Pytania

Na fali tematów poruszanych na niektórych zajęciach wydziałowych, szczególnie współczesnej kulturze audiowizualnej, zacząłem sobie stawiać pytania. Nie żeby te pytania zdominowały moje codzienne życie, ale powracając do domu po zajęciach, w autobusach i tramwajach, myślę sobie: gdzie szukać dzieła sztuki, kim jest artysta, czym jest dzieło warte więcej ponad określenie \”przeciętność\”, dlaczego dąży się do maksymalnego wykorzystania efektu szoku i zniesmaczenia we współczesnej kulturze, gdzie kończy się tolerancja a zaczyna negacja i złość? Pytania znikają po pewnym czasie, brak jednoznacznych odpowiedzi, otwieram skrzynkę i dostaje na tacy informacje, które zamieszczam łaskawie poniżej. To jak to jest z tym dziełem sztuki?

„Pytania” Grzegorz Kowalski

Nowa publikacja Mundin to książka wybitnego artysty i pedagoga Grzegorza Kowalskiego, która przypomina trzy akcje-pytania z przełomu lat 70. i 80. Zawierająca krótkie teksty i pozowane fotografie książka, to najlepsza forma prezentacji intymnych i osobistych odpowiedzi na tytułowe „Pytania”.
Książka „Pytania” Grzegorza Kowalskiego przypomina trzy akcje-pytania, z przełomu lat 70. i 80, kiedy to artysta współtworzył środowisko warszawskiej galerii Repassage: Czy mógłbyś i czy chciałbyś wcielić się w zwierzę przed obiektywem? (1977–1978), Czy mógłbyś i czy chciałbyś potraktować mnie jako przedmiot? (1979) oraz Czy chciałbyś powrócić do łona matki? (1981–1987).
Dla Kowalskiego, który znał Oskara Hansena oraz jego teorię Formy Otwartej sztuka była formą komunikacji. Egzystencjalnymi pytaniami prowokował przyjaciół, znajomych, a czasami również przypadkowe osoby do zajrzenia wgłąb siebie. Odpowiedzi – krótkie teksty i pozowane fotografie, zestawiał jako tableaux lub książki artystyczne. Kowalski tak opisywał proces powstawania „Pytań”:
Gdy rodzą się dręczące pytania – staram się zadawać je kilku jeszcze osobom i poznać ich reakcje. Tworzy się suma reakcji, wypowiedź już nie tyle moja, co nasza. Wielość refleksów odbitych, jak w zwierciadłach, w cudzych doświadczeniach. Ktoś, kto potrzebował kontaktu z dziełem, zostaje włączony w proces jego powstawania.
Dziś książka wydaje się najlepszą formą dla prezentacji intymnych i osobistych akcji-pytań Kowalskiego. Publikacja wydawnictwa Mundin zachowuje – tam, gdzie było to możliwe – pierwotny układ odpowiedzi. Zaledwie w kilku przypadkach artysta zmienił reprodukowane w książce zdjęcie. „Pytania” zamyka appendix, wyjaśniający relacje łączące uczestników z artystą oraz kontekst i znaczenie udzielonych odpowiedzi. Autorem wstępu do książki jest krytyk sztuki, laureat Nagrody Krytyki Artystycznej im. Jerzego Stajudy – Karol Sienkiewicz.
Grzegorz Kowalski, ur. 1942, artysta i pedagog, z uporem zacierał granice między życiem i sztuką. W latach 70. współtworzył środowisko galerii Repassage w Warszawie, gdzie sztuka służyła poznaniu samego siebie oraz drugiego człowieka, stawała się narzędziem komunikacji. Artyści (i nie tylko) nawzajem uczestniczyli w swoich przedsięwzięciach, działali wobec innych i z innymi. Kowalski kolekcjonował przedmioty noszące ślady właścicieli (buty, rękawiczki, walizki), prowokował sytuacje w galerii i własnej pracowni, fotografował. Interesowały go problemy egzystencjalne – człowiek, pojmowanie życia i śmierci, relacje międzyludzkie. Na warszawskiej ASP prowadził swoją pracownię, zwaną „Kowalnią”, której absolwentami są m.in. Katarzyna Kozyra, Paweł Althamer i Artur Żmijewski.

Polska malarka Joanna Sarapata na wystawie w Muzeum Sztuki Współczesnej w Seulu

22 listopada br. w Seulu odbyła się trzecia edycja projektu artystycznego 360 Minutes Art, który wcześniej gościł w Wiesbaden i Warszawie.  Artyści po sukcesach dwóch pierwszych wystaw w Europie mogą pochwalić kolejnym!  W Korei uratowano od spalenia 17 z 47 wystawionych prac. Kolejna odsłona projektu odbędzie się 15 lutego w Dubaju.
W Seulu w Youngeun Museum of Contemporary Art czyli Muzeum Sztuki Współczesnej wystawiono prace  7 artystów z Europy: Joanny Sarapaty, Joanny Rutkowskiej, Jerryego Kowalskyego , Babaka Nafarieh, Thomasa Wunscha  oraz duetu SA-Po czyli Svena Sauera i Igora Posaveca. W wystawie wzięło udział  także 5 artystów z Korei: Chang-Ae Song, Eun-Jung Park, Seung-Yea Park, Pae Mikyung oraz  Lee Sang Won. Europejski projekt został przyjęty z entuzjazmem zarówno przez władze muzeum jak i  koreańskich miłośników kultury i sztuki. Seul, podobnie jak wcześniej Warszawa, okazał się szczęśliwy dla wielu artystów uczestniczących w projekcie 360 Minutes Art. Pomimo, iż większość zakupionych prac należała do twórców azjatyckich, sztuka europejska została także doceniona. 
Główna idea projektu 360 Minutes Art zrodziła się ze świadomości, że nowoczesne społeczeństwo rzadko przywiązuje uwagę do świata, który je otacza, a sztuka wzbudza w ludziach coraz mniej emocji. Artyści biorący udział w projekcie zadają uczestnikom wystawy pytanie – w jaki sposób spojrzymy na człowieka, rzecz czy sztukę wiedząc, że przetrwa tylko 360 minut?
Prezentowane podczas wystawy prace, tak jak miało to miejsce podczas edycji w Niemczech i Polsce zostały stworzone wyłącznie na potrzeby projektu i nie było można zobaczyć ich nigdzie indziej. W trakcie wystawy obowiązywał całkowity zakaz fotografowania prac. Przez 360 minut odwiedzający mogli kupić wybrane przez siebie dzieła, po upływie tego czasu prace, które nie znalazły nabywców zostały spalone.
Druga edycja wystawy, która odbyła się 18 października w Polsce w warszawskim Soho Factory, cieszyła się dużym zainteresowaniem. Wystawę odwiedziło ponad 800 osób, a z 51 wystawionych obrazów sprzedanych zostało 19.

Kino Wolność – pokazy filmów w ramach plebiscytu Trójki

Program 3 Polskiego Radia zaprasza na pokazy filmów, które zwyciężyły w plebiscycie „Kino Wolność”. 17, 18 i 19 grudnia Studio Koncertowe im. Agnieszki Osieckiej przy ul. Myśliwieckiej 3/5/7 zamieni się w salę kinową, w której wyświetlone zostaną najbardziej lubiane przez słuchaczy Trójki: „Jesteś bogiem”, „Psy” i zwycięski „Dzień świra”.
W plebiscycie „Kino Wolność” słuchacze Programu 3 oraz internauci mogli wybierać najważniejsze – ich zdaniem – polskie filmy nakręcone w latach 1989-2014, czyli od czasu pierwszych, częściowo wolnych wyborów parlamentarnych. Głosować można było od 10 listopada do 13 grudnia 2014 r. na specjalnej stronie kinowolnosc.polskieradio.pl.

Uczestnicy zabawy mogli wybierać spośród 25 filmów wytypowanych przez dziennikarzy Redakcji Publicystyki Programu 3: Katarzynę Borowiecką, Barbarę Marcinik, Dariusza Bugalskiego, Ryszarda Jaźwińskiego i Jerzego Sosnowskiego.
W tym roku obchodzimy 25-lecie pierwszych polskich, prawie wolnych wyborów. Przyglądamy się więc temu 25-leciu najnowszej polskiej historii przez pryzmat kamery filmowej. Wybraliśmy, a jakże, 25 filmów, najbardziej znaczących, nagradzanych, docenionych przez krytyków i lubianych przez publiczność – mówi Katarzyna Borowiecka.
Wybór finałowej dwudziestki piątki był trudny, ponieważ typowaliśmy spośród 50-60 tytułów. Czy mogło zdarzyć się tak, że słuchaczom Trójki, biorącym udział w tej zabawie, zabrakło jakiegoś tytułu? To nieuniknione, bo ta dwudziestka piątka to wybór filmów, które naszym zdaniem w istotny sposób zaistniały w świadomości społecznej i najmocniej zapadły w pamięć widzów – dodaje Ryszard Jaźwiński, który zwycięską trójkę filmów ogłosił w swojej autorskiej audycji „Trójkowo, filmowo” w niedzielę 14 grudnia.
Najbardziej lubianym przez słuchaczy Trójki, internautów i kinomanów filmem minionego ćwierćwiecza okazał się „Dzień świra” Marka Koterskiego (12,44% głosów), który wygrał z „Psami” Władysława Pasikowskiego (8,14%) i „Jesteś bogiem” Leszka Dawida (7,56%). Tytuły te zaprezentowane zostaną w Studiu Koncertowym im. Agnieszki Osieckiej na specjalnych pokazach, które poprzedzone zostaną słowem wstępnym Katarzyny Borowieckiej i Ryszarda Jaźwińskiego: w środę 17 grudnia zobaczymy „Jesteś bogiem”, w czwartek 18 grudnia – „Psy”, a w piątek 19 grudnia „Dzień świra”. Wszystkie seanse rozpoczynają się o godz. 19.00.
Poniżej pełne wyniki plebiscytu \”Kino Wolność\”:

  1. Dzień świra (12.44%)
  2. Psy (8.14%)
  3. Jesteś bogiem (7.56%)
  4. Wesele (6.97%)
  5. Dom zły (6.67%)
  6. Pianista (5.97%)
  7. Dług (5.86%)
  8. Ida (5.08%)
  9. Plac Zbawiciela (5.06%)
  10. Kiler (4.33%)
  11. Chce się żyć (4.28%)
  12. Rewers (3.85%)
  13. Wszystko, co kocham (3.24%)
  14. Katyń (2.98%)
  15. Ucieczka z kina \”Wolność\” (2.87%)
  16. Trzy kolory: Biały (2.83%)
  17. Sztuczki (2.31%)
  18. W ciemności (1.74%)
  19. Młyn i krzyż (1.43%)
  20. Życie jako śmiertelna choroba przenoszona drogą płciową (1.37%)
  21. Cześć, Tereska (1.33%)
  22. 33 sceny z życia (1.27%)
  23. Wojna polsko-ruska (1.24%)
  24. Essential Killing (0.66%)
  25. Przypadek Pekosińskiego (0.51%)
Więcej informacji na stronie: kinowolnosc.polskieradio.pl

D-Day Hel – wybuchowe portfolio

Od jakiegoś czasu udostępniam \”aktywności\” moich znajomych. Mam tu na myśli ich własne dokonania blogowe, podróże, zdjęcia, gdzieś trafiły się wiersze. Powoli tabako staje się swego rodzaju tablicą, która informuje, że pomimo tego, że pracujemy, wychowujemy dzieci, borykamy się z problemami dnia codziennego, to mimo wszystko stać nas, mnie i moich znajomych, na tę odrobinę twórczej ekspresji. Dzisiaj na tejże tablicy pojawia się portfolio dyplomowe Mariusza Pawelczyka. Tematem zdjęć jest odbywająca się cyklicznie impreza D-Day Hel. Zaprezentowane prace urozmaiciłem informacjami o tym wydarzeniu, jak również filmami reklamującymi helską rekonstrukcję. W imieniu Mariusza zapraszam do polskiej Normandii.

D Day Hel jest imprezą, którą organizuje Fundacja Ochrony Zabytków Techniki Militarnej, Miasto Hel, Muzeum Obrony Wybrzeża w Helu oraz Grupy Rekonstrukcji Historycznej z całego kraju w tym Grupa Rekonstrukcji Historycznej 82nd Airborne Division, Paraglite z Trójmiasta.

Nawiązuje ona do największej w historii pod względem użytych sił i środków operacji desantowej podczas II wojny światowej, mająca na celu otwarcie tzw. drugiego frontu w zachodniej Europie.

Operacja rozpoczęła się 6 czerwca 1944 pod dowództwem gen. Eisenhowera, a trzon sił inwazyjnych stanowiły wojska amerykańskie, brytyjskie i kanadyjskie, ale i również żołnierze 1. Dywizji Pancernej gen. Stanisława Maczka.

Lądowanie w Normandii, dzień rozpoczęcia operacji został nazwany przez aliantów D-Day, czyli Dzień D (zgodnie z definicją Słownika Wojskowego Departamentu Obrony USA termin ten oznaczał nienazwany dzień, w którym rozpoczyna się lub ma się rozpocząć dana operacja).

D-Day Hel jest pomyślany jako parada żywej historii, w której zgromadzona publiczność podziwia z bliska na ulicach Helu uczestników imprezy w mundurach historycznych, prawdziwe pojazdy wojskowe z tamtych lat oraz obserwuje je w trakcie widowisk ukazujących epizody bitewne.

Są one odtwarzane w trakcie dynamicznych inscenizacji w plenerze (obiekty militarne, fortyfikacje, plaża) z użyciem profesjonalnej pirotechniki, dźwięku i światła.

Każdy może zobaczyć nie tylko przechadzających się po mieście Helu, żołnierzy walczących wówczas armii (niczym małym francuskim miasteczku z Normandii z 1944 r.), ale także zobaczyć to wszystko w akcji.

[youtube https://www.youtube.com/watch?v=ifFGQWmgIgo?rel=0]
W tym wpisie wykorzystane zostały informacje ze strony organizatora D-Day Hel. Mam nadzieję, że będzie mi wybaczone:).

Wędrowiec i jego cień

Nie ma żadnych stu najlepszych książek czy autorów! Nie istnieje żadna ogólnie słuszna, niepodważalna krytyka – Hermann Hesse, Obcowanie z książkami
Są autorzy, którzy pukają do naszych drzwi, wpuszczamy ich, coś nam przynoszą, i wychodzą nie powracając. Są też tacy, którzy, odwiedzając nas, nie wychodzą już nigdy. Do tego drugiego typu autorów zaliczam Hermanna Hessego. Tego lata Świat Książki wydał jego biografię i nie mogłem przejść obojętnie. Pamiętam, usłyszałem gdzieś kiedyś, że Hesse był jednym z nielicznych, który posiadł obcą człowiekowi Zachodu możliwość wejrzenia we Wschodni sposób postrzegania otaczającego nas świata, było to dobrym zwiastunem mojej fascynacji jego twórczością. Jednak po przeczytaniu ponad siedmiuset stronicowej historii życia uznałem, że poznałem Hessego na nowo. Na nowo nie znaczy wcale, że gorzej. Znaczy to tylko tyle, że ujrzałem w nim zwykłego człowieka, który pomimo swego kunsztu pisarskiego był człowiekiem z całym bagażem zachowań i przywar, które charakteryzują słowo „człowiek”.

Co zapadło mi w pamięć?

Przede wszystkim wychowywanie się w rodzinie owładniętej sekciarskimi zapędami, charakterystycznymi dla pietystów – skrajnego odłamu protestantyzmu. I to pomimo nasiąknięcia rodziny Hessego wpływami dalekowschodnimi w trakcie misji. Ciągła indoktrynacja ze strony matki, ojca oraz rodzeństwa doprowadza Hessego do oddzielenia się grubym murem od sposobu ujmowania świata przez jego rodzinę.
Portret Hermanna Hessego z 1905 roku autorstwa Ernsta Würtenbergera
Drugim ważnym wydarzeniem dla rozwoju wewnętrznego i zarazem społecznego niemieckiego noblisty była działalność związana z pomocą dla jeńców wojennych podczas pierwszej wojny światowej. Wysyłanie do obozów książek, wydawanie czasopisma „ku pokrzepieniu serc” i ogromne niezrozumienie ze strony Niemców w trakcie wojny, jak też w czasach powojennych – podarowane książki i teksty dotyczące wojny pisane przez Hessego przerastały swoje czasy, wyprzedzały czas o następną wojnę. Hesse nie bał się pokazać Niemcom jako pacyfista-patriota, odpowiedzialny za swoich współtowarzyszy niedoli, nie popadając przy tym w szczekliwy ton późniejszych wystąpień Hitlera i jemu podobnych. 
Zachowanie Hessego na tyle wyprzedzało myślenie niemieckiego społeczeństwa (i nie tylko niemieckiego), że był on jednym z najbardziej znienawidzonych pisarzy wśród swoich rodaków.
Trzecim, chyba ostatnim, uderzającym wycinkiem biografii Hermanna Hessego, był jego stosunek do swoich żon i dzieci. Zrywa więzy z pietystami, angażuje się w duchową naprawę zniszczonych wojną Niemiec – wydawać by się mogło, że stanie on na wysokości zadania w stosunku do tych, z którymi idzie przez życie. Nic bardziej mylnego. Poprzez swoja zatwardziałość i zarazem nieumiejętność współżycia z najbliższymi pierwsze małżeństwo doprowadzone zostaje do ruiny, drugie jest bardziej kaprysem niż rzeczywistym pragnieniem miłości, trzecie zaś to obraz dwóch twierdz w jednym domu. Ciekawych tych spraw odsyłam do źródeł.
Przypomniał mi się jeszcze jeden epizod z życia Hessego. W czasach, gdy nie udawało mu się związać końca z końcem, tworzył on własnym sumptem wydania swoich dzieł, umieszczając w nich akwarele własnego autorstwa. Praca chałupnicza, wymagająca zaangażowania nie tylko w treść, ale również w formę, za każdym razem inną. Zastanawiam się, co Hesse mógłby uczynić w dzisiejszych czasach, przy tym ogromie możliwości związanych z technologią.

Oprócz tego…

Postanowiłem z tej potężnej biografii zrobić swego rodzaju kolaż, który ukazywałby Hermanna Hessego w różnych ujęciach. Utkwiła mi reprodukcja obrazu Arnolda Bocklina pt. Wyspa umarłych, z którą pisarz nie rozstawał się w pewnym okresie swojego życia. Można powiedzieć, że obraz ten był dla niego tym, czym dla nas jest aktualnie plakat dobrego zespołu muzycznego lub aktora:
Poniżej zaś przedstawiam znalezione przeze mnie utwory oraz autorów, do których Hermann Hesse był przywiązany. Może ktoś skorzysta z podpowiedzi dobrej lektury.
  • Bhagawadgita (Pieśni Pana) 
  • Edward Bellamy, W roku 2000 
  • Jacob Burckardt, Rozważania o historii powszechnej, Kultura Odrodzenia we Włoszech 
  • Joseph von Eichendorff, Z życia nicponia 
  • Johann Wolfgang von Goethe, Zmyślenie i prawda, Wilhelm Meister, Lis przechera 
  • E.T.A. Hoffmann, Złoty garnek 
  • Ernst Jünger, Przy murze czasu 
  • Gottfried Keller, Zielony Henryk 
  • Novalis, Henryk von Ofterdingen 
  • Paul Sabatier, Życie św. Franciszka z Asyżu
  • Fiodor Dostojewski
    Maszyna do pisania Hermanna Hessego
  • Heinrich Heine 
  • Tomasz i Henryk Mannowie 
  • Fryderyk Nietzsche 
  • Wilhelm Raabe 
  • Adalbert Stifter 
  • Theodor Storm 
  • Robert Walser

Wilk stepowy…

Na zakończenie tej wyprawy do świata Hermanna Hessego dwa cytaty z Wilka stepowego i trailer filmu Wilk stepowy z 1972 roku. Czy \”wesołe łowy…\” czegoś Wam nie przypominają?

Pociągnął mnie napis:

Hejże na wesołe łowy
Wielkie polowanie na samochody

Otworzyłem wąskie drzwi i wszedłem do środka. Coś gwałtownie wciągnęło mnie w głośny i pełen podniecenia świat. Ulicami pędziły samochody, po części opancerzone, i urządzały polowanie na pieszych, miażdżyły i unicestwiały, rozgniatając o mury domów. Zrozumiałem od razu: była to walka między ludźmi a maszynami, od dawna przygotowywana, długo oczekiwana, długo ze strachem przewidywana i wreszcie doprowadzona do wybuchu. Wszędzie leżały ciała zabitych i poszarpanych, wszędzie potrzaskane, pogięte, na wpół spalone samochody, nad opustoszałym pobojowiskiem krążyły samoloty; z wielu dachów i okien także i do nich strzelano ze strzelb i karabinów maszynowych. Dzikie, wspaniale podniecające afisze o wielkich, płonących jak pochodnie literach, rozlepione na wszystkich murach, nawoływały naród, by wreszcie ujął się za ludźmi przeciw maszynom, by wreszcie pozabijał tłustych, pięknie ubranych, pachnących bogaczy, którzy za pomocą maszyn wyciskają tłuszcz z bliźnich, by pozabijał ich wreszcie wraz z wielkimi, kaszlącymi, wściekle warczącymi, diabelnie turkoczącymi samochodami, by wreszcie podpalił fabryki i sponiewieraną ziemię nieco uprzątnął i wyludnił, aby znów mogła rosnąć trawa, by zakurzony świat cementu mógł znowu stać się czymś takim jak las, łąka, pastwisko, strumyk i moczar. Natomiast inne plakaty, cudownie namalowane, wspaniale wystylizowane, utrzymane w delikatniejszych, mniej jarmarcznych barwach, niesłychanie mądrze i inteligentnie zredagowane, w przeciwieństwie do tamtych plakatów wzruszająco ostrzegały ludzi posiadających i zamożnych przed grożącym chaosem i anarchią, przedstawiały w sposób naprawdę rozczulający błogosławieństwo porządku, pracy, własności, kultury i prawa, wychwalały maszyny jako największy i najnowszy wynalazek człowieka, dzięki któremu ludzie staną się bogami. Z zadumą i podziwem czytałem te plakaty, zarówno czerwone, jak i zielone, bajecznie działała na mnie ich płomienna wymowa, ich zniewalająca logika, miały rację; głęboko przekonany stawałem to przed jednym, to przed drugim, aczkolwiek przeszkadzała mi w tym dość ostra strzelanina dookoła. No cóż, sprawa zasadnicza była jasna: toczyła się wojna, gwałtowna, rasowa i niezwykle sympatyczna, w której nie chodziło o cesarza, republikę, granice, chorągwie i barwy, i tym podobne raczej dekoracyjne i teatralne rekwizyty, a w gruncie rzeczy o łajdactwa, lecz taka wojna, w której każdy, któremu było zbyt duszno na świecie i któremu życie niezbyt już smakowało, dawał dobitny wyraz swemu niezadowoleniu i dążył do zapoczątkowania powszechnego zniszczenia tego cywilizowanego świata blichtru. Widziałem, jak żądza niszczenia i mordowania jasno i śmiało wyzierała z roześmianych oczu, a i we mnie rozkwitały wysoko i bujnie te czerwone, dzikie kwiaty, a oczy też się śmiały. Z radością włączyłem się do walki.
[youtube https://www.youtube.com/watch?v=YQ8xjVASGX8?rel=0]

Tak to jest: czytelnik najwyższego stopnia nie jest już w ogóle czytelnikiem. Gwiżdże na Goethego. Nie potrzebuje Szekspira. Czytelnik ostatniego stopnia w ogóle już nie czyta. Po co mu książki? Czyż nie ma całego świata w sobie samym?

Film o formacji artystycznej TOTART w kinach studyjnych już od 21 listopada

W latach dziewięćdziesiątych, moich latach szkolnych, formacja TOTART była dla wielu, w tym także dla mnie, możliwością obcowania ze sztuką, poezją. Dodać trzeba, że ze sztuką i poezją, która była w opozycji nie tylko do tego, w czym żyliśmy przez kilkanaście wcześniejszych lat, ale również w opozycji do wielkich, których nie akceptowaliśmy: Czesława Miłosza, Zbigniewa Herberta i innych uwielbianych przez miliony. TOTART to był nasz ART. Informacja prasowa pozyskana ze strony UG, bezwzględnie należało ją udostępnić na tabako. Idziecie? Ja raczej tak.

Film o formacji artystycznej TOTART w kinach studyjnych już od 21 listopada

Pełnometrażowy film dokumentalny o formacji artystycznej TOTART, którą na przełomie lat 80. i 90. ubiegłego wieku tworzyli ówcześni studenci Uniwersytetu Gdańskiego, pojawi się w kinach studyjnych w Trójmieście 21 listopada br. Z TOTARTu wywodzą się takie tuzy naszej kontr- i pop-kultury jak Tymon Tymański, Paweł Konjo Konnak, Dariusz Brzóska Brzóskiewicz czy Paweł Paulus Mazur. Wcześniej „TOTART czyli odzyskiwanie rozumu”, bo taki jest pełny tytuł filmu, został prapremierowo zaprezentowany na Warszawskim Festiwalu Filmowym (10-19.10.2014) w międzynarodowym konkursie dokumentalnym.
[youtube https://www.youtube.com/watch?v=etZy5fP1niU?rel=0]
Dokument jest, bogatą w archiwalne materiały fotograficzne i wideo, opowieścią o legendarnej, gdańskiej grupie artystycznej, która swoimi obrazoburczo–prześmiewczymi wystąpieniami rozsadzała ponurą, PRL-owską rzeczywistość lat 80. Co z totartowych ideałów udało się uratować w skomercjalizowanej rzeczywistości po roku 1989? I co się właściwie stało z duchowym przywódcą i ideologiem TOTARTu – Zbigniewem Sajnógiem, który na początku lat 90. niespodziewanie odciął się od swojego dawnego środowiska i zniknął? Film jest śledztwem w poszukiwaniu tego wielkiego nieobecnego, zaginionego lidera TOTARTu.
W szerszym ujęciu „TOTART czyli odzyskiwanie rozumu” to historia pewnej generacji, której młodość przypadła na schyłek PRL-u, a czas wchodzenia w dorosłość naznaczony został przez burzliwy okres transformacji ustrojowych i mentalnych wczesnych lat 90.
W ścieżce dźwiękowej filmu znalazły się archiwalne i współczesne nagrania przedstawicieli trójmiejskiej awangardy, m.in. Szelestu Spadających Papierków i Pancernych Rowerów – jednego z najbardziej niedocenionych zespołów sceny alternatywnej lat 80.
Koproducentem filmu jest Fundacja Rozwoju Uniwersytetu Gdańskiego. Kilka scen zrealizowano na terenie uczelni.
Film wyreżyserował Bartosz Paduch. Producentem i dystrybutorem kinowym filmu jest firma DAREK DIKTI Biuro pomysłów z Gdyni.

Magiczne sny Waldemara Borowskiego w Galerii DNA

Na tabako.pl zamiast tekstów o literaturze zaczyna pojawiać się coraz więcej wpisów związanych z wydarzeniami \”okołokulturalnymi\” i działaniami moich znajomych. Czy to dobrze? Z pewnością tak, przecież na tym właśnie ma się opierać ten blog. Tak więc dziś słowo o wystawie, która przedstawia prace polskiego artysty Waldemara Borowskiego, bardzo kojarzące się z jednym z moich ulubionych twórców, Alexem Grey\’em.

Magiczne sny Waldemara Borowskiego w Galerii DNA

W dniach 27 listopada – 11 grudnia 2014 we wrocławskiej Galerii Sztuki DNA w Sky Tower odbędzie się wystawa artysty Waldemara Borowskiego.  Na wystawie  będzie zaprezentowany cykl najnowszych prac artysty, które są wynikiem fascynacji technologicznością i złożonością natury.
Waldemar Borowski  jest absolwentem Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie. Artystycznie interesuje go realizm magiczny i ezoteryka, m.in. jego prace zilustrowały wątki dotyczące szamanizmu w amerykańskim filmie „The Pharmacratic Inquisition”. W 2011 roku otrzymał nagrodę włoskiej telewizji „ARTE 24”. Ma na swoim koncie wiele wystaw indywidualnych i zbiorowych, a jego prace znajdują się w prywatnych kolekcjach, m.in. w kolekcji znanego muzyka Andrzeja Jagodzińskiego.
„Jeśli chodzi o proces twórczy to najpierw są sny lub wizje, pomysły, potem wiele małych szkiców w zeszycie, następnie powstaje obraz akrylowy. Malowanie, zazwyczaj przy muzyce,  ładuje mnie pozytywną energią i sprawia wiele radości.” – komentuje artysta własny proces twórczy.
W pracach Waldemara Borowskiego świat wyobraźni i świat realny się przenikają, nigdy nie poddając się oczywistej interpretacji. Często artysta podejmuje w swoich dziełach pytanie o percepcję czasoprzestrzeni i  innych jej wymiarów. By wyrazić złożone treści artysta często pokazuje w dziełach różne mistyczne symbole.
Wernisaż wystawy Waldemara Borowskiego, w trakcie którego będzie można osobiście spotkać się i porozmawiać z artystą, odbędzie się w czwartek 27 listopada o godzinie 19.00 w Galerii DNA.

Trójka w obrazach wielkich mistrzów oraz złota płyta Męskiego Grania 2014

Dziś w dziale Znaleźne pojawiają się dwa teksty o Trójce. Jak zawsze Trójka przesyła informacje prasowe tylko wtedy, kiedy rzeczywiście ma coś ważnego lub ciekawego do przekazania. Inni powinni się uczyć albo zacząć wreszcie tworzyć treści godne rozpowszechniania. Tak więc dwie odsłony: \” \’Trójka w obrazach wielkich mistrzów\’ – premiera kalendarza programu 3 Polskiego Radia\” oraz \”Złota płyta dla \’Męskiego Grania 2014\’ pod patronatem Trójki\”.

