzonego po 1989 roku. Słabe, siermiężne i przejedzone do reszty na Zachodzie pomysły na okantowanie ludzi zostały ubrane u nas w splendor i chwałę nowego bożka: firm -EX i Y- ze wspomnianymi zakończeniami „S.A.“ i „sp. z o.o.“, gdzie rodziły się polskie białe kołnierzyki, marzące o perwersyjnej przyszłości bohatera American Psycho. Kokaina już była, pierwsze więzienia Mordoru już roiły się w głowach opłaconych architektów i urzędników. Trzeba było się wstrzelić w Nowy Wspaniały świat, tak jak Janusze wstrzeliwali się swoimi „byznesami“ z masłem, jajkami i niemiecką chemią na osiedlach.

Czy naprawdę Cyganie są gorsi od nich?

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *