Skarpetki

Skarpetki

Dylemat Polaków od kilkudziesięciu lat! Skarpetki! Jakże obrazowo ten narodowy dylemat przedstawia nam scena z polskiego filmu wszechczasów, czyli wymiana poglądów na temat polityki globalnej w windzie:

  Adam: Specjalnie podkręcił. Pedały jebane.

  Sąsiad: Albo Wietnamczycy! Patrz pan, co te żółtki, patrz pan jaka perfidia. Zalewają nasz rynek skarpetkami z gumką, specjalnie to robią. A wiesz pan dlaczego?

  Adam: Tak?

  Sąsiad: Żebyśmy podostawali buergera. Żeby nam, panie, nogi, panie, żyły uciskało, tamowało krwiobieg i w trzy miesiące, panie, buerger. I kolejne amputacje, stopy ciach, kolana ciach, uda…

  Adam: Ale jak stopy ciach, to już pan skarpetki nie, na skarpetki nie…

  Sąsiad: Wszystko jedno. Skarpetkami chcą nas, panie, powyzabijać. Ale nie mnie! Te żółte kurduple za chude są w żółtych uszach. Patrz pan. O, widzisz pan? Kupuję… u tych gupków, tę ich taniochę uciskową. Iii ciach! Żyletką gumki. I skarpetka bezuciskowa, zdrowa. Bezuciskowe skarpetki, zdrowe, bezuciskowe.

Może w dobie globalizmu nie jest to już takie „na czasie”, ale jednak tkwi w tych najskrytszych zakamarkach mózgu klasycznego Polaczka z windy. Moja babcia też to miała, a była całkiem mądrą osobą. Co prawda bardziej skupiała się na wymiarze praktycznym i rozcinała gumki, bo uwierały. Cały spisek pomijała. W głębi jednak przeczuwała to, co tak cudownie wyłuszczył grający sąsiada Andrzej Grabowski.

A może coś rzeczywiście jest na rzeczy? Może Oni to wiedzą, zaplanowali to i próbują wykończyć szarych ludzi, z kolei my maluczcy nic nie wiemy? Oprócz januszowego sąsiada i mojej babci? Sprawdźmy to!

Gdyby podejść do tematu od trochę innej strony? Mamy skarpetki, tysiące, miliony skarpetek. Ba, nawet można się pokusić, że są ich miliardy! I wszyscy w polskiej zaściankowej mentalności śmieją się w duchu, że produkują je „takie małe Chińczyki” za dolara dziennie. Jeśli odpuścimy stereotypy, to i tak zostają miliardy skarpet!

Nie do pary, dziurawe na palcach, dziurawe na pięcie, poprzecinane żyletką przez sąsiada, klatkowego Janusza i każdą z naszych babć, leżące w stosach na dnie szaf – to co należałoby z nimi tak normalnie zrobić. Oczywiście wyrzucić! Podświadomość jednak nie pozwala nam tego zrobić tak po prostu. Musimy się zebrać w sobie, zmęczyć temat i zamęczyć siebie. Wtedy następuje komisyjne wyrzucenie skarpet!

I już myślimy, że stoimy na wygranej pozycji. Ale jednak nie!

Mamy kilka pojemników ze śmieciami! Do którego kosza wrzucać te cuchnące spiskiem i brakiem ostatniego prania elementy konsumpcji?

Ktoś szybko zakrzyczy: do ogólnych! No i jeb, są w ogólnych, bo tak podpowiada „rozsądek”. Ale oczywiście nie do końca tak jest. Wiedzą to osoby, które poszukują skarpet bez dodatku elastilu, nylonu i innego sztucznego badziewia, które powoduje u wrażych stóp smród po kilku lub kilkunastu godzinach. I wcale nie trzeba być chorym na cukrzycę, żeby waliło aż zatyka! No i wiedzą to okołospiskowi Janusze i babcie wszelakie z żylakami i opuchliznami w miejscach, gdzie znajdują się wszystkie szanujące się ściągacze i gumki.