„Trójka w obrazach wielkich mistrzów” – premiera kalendarza programu 3 Polskiego Radia

Podający cegłę Piotr Baron, Wojciech Mann podczas lekcji anatomii, Marcin Kydryński w „Śniadaniu na trawie”, strajkujący Jurek Owsiak, Marek Niedźwiecki jako pan Arnolfini, grający w karty Jan Chojnacki, Artur Andrus jako szarlatan oraz wielu innych dziennikarzy Trójki w nietypowych rolach. 13 listopada premiera niezwykłego kalendarza Programu 3 Polskiego Radia „Trójka w obrazach wielkich mistrzów”.
99 dziennikarzy w obiektywach 14 fotografów podczas 16 dni zdjęciowych odtworzyło 16 unikatowych obrazów. Tematem kalendarza były wielkie dzieła znakomitych malarzy, między innymi „Szarlatan” Hieronima Boscha, „Wiosna” Botticellego, „Lekcja anatomii doktora Tulpa” Rembrandta  czy „Dwie Fridy” Fridy Kahlo. Projekt powstał dzięki współpracy Trójki ze studentami i absolwentami Warszawskiej Szkoły Filmowej, którzy pod kierunkiem Lidii Popiel sfotografowali dziennikarzy Programu 3 w scenografiach odtwarzających obrazy wielkich mistrzów malarstwa.

– Myśląc o produkcji trzeciego już Trójkowego kalendarza od początku chcieliśmy zrobić coś niezwykłego. Pomysł zrodził się nagle podczas rozmowy z Lidią Popiel. Natychmiast wiedziałam, że wprawdzie realizacja będzie dużym wyzwaniem, ale też efekt końcowy powinien być znakomity – mówi Magda Jethon, dyrektor Programu 3 Polskiego Radia. – Słuchacze Trójki lubią nasze kalendarze, bo dzięki nim mogą dowiedzieć się, jak wyglądają ich ulubieni dziennikarze, rzadko ujawniający swój wizerunek – dodaje Magda Jethon.
W czwartek 13 listopada na antenie Trójki będzie można posłuchać, jak powstawał kalendarz. W specjalnych materiałach przygotowanych przez Gabrielę Darmetko zostaną ujawnione kulisy tej niezwykłej przygody. Dodatkowo gościem audycji „Do południa” (godz. 9.00-12.00) będzie Lidia Popiel.
Również 13 listopada ruszy sprzedaż kalendarza „Trójka w obrazach wielkich mistrzów” w sklepiku „Walendziku”. Osoby, które nie dotrą osobiście do sklepiku przy Myśliwieckiej 3/5/7, będą mogły kupić kalendarz w internetowym sklepie Polskiego Radia sklep.polskieradio.pl oraz w księgarniach Świata Książki na terenie całego kraju.
– Myślę, że nowy kalendarz będzie dla słuchaczy zaskoczeniem. Po pierwsze, w kilku, a może i kilkunastu przypadkach będą mieli problem z rozpoznaniem swoich ulubionych redaktorów, a po drugie – że zawiera 16 miesięcy – mówi Magda Jethon i dodaje: – Podczas szukania obrazów, które moglibyśmy odtworzyć na zdjęciach, okazało się, że większość wielkich, najbardziej znanych dzieł malarskich przedstawia jedną lub dwie osoby. Ostatecznie, żeby pokazać 99 dziennikarzy Programu 3 musieliśmy przygotować aż 16 zdjęć. Tym samym kalendarz obejmuje cały rok 2015 i kończy się na kwietniu 2016 roku, kiedy to Trójka obchodzi swoje urodziny – wyjaśnia Magda Jethon. – Nasi dziennikarze bardzo entuzjastycznie przyjęli ten pomysł. Wzięcie udziału w tak niezwykłej sesji było oczywiście wielką przygodą i zabawą, ale również ciężką, fizyczną, wielogodzinną pracą – kończy dyrektor Programu 3, która wcieliła się w tytułową rolę kobiety z obrazu Eugene’a Delacroix „Wolność wiodąca lud na barykady”.

Trójka zaplanowała również uroczyste wernisaże kalendarza, które odbędą się w: Warszawie (24 listopada, Dworzec Centralny), Gdyni (7 grudnia, dworzec Gdynia Główna), Wrocławiu (10 grudnia, dworzec Wrocław Główny) i Krakowie (styczeń, dworzec Kraków Główny). Wystawy prezentujące wszystkie fotografie z kalendarza będą dostępne dla publiczności przez dwa tygodnie. O szczegółach poinformujemy niebawem w osobnych komunikatach prasowych.

Złota płyta dla \”Męskiego Grania 2014\” pod patronatem Trójki

Wydany przez Agencję Muzyczną Polskiego Radia i opatrzony patronatem Trójki album „Męskie Granie 2014” zyskał status Złotej Płyty. Na podwójnym wydawnictwie znalazły się koncertowe wersje utworów m.in. Brodki, Nosowskiej, Smolika i Rojka.
Dostępny od 22 września album „Męskie Granie 2014” w ciągu zaledwie kilku tygodni rozszedł się w nakładzie ponad 15 tys. egzemplarzy i tym samym zyskał status Złotej Płyty. Wydawnictwo Agencji Muzycznej Polskiego Radia od dnia premiery znajduje się w pierwszej dziesiątce Oficjalnej Listy Sprzedaży (OLiS) Związku Producentów Audio-Video (ZPAV).
Na dwóch krążkach znajdziemy obszerny zapis trzech koncertów tegorocznej trasy „Męskiego Grania”, które odbyły się w Krakowie, Poznaniu i Warszawie. Wykonawcami aż 33 utworów są: Brodka, Smolik, Nosowska, Skubas, Dawid Podsiadło, Artur Rojek, Luxtorpeda, Nowe Sytuacje, Ørganek, AKX, Őszibarack, Molesta Ewenement & Marek Dyjak, GrubSon & Tymon Tymański, Illusion & L.U.C, Kasia  Kurzawska, Natalia Grosiak, Trzaska Budzyński Jacaszek, Krzysztof „Zalef” Zalewski i Olaf Deriglasoff. Nie zabrakło oczywiście wielkiego hitu-hymnu trasy „Elektryczny” w wykonaniu supergrupy Męskie Granie Orkiestra. Utwór ten już od 23 tygodni przebywa na „Liście Przebojów Programu 3” i aż czterokrotnie zajmował pierwsze miejsce w zestawieniu.
Przypomnijmy – w tym roku odbyła się już piąta edycja bezprecedensowego, muzycznego projektu „Męskie Granie”, który zawitał z koncertami do siedmiu miast: Sopotu, Krakowa, Poznania, Chorzowa, Warszawy, Wrocławia i Żywca.
Trójka jest stałym patronem strategicznym trasy „Męskie Granie”. Więcej informacji na stronie: meskiegranie.pl.

Japonia okiem kolegów

Dwa miesiące temu miała miejsce podróż mojego dobrego znajomego Bartka. Nie byłoby w tym nic wielkiego do odnotowania, gdyby nie fakt, że przygotowywał tę wyprawę wraz z kolegą Szczypkiem około pół roku, a miejscem docelowym podróży i pobytu była Japonia. Otrzymałem od Bartka zdjęcia, z których wybrałem kilka, aby podzielić się tym wydarzeniem na tabako.pl.
Widok miasta Tokio z Tokio Tower

Przeglądając zdjęcia z ich pobytu w Japonii, zwróciłem uwagę na dwie rzeczy – jedną z nich była tradycja, drugą zaś nowoczesność i odmienność tejże nowoczesności. Tak też postanowiłem podzielić tematycznie ich zmagania z Orientem. W tym wpisie trochę tradycji.
Na zdjęciu powyżej przedstawione zostały dziecięce wersje posążków Buddy (tak wstępnie nam się wydawało). Każdy posążek jest przybrany w czerwoną wełnianą czapeczkę, obok zaś kręcą się wiatraczki. Jak powiedział mi Bartek, nie wiadomo po co całe to zamieszanie, szczególnie z wiatraczkami.
Znalazłem odpowiedź na ten specyficzny sposób przyozdabiania posążków. Wszystko wiąże się z Jizō:
Jizō (jap. 地蔵) lub Jizō-bosatsu (jap. 地蔵菩薩) – japoński odpowiednik bodhisattwy Ksitigarbha (po chińsku: Dizang). Drugie co do popularności bóstwo buddyjskie po Kannon.
Kaplice mu poświęcone i jego posągi są rozsiane po całym kraju, często w pobliżu skrzyżowań drogowych i mostów. Bosatsu ten zyskał większą popularność w Japonii, w przeciwieństwie do kontynentalnych odpowiedników. Japończycy czczą go jako patrona noworodków i dzieci nie narodzonych, pielgrzymów i kobiet w ciąży. Jego posągom przypisuje się nierzadko magiczną właściwość (np. odnajdowanie zagubionych rzeczy, spełnianie życzeń). Elementem jego kultu jest ubieranie posągów w czerwone peleryny i nakrycia głowy, na znak, że pragną opiekować się bóstwem.
Jizō jest także patronem usuniętych podczas aborcji embrionów lub urodzonych, martwych dzieci. W Japonii specjalna ceremonia (mizuko-kuyō) odbywa się, aby ułatwić im reinkarnację. Składa się wtedy dary dla świątyni i ofiarowuje szaty Jizō. Bosatsu (Bodhisattva) podczas tej ceremonii symbolizuje usunięty embrion. Kobiety, które poddały się aborcji często wykupują kamienny posążek Jizō w postaci małego dziecka. W rocznicę dokonania aborcji zmienia się jego szaty (czapeczkę i pelerynkę), a także ustawia przed nim kolorowe wiatraczki. Takich posążków wokół świątyń (np. w świątyni Zōjō-ji w Tokio) są nieraz tysiące.
Według mitów, zmarłe dzieci, których rodzice nie modlą się o ich reinkarnację, a tylko opłakują je samolubnie, znajdą się w piekle, gdzie będą bez końca budować świątynie z piasku, niszczone ciągle przez demony. Jedynym ratunkiem dla takich dzieci jest Jizō, który pociesza je i ułatwia ponowne narodziny.
W Tokio słynny jest \”cudowny\” posąg, zwany \”Uciekający Jizō\” lub \”Jizō Spełniający Życzenia\”. Według legend, posąg często uciekał ze świątyni na dalekie wędrówki. W końcu powstał zwyczaj obwiązywania posągu sznurkiem i wypowiadania przy tym życzenia. Skrępowany w ten sposób Jizō nie ma innego wyjścia, jak tylko spełnić życzenie; wówczas sznurek jest rozwiązywany. Ogromna ilość życzeń powoduje jednak, że posąg stale obwiązywany jest niezliczonymi sznurkami i ponowne ucieczki Jizō są niemożliwe. (źródło: Wikipedia)
Przemieszczając się dalej w fotograficznej wyprawie spotykamy dobrze znany i niedobrze kojarzący się znak:

Swastyka – nie brzmi to zbyt optymistycznie. Jednakże, jak wiemy, Adolf Hitler postanowił przenieść na grunt nazistowski ten azjatycki symbol szczęścia i tylko poprzez złe doświadczenia II wojny światowej w naszej świadomości pozostaje w myślach \’hakenkreuz\’. Żeby rozwiać wszelkie niedomówienia znów będę się posiłkować Wikipedią:
Swastyka może mieć ramiona zgięte w prawo albo w lewo. Postać \”prawoskrętna\”, naśladująca kształtem ramion ruch Słońca (widziany z półkuli północnej Ziemi), kojarzona jest najczęściej z kultami solarnymi, jako symbol ognia i Słońca (krąg promieni); jest talizmanem przynoszącym szczęście; bywała symbolem bogiń, a więc płodności. Swastyka z ramionami skierowanymi w lewo (nazywana sauvastika) jest znakiem nocy i magii, emblematem straszliwej bogini Kali, żony Śiwy.
Na skutek zaanektowania symbolu swastyki przez III Rzeszę, symbol ten czasami błędnie uważa się za znak germański. Swastyka występuje jednak na całym świecie (poza Australią) od pradawnych czasów. Jedno z najstarszych malowideł z motywem swastyki pochodzi z paleolitu – ma więc około 10 000 lat. Swastykę odkrywano w znaleziskach z późnego neolitu na Bliskim Wschodzie, w późniejszych w Babilonie i u Hetytów. W epoce brązu znana była już w Troi, Mykenach, Skandynawii, później w Grecji, Italii, Chinach, Japonii. Znak ten odkryto również na palestyńskich synagogach sprzed 2000 lat.
W hinduizmie swastyka jest często stosowanym znakiem. Jest uznawana za symbol Ganapatiego, słoniogłowego bóstwa o ludzkim ciele, ku któremu kierowana jest początkowa mantra lub recytacja w większości praktyk religijnych hindusów. Podobnie, w nowożytnym hinduizmie, znak swastyki pojawia się na pierwszej karcie ksiąg.
W Chinach znak swastyki pojawił się ok. 2000 lat temu, wraz ze sprowadzeniem buddyzmu z Indii. Za czasów dynastii Tang z woli jedynego w historii Chin kobiety cesarza Wu Zetian znak ten trafił do chińskiego pisma wraz z lekcją \”wan\”, zapożyczoną od znaku “万” (dosł. dziesięć tysięcy). Dziesięć tysięcy to w Chinach symbol pełni, kompletności, a znaczenie znaku \”卍\” to \”pomyślne zgromadzenie dziesięciu tysięcy cnót\” (chiń. 吉祥万德之所集). Mnich Xuanzang, jeden z najważniejszych chińskich tłumaczy literatury buddyjskiej w epoce Tang, tłumaczył znaczenie swastyki terminem \”德\” (cnota). Wraz z innymi chińskimi znakami lewoskrętna postać swastyki trafiła do Korei (만 – man), gdzie jest najbardziej znanym symbolem buddyjskim, a potem także do Japonii. W kanji ma czytanie \”man\” lub \”ban\” i znaczenie takie, jak w Chinach.
Jest symbolem religijnym w dźinizmie i buddyzmie, a także w tybetańskiej tradycji bon. Podobnie jak w Korei, gdzie symbol swastyki widnieje na wielu świątyniach buddyjskich, także w Japonii związany jest z buddyzmem (w odróżnieniu od rodzimego shintō).
Jeśli wszystkie wątpliwości dotyczące swastyki zostały rozwiane, możemy przejść do wydarzenia, które wiąże się tematycznie z Adolfem Hitlerem. Jest 6 sierpnia 1945 roku:

A poniżej mamy kilka zdjęć ukazujących upamiętnienie tego jednego z najgorszych wydarzeń w historii ludzkości, bez komentarza:

Podróż do Japonii nie miałaby sensu, jeśli nie udałoby się zobaczyć posągu Buddy z \”krwi i kości\”. To mniej więcej tak, jak być w Gdańsku i nie skorzystać z okazji obejrzenia kościoła Mariackiego. Bartek ze Szczypkiem poszli na całość i wybrali drugi co do wielkości posąg Buddy w Japonii – Kamakura Daibutsu:

Budda Amida 鎌倉大仏 (jap. Kamakura Daibutsu), wykonany został w 1252 r. z brązu przez Ono Goroemona. Jest on drugim co do wielkości brązowym posągiem Buddy na terytorium Japonii po Wielkim Buddzie w świątyni Tōdai-ji w Narze. Jego wymiary to: 14 m – wysokość; 11 m – szerokość, oraz 3 m – wysokość twarzy, waga: 103 tony. Budda siedzi w pozycji lotosu. Maksymalna grubość płyt brązu, z jakich jest wykonana rzeźba – 10 cm. Z tyłu posągu drzwi i dwa okna widokowe, wewnątrz – drabiny sięgające linii barków. Rzeźba stoi obecnie pod gołym niebem, lecz pierwotnie znajdowała się w wielkim drewnianym pawilonie, który został zniszczony w 1495 roku przez tsunami (źródło: Wikipedia).

Na koniec zaś wypada zapalić kadzidła;)

Zdjęć ogromna ilość, udostępnionych mi przez Bartka kilkadziesiąt razy więcej. W najbliższym czasie chciałbym zaprezentować na blogu specyficzne aspekty japońskiego życia codziennego oraz ukochane pociągi. Dodam tylko, że Bartek wyjeżdżał do Japonii z zadaniem fotografowania japońskich kolei żelaznych i nie tylko żelaznych. Przy okazji zachęcam do przyjrzenia się blogom-vlogom Bartka i Szczypka:

– http://odwoch.blogspot.com/
– https://www.facebook.com/SzczypekPlay
– https://www.youtube.com/watch?v=jTO7M7lb_og

„The Future Shangri-La”: kiedy natura łączy się z energią

Artystyczny duet z Dalekiego Wschodu zamyka 3. Sezon Kolekcji TEN by Fotolia. 10 listopada pojawi się ostatni, tegoroczny projekt TEN „The Future Shangri-La” autorstwa południowokoreańskiej fotografki Mi-Kyung Kim i japońskiego koncept artysty Kenichiro Tomiyasu z INEI Studio. Praca będzie dostępna do pobrania w formacie .PSD, bezpłatnie, przez 24h na www.tenbyfotolia.com

Na początku roku, bank zdjęć Fotolia rozpoczął 3. Sezon Kolekcji TEN: kreatywny, edukacyjny projekt na pograniczu fotografii oraz digital art, łącząc pary słynnych artystów (fotografa i projektanta) przy współpracy nad artystyczną kreacją. Ta edycja TEN kończy się w listopadzie projektem dwóch artystów z Dalekiego Wschodu. Podobnie jak poprzednie pary, również przed południowokoreańską fotografką Mi-Kyung Kim i japońskim koncept artystą Kenichiro Tomiyasu z INEI Studio zostało postawione zadanie stworzenia pracy wyrażającej ich wizję przyszłości. Zespół, zamykający tę edycję TEN by Fotolia, postawił na wschodnią wizję ziemskiego raju: „The Future Shangri-La”. Ta oaza spokoju łączy naturę i energię w perfekcyjną harmonię.
Projekt jest inspirowany koncepcją azjatyckiej utopii, podobnej do zachodnich idei, takich jak Ogrody Edenu czy Raj. – To jest nasza nadzieja na przyszłość, to czego szukamy. Natura odzyskuje swoje pierwotne prawa i miejsce oraz oferuje świetliste brzoskwinie, które przywołują na myśl długowieczność, dobrobyt i żywotność jako niebiańskie prezenty w świecie bez zmartwień. To miejsce, które jest wolne od wszelkich problemów obecnych we współczesnym społeczeństwie, tak jak to, wyobrażane w starożytnej azjatyckiej legendzie. Kto wie: może uda nam się znaleźć własne Shangri-La w Przyszłości…? – wyjaśniają artyści.
© Mi-Kyung Kim, Kenichiro Tomiyasu (INEI Studio) /Fotolia.com

W pracy na tym wyjątkowym i oryginalnym projektem artyści połączyli swoje kultury, techniki, style i gusta. Element „natury” w pracy pochodzi od Mi-Kyung Kim, która dorastała na zielonej i witalnej wyspie Jeju, podczas gdy element \”nadprzyrodzony\” był wkładem INEI Studio i wynika z jego zainteresowania science fiction i grami wideo, integralną częścią japońskiej kultury. Te dwa przeciwstawne światy są doskonale połączone w pracy \”The Future Shangri-La\”, gdzie nadnaturalne źródła światła są wkomponowane w nocną ciszę przyrody pod rozgwieżdżonym niebem.

Sztuka detalu: wspólny artystyczny podpis

Mi-Kyung Kim i Kenichiro Tomiyasu wiedzą jak subtelnie manipulować detalami. To zaczarowane interludium z soczystą roślinnością, błyszczącymi światłami i wodą ożywia tysiące subtelnych szczegółów, nadając całości mistycznego, futurystycznego charakteru.
Podczas gdy zdjęcia i koncepcja artystyczna są oparte na zupełnie innych założeniach, Kenichiro mówi: byliśmy w stanie zrozumieć siebie nawzajem, jako artyści, bez potrzeby wymiany nawet słowa. To właśnie to jednomyślne podejście do pracy daje \”The Future Shangri-La\” moc i głębię. – My nie tylko widzimy piękno przyrody na zewnątrz, ale też jego ukrytą opowieść – konkluduje Kenichiro.

Poznaj artystów: cyfrowa sztuka w zasięgu każdego

Jeśli chcesz dołączyć do artystów w ich kreatywnej podróży – od pierwszego spotkania do skończonej pracy – wideo making-of będzie dostępne 10 listopada na www.tenbyfotolia.com i na oficjalnym kanale YouTube TEN: http://www.youtube.com/tencollection
W dniu 10 listopada kompletny plik .PSD z pracą „The Future Shangri-La” ze wszystkimi warstwami, efektami, ustawieniami fotograficznych miar, zasobami banku zdjęć Fotolia, zdjęciami Mi-Kyung Kim i obrazami Fotolia będzie dostępny do pobrania za darmo przez 24 godziny na www.tenbyfotolia.com. Zdjęcie wykorzystane w pracy, wraz z innymi fotografiami zrobionymi podczas tworzenia projektu, będzie dostępne w sprzedaży na www.fotolia.pl 
[youtube https://www.youtube.com/watch?v=fyqGC2UkIuo?rel=0]

O projekcie TEN Fotolia

Kolekcja TEN to edukacyjna inicjatywa, która powstała przy współpracy Fotolii z dwoma wspólnotami graficznymi – Wisibility i Amkashop. Przez kolejnych 10 miesięcy użytkownicy internetu mogą pobrać za darmo, przez 24 godziny od momentu publikacji, plik .PSD z pracą jednego z 10 światowej sławy artystów cyfrowych, które powstały na bazie zdjęć z Fotolii. Użytkownicy internetu w każdym kolejnym miesiącu trwania projektu będą mieli dostęp do pliku .PSD, w którym będzie można zobaczyć wszystkie warstwy i wykorzystane techniki. Projekt TEN wspierają międzynarodowi partnerzy Adobe i Wacom, a także lokalni Wilogo, EIZO oraz Eduweb.pl.

Zen i sztuka oporządzania motocykla, Robert Maynard Pirsig

Rozważanie instytucji rządowych lub establishmentu jako systemu jest prawidłowe, gdyż u podstaw tych organizacji leżą takie same strukturalne koncepcje zależności jak w motocyklu. Strukturalne powiązania podtrzymują istnienie tych instytucji nawet wówczas, kiedy utraciły jakiekolwiek znaczenie i cel. Ludzie przychodzą do fabryki i wykonują bez sprzeciwu absolutnie bezsensowne zadania od ósmej do piątej, ponieważ struktura tego od nich wymaga. To nie złoczyńca czy też szaleniec, który chce, by życie ich było bezsensowne, to tylko struktura, system tego żąda, i nie ma chętnego, który podjąłby trudne zadanie zmiany struktury, jedynie dlatego, że jest ona bezsensowna.
Zburzenie fabryki albo rebelia przeciwko rządowi czy też unikanie reperacji motocykla dlatego, że są to systemy, oznacza raczej walkę z objawami niż z przyczynami; a dopóki atak skierowany jest tylko przeciw objawom, żadna zmiana nie jest możliwa. Istotnie realnym systemem jest sama konstrukcja naszego współczesnego systematycznego myślenia, sam racjonalizm, tak więc jeśli zburzymy fabrykę bez naruszenia racjonalizmu, z którego powstała, to ten sam racjonalizm zbuduje po prostu inną fabrykę. Kiedy rewolucja obali systematyczny rząd, a modele systematycznego myślenia, w ramach których był wytworem, pozostaną nietknięte, wówczas modele te odtworzą się w następnym rządzie. Tak wiele mówi się o systemach i tak mało się z nich pojmuje.
* * * 
Celem metody naukowej jest wybranie jednej jedynej prawdy spośród wielu prawd hipotetycznych. Na tym właśnie, bardziej niż na czymkolwiek innym, polega nauka. Historycznie dokonała jednak nauka czegoś całkowicie przeciwnego. Poprzez coraz większe mnożenie faktów, informacji, teorii i hipotez, sama prowadzi ludzkość od jednej absolutnej prawdy do wielu prawd, nieokreślonych i względnych. Nie kto inny niż nauka sama jest głównym sprawcą chaosu społecznego, producentem nijakich myśli i wartości, które miały być wyeliminowane dzięki racjonalnej wiedzy. To, co Fedrus widział przed laty, w osamotnieniu swego własnego laboratorium, można teraz dostrzec w świecie technologii wszędzie. Naukowo wyprodukowana antynauka – chaos.
* * * 
Przyczyną naszego współczesnego kryzysu społecznego, powiedziałby Fedrus, jest błąd genetyczny w naturze samego rozumu. Kryzys ten będzie trwał dopóty, dopóki błąd ten nie będzie usunięty. Nasze współczesne praktykowanie racjonalizmu nie prowadzi społeczeństwa ku lepszemu światu. Oddala nas odeń coraz bardziej. Od czasów Renesansu takie podejście przynosiło korzyści i przynosić je będzie tak długo, jak długo dominować będą potrzeby zaspokojenia braku żywności, produkcji ubrań i budowy dachu nad głową. Lecz teraz, kiedy te potrzeby nie są tak naglące dla wielu ludzi, pojawiają się inne oczekiwania. Zaczyna się to podejście takim, jakim jest naprawdę – uczuciowo jałowe, estetycznie nie znaczące i duchowo puste. Tak jest dzisiaj i tak będzie długo jeszcze. 
* * * 
Wszystkie religie Wschodu przywiązują wielką wagę do doktryny sanskryckiej Tat tvam asi („Ty jesteś tym”), która głosi, że wszystko w naszym myślowym wyobrażeniu o tym, czym jesteśmy, i wszystko, co uważamy za naszą świadomość, jest niepodzielne. Uświadomienie sobie tej niepodzielności oznacza osiągnięcie oświecenia. 
Logika złudnie zakłada rozdział pomiędzy podmiotem a przedmiotem i dlatego właśnie nie jest prawdą ostateczną. Złudzenia tego można pozbyć się dzięki zaprzestaniu czynności fizycznych i umysłowych oraz wyłączeniu doznań uczuciowych. Są na to sposoby. Jednym z najważniejszych jest sanskrycka metoda dhyana, zniekształcona w języku chińskim na Chan, a w japońskim na Zen. 
* * * 
Przez chwilę przyglądam się przejeżdżającym samochodom. Jest w nich coś z osamotnienia. Właściwie to nie osamotnienie – to coś gorszego. Nijakość. Jak wyraz twarzy pracownika stacji benzynowej, kiedy napełniał zbiornik. Nijaki. Nijaki krawężnik przy nijakim żwirze na nijakim skrzyżowaniu prowadzącym donikąd. 
Coś nie jest w porządku także z kierowcami tych samochodów. Wyglądają jak ten pracownik stacji, patrzą prosto przed siebie, jakby w transie, w jakimś własnym, osobistym zapamiętaniu. Nie widziałem tego od… od czasu, kiedy Sylwia podzieliła się swoim spostrzeżeniem pierwszego dnia. Wszyscy wyglądają jak na pogrzebie.
Od czasu do czasu ktoś rzuca spojrzenie w bok i zaraz odwraca pustą, pozbawioną wyrazu twarz, jak gdyby w zakłopotaniu, iż mogliśmy zauważyć, że zamiast pilnowania swojego nosa patrzył na nas. Dostrzegam to teraz wyraźnie, od dłuższego czasu nie mieliśmy takich widoków. A i nasza jazda też wygląda jakoś inaczej. Samochody poruszają się ze stałą prędkością, równą górnej granicy szybkości obowiązującej w mieście, i kierowcy nie widzą nic poza jezdnią. Kierowcy zdają się myśleć bardziej o tym, gdzie chcą być, niż o tym, gdzie są. 
* * * 
Samotność ludzi w mieście. Spotykałem ją wszędzie, w supermarkecie, przy automatycznych pralkach i przy płaceniu rachunku w motelu, w autobusach turystycznych pełnych samotnych emerytów, którzy przy drodze przyglądają się drzewom, a jadą po to, żeby patrzeć na morze. Czuje się ją w pierwszym błysku spojrzenia, w każdej spotkanej nowej twarzy – w pytaniu trwającym tylko przez małą chwilę. 
Robert Pirsig, zdjęcie z 2007 roku

Widzimy teraz coraz więcej tej samotności i paradoksalnie jest ona największa w wielkich zatłoczonych metropoliach Wschodniego i Zachodniego Wybrzeża. Wydawałoby się, że bardziej samotni powinni być ludzie rozproszeni na wielkich połaciach zachodniego Oregonu, Idaho, Montany i Dakoty, ale tam wcale tego nie zauważyliśmy. 
Okazuje się, tak przypuszczam, że fizyczny dystans pomiędzy ludźmi nie ma nic wspólnego z samotnością. Chodzi o dystans psychiczny, a w Montanie i Idaho odległości geograficzne pomiędzy ich mieszkańcami są duże, ale psychiczny dystans niewielki. Tutaj jest odwrotnie. 
Jesteśmy w Ameryce pierwszej klasy. Jej forpoczty napotkaliśmy onegdajszej nocy w Princeville Junction i od tej pory towarzyszy nam stale. Pierwszorzędna Ameryka autostrad i supersamolotów, telewizji i spektakli filmowych. Ludzie, których trzyma w swoich objęciach, zdają się spędzać większość swojego życia bez bliższego kontaktu z tym, co ich otacza. Środki masowego przekazu przekonały ich, że to, co jest najbliżej nich, nie ma znaczenia. Dlatego mają samotność wypisaną na twarzach. Najpierw nikły przebłysk zaciekawionego rozpoznania, ale kiedy już ich wzrok spocznie na tobie, stajesz się tylko jednym z przedmiotów. Nie liczysz się. To nie ciebie wyglądają. Nie jesteś z telewizji. 
Ale w drugorzędnej Ameryce, w tej, którą przejechaliśmy, w Ameryce lokalnych dróg, Chińskich Rowów, koni Appaloosa, horyzontów wyznaczanych górskimi łańcuchami, zadumy myślowej, dzieci z szyszkami sosnowymi, trzmieli i otwartego nieba nad nami, rozpostartego na setki kilometrów – w tej Ameryce dominowała rzeczywistość wokół nas, ona była dla nas ważna. I tu nie było zbyt wiele miejsca na samotność. Tak zapewne musiało być sto czy dwieście lat temu. Nie było prawie wcale ludzi i prawie wcale samotności. Popadłem zapewne w zbytnie uogólnienia, ale przy zachowaniu pewnych proporcji, dokładnie tak sprawa naprawdę wygląda. 
Głównym sprawcą ludzkiej samotności jest technika i to ją sadza się na ławie oskarżonych, gdyż w sposób oczywisty samotność kojarzy się z jej wytworami – z autostradami, samolotami, telewizją i tak dalej – mam jednak nadzieję, iż jasno wynika z poprzednich wywodów, że prawdziwą przyczyną zła nie są produkty techniki, lecz jej tendencja do kreowania w ludziach postaw opartych na obiektywizmie. Prawdziwym złem jest obiektywizm, dualistyczny ogląd rzeczywistości będącej podstawą techniki.