Tam jest plastik!

I pojawia się dylemat. Jak ogarnąć z punktu widzenia ekologii i ostatniej drogi produktu taki fenomen jak skarpetki? Według uczciwych zasad segregacji śmieci powinniśmy wziąć nożyczki i poodcinać górną część każdej skarpety, by móc dolną wrzucić do ogólnych a ściagacze wraz z gumkami do plastików.

Naszym babciom dałoby się wytłumaczyć ten proces pozbawiania gumek ze skarpet, bo żyły i żyją z przeświadczeniem dbania o takie sprawy. Sam kiedyś śmiałem się z mojej, ze myła każdą siatkę foliową, żeby móc ją ponownie wykorzystać! I nie było wtedy segregacji śmieci.

A teraz spróbujmy wytlumaczyć to Grabowskiemu z windy! Dowiedzielibyśmy się, że jesteśmy ekoterrorystami, którzy z pewnością współpracują z „chińczykami”, żeby obalić demokratyczne instytucje i wprowadzić komunizm.

W windzie nie byłoby rozmowy o tym, jak przebiegły i czujny jest sąsiad Janusz! Wszystko skupiłoby się na Adasiu Miałczyńskim, który zmusza innych, żeby wydłubywali pensetą każdą gumkę, by móc z czystym sumieniem wyrzucić je do plastików!

Przecież to byłby gwałt na wolność jednostki, ktorą ofiarowano nam wraz ze zmianą systemu po 1989 roku!

A sumienie to można mieć czyste, jak się zacznie spowiadać i chodzić co niedzielę do kościoła zamiast wierzyć tym tęczowym skurwysynom!

Tak zapewne potoczyłaby się dalej ta rozmowa i raczej nie należy ufać, że Miałczyński by wygrał. Warto jednak się skupić na faktach, pomijając zawiłe ścieżki wszelakiego nurtu teorii spiskowych.

A fakt jest taki, że gumki są z gumy. Guma zaś to

Kiedyś ropa naftowa była zbawieniem dla ludzkości. Podobno pochodna ropy naftowej w postaci nylonu też był zbawieniem dla ludzkości. Plastik też był zbawieniem! Dokładnie: było to wszystko zbawieniem! Ale już nie jest, wszystko to stało się przekleństwem. Nawet nie zdajemy sobie sprawy, że wszelkie nieorganiczne pochodne ropy zapewne nie są tylko podstępnie umieszczane na kostkach nóg. Prawdopodobnie drobiny wszechobecnego plastiku są już wkomponowane w nasz organizm, bo owijamy nim wszystko, od słodyczy i napojów dla dzieci po sery, ryby, mięso i chleb. Jak patrzymy na umierające w workach foliowych ptaki lub obsmarowane ropą naftową ryby lub wielkie ssaki morskie, to przyjrzyjmy się samym sobie!

Na zakończenie wypada się pomodlić tak po polsku, jak Polak z Polakiem, tak po naszemu, jak w zakończeniu Dnia Świra:

Gdy wieczorne zgasną zorze,

zanim głowę do snu złożę,

modlitwę moją zanoszę,

Bogu Ojcu i Synowi.

Dopierdolcie sąsiadowi!

Dla siebie o nic nie wnoszę,

tylko mu dosrajcie, proszę!

Kto ja jestem?

Polak mały! Mały, zawistny i podły!

Jaki znak mój? Krwawe gały!

Oto wznoszę swoje modły do Boga, Maryi i Syna!

Zniszczcie tego skurwysyna!

Mego rodaka, sąsiada, tego wroga, tego gada!

Żeby mu okradli garaż,

żeby go zdradzała stara,

żeby mu spalili sklep,

żeby dostał cegłą w łeb,

żeby mu się córka z czarnym

i w ogóle, żeby miał marnie!

Żeby miał AIDS-a i raka,

oto modlitwa Polaka!

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